czwartek, 26 marca 2020

Pochwycenie Kościoła

Albowiem jak było za dni Noego, takie będzie przyjście Syna Człowieczego. Bo jak w dniach owych przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali, aż do tego dnia, gdy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, że nastał potop i zmiótł wszystkich, tak będzie i z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie na roli, jeden będzie wzięty, a drugi zostawiony. Dwie mleć będą na żarnach, jedna będzie wzięta, a druga zostawiona. Mat. 24:37-41
Nie jest to łatwe aby opisać świat po pochwyceniu, ale możemy się skoncentrować na kilku kluczowych rzeczach. Wpływ ekonomiczny i społeczny będzie niewiarygodny. W jednym momencie wszystkie giełdy świata się załamią. Gospodarka upadnie jak nigdy dotąd w historii. To nie będzie koniec świata, ale początek jego zniszczenia. 1 Tes 5,3 Gdy mówić będą: Pokój i bezpieczeństwo, wtedy przyjdzie na nich nagła zagłada, jak bóle na kobietę brzemienną, i nie umkną. Miliony ludzi będą świadkami nagłego zniknięcia kogoś mu bliskiego. Telewizja będzie cały czas transmitować wywiady z ludźmi, którzy byli świadkami czyjegoś zniknięcia. Zniszczenie i katastrofy będą obecne na każdym rogu. Będą samochody bez kierowców, którzy zostali zabrani podczas jazdy, podczas korków drogowych i całkowitemu załamaniu się transportu. Głównym tematem głównych wiadomości będzie: „Gdzie podziały się tysiące ludzi?” Cały świat będzie wstrząśnięty jak nigdy dotąd. Samoloty będą się rozbijać z powodu nieobecnych pilotów i lotnisk które będą zniszczone. Jest około 25 tysięcy samolotów na niebie w tym samym momencie. Czy możemy sobie wyobrazić, że kilkadziesiąt z nich spadnie w dół w tym samym momencie? Posterunki policji będą pełne przerażonych ludzi szukających swoich ukochanych. Nikt nie będzie w stanie odesłać ich z powrotem z powodu przerażającego strachu. Ta rzeczywistość będzie taka sama jak za czasów potopu. Wszystkie armie będą w pełnej gotowości ponieważ ateistyczny świat najpierw będzie spodziewał się ataku z kosmosu. Pośrodku tego przerażenia, diabeł i jego królestwo ciemności zstąpi na ziemię (Objawienie 12,12). Ta ciemność owładnie wszystkie narody za wyjątkiem Izraela. Pokolenie, które będzie rządzić światem wychowało się na magii. Od najmłodszych lat byli pod wpływem demonicznych myśli: spirytualizmu, okultyzmu i wróżbiarstwa. „Harry Potter” stał się ścieżką wprowadzającą najsłabszych do tajemnic ciemności. Komu będzie wierzyć to pokolenie kiedy królestwo ciemności przyjdzie na tą ziemię? Na pewno nie Biblii! Nie rozumiejąc jej, będą ją palić. Będą wierzyć w tego kogo kochali w młodości; który zajmował ich bezbronną duszę. Niektórzy Chrześcijanie wierzą, że Bóg tego by nie zrobił; że nie spowodowałby takiego zniszczenia świata. Aczkolwiek, oni stawiają własne uczucia ponad prawdę Biblii. On to uczyni, ponieważ On powiedział, że to zrobi i dlatego, że już to zrobił w przeszłości. Podczas potopu miliony ludzi zginęło. Bóg powiedział, że czas pochwycenia będzie taki jak czas Noego. Niewyobrażalna panika ogarnie świat. Szok i strach sparaliżuje świat i doprowadzi do największego ucisku w historii. Słowa proroka Aggeusza 2,7, że On wstrząśnie narodami i każdym człowiekiem, wypełnią się.




Sergej Mihal - Pochwycenie




poniedziałek, 24 lutego 2020

Definicja szczęścia

Ponieważ istotą szczęścia jest nasza społeczność z Bogiem, utrzymywać i pogłębiać musimy tę społeczność. Szczęście, czyli mocne, trwałe uczucie zadowolenia, pełności życia, radości i błogości dać nam może tylko pozostawanie w bezpośrednim kontakcie duchowym z Bogiem. Jak długo trwa taki kontakt, jesteśmy bezgranicznie szczęśliwi, jak tylko ustanie, szczęście nasze zamieni się w pustkę. Należy podkreślić, że mówimy tu o autentycznym kontakcie z Bogiem na płaszczyźnie duchowej, czyli o obcowaniu naszego ożywionego ducha z Duchem Bożym. Szczęścia nie zapewni nam pozorny kontakt z Bogiem na płaszczyźnie duszy, czyli myślenie o Bogu lub Jego sprawach, umysłowe czy uczuciowe zajmowanie się Bogiem. Można żyć przez długie lata w złudzeniu, uważając stany emocjonalne duszy za społeczność z Bogiem, lecz będzie to tylko namiastka. Nawet umysł pełny myśli o Bogu i dusza pełna uczuć względem Boga nie gwarantują autentycznej społeczności z Bogiem i nie dadzą pełnego zadowolenia, jeśli brak kontaktu z Bogiem na płaszczyźnie duchowej.


Józef Kajfosz - Życie ma sens

wtorek, 14 stycznia 2020

Charyzmaty


Martwota tradycyjnych kościołów
Jestem naprawdę przekonany, że martwota wielu tradycyjnych kościołów może zostać ożywiona tylko przez dary Ducha Świętego, działające w Ciele Chrystusa. Nie mam tutaj na myśli niebiblijnych ekscesów, których byłem świadkiem jako dziecko, ale coś rzetelnego i biblijnego mającego Słowo Boże za ostateczny autorytet wiary i postępowania. Pamiętając o tym, zacząłem szukać w Piśmie Świętym wyważonego podejścia do zagadnienia Ducha Świętego i Jego działania w dzisiejszym Kościele. Byłem przekonany, że musi istnieć jakaś pozycja pośrednia pomiędzy zielonoświątkowcami, podkreślającymi znaczenie przeżyć, a fundamentalistami, poszukującymi prawdy, która tak często zmienia się w „martwą prawdę”. Rezultaty moich poszukiwań zostały przedstawione w tej książce. Modlę się, aby Bóg mógł użyć jej w życiu czytelników  - jako wprowadzenia do pełni życia kierowanego przez Ducha Świętego. Charyzma jest pięknym, dokonanym przez Bożego Ducha namaszczeniem ludzkiego życia uzdalniającym do wykonywania Bożych dzieł. Jako szczególne, niezwykle dynamiczne działanie Ducha Świętego sprawia, że człowiek zdaje się promieniować Bożą chwałą i miłością. Charyzmania jest cielesnym usiłowaniem upozorowania charyzmy. Jest nią każda próba wykonywania dzieła Ducha przy pomocy energii i zdolności „ciała” czyli starej egocentrycznej natury człowieka. Charyzmania to duchowe oszustwo polegające na zastąpieniu Bożej inspiracji wysiłkiem „ciała”, a mądrości i mocy Bożej ludzkimi sztuczkami, mądrością czy siłą. Może się to przejawiać w bardzo zróżnicowanych postaciach, począwszy od spotkań, podczas których planuje się pracę czy strategię kościoła i obmyśla programy jego rozwoju, poprzez gromadzenie funduszy mających stanowić budżet kościelny, a skończywszy na dzikich i bezładnych wybuchach mówienia językami, zakłócających poranne nabożeństwa niedzielne.

Herezja ariańska
Słowo „duch” to po grecku „pneuma”. Ponieważ jest ono rodzaju nijakiego, we wczesnym okresie historii Kościoła pewien błyskotliwy teolog imieniem Ariusz zaczął szerzyć  pogląd, że Jezus Chrystus jest niższy od Boga, a Duch Święty jest po prostu boską substancją. Stanowisko to stało się znane jako herezja ariańska i istnieje po dziś dzień, przyciągając wielu zwolenników. Sobór w Nicei pozbawił Ariusza jego pozycji i napiętnował jego  naukę jako herezję. Duch Święty  jest czymś więcej niż tylko substancją czy siłą - On jest osobą. Jako jedna z osób Bożych jest godzien tego, by oddawać Mu cześć. Jeśli nie wierzymy, że Duch Święty jest osobą, znajdujemy się w sytuacji ludzi, którzy usiłują zwracać się do siły czy substancji. Będziemy mówili: „Muszę poddać temu swoje życie” lub „Potrzebuję tego więcej w swoim życiu”. Pismo Święte naucza wyraźnie, że Duch Święty jest osobą. Są Mu przypisywane takie cechy, które mogą dotyczyć wyłącznie osób. Osoba jest bytem posiadającym rozum, wolę i uczucia.

Przykład prorokowania
Pewnego razu zdecydowaliśmy się modlić jeden o drugiego w małej grupie modlitewnej. Osoba, o którą mieliśmy się modlić siadała na krześle pośrodku. Kiedy przyszła kolej na modlitwę o mnie, ktoś wypowiedział słowa proroctwa Ducha Świętego, mówiące o tym, że Bóg będzie wspaniale błogosławił moją służbę, a tak wielu ludzi będzie przychodziło, żeby słuchać Słowa, że nie pomieszczą się w kościele. Słowa proroctwa mówiły dalej, że otrzymam nowe imię znaczące „Pasterz”, ponieważ Bóg uczyni mnie pasterzem wielu owiec. Moje późniejsze siedemnastoletnie zmagania w służbie zostały uwieńczone tak miernymi sukcesami, że zacząłem się zastanawiać czy nie zrezygnować z tej pracy i nie zająć się czymś innym. Do kościoła, którego byłem pastorem, ciągle uczęszczało około stu osób, pomimo różnorodnych wysiłków zmierzających do jego powiększenia, nawet takich, jak obdarowywanie hamburgerami każdego, kto przyprowadził swojego znajomego do szkoły niedzielnej! W tamtych czasach byłem podobny wewnętrznie do adiutanta jednego z królów izraelskich. Kiedy usłyszał on od proroka Elizeusza, że Bóg obiecał szczodrą pomoc głodującym mieszkańcom Samarii, odpowiedział: „Choćby nawet Pan poczynił otwory w sklepieniu niebieskim, to czy ta rzecz mogłaby się stać?” (2Krl 7,2). Na szczęście Bóg był dla mnie łaskawy, bo nie przydarzyło mi się to, co tamtemu. Nie tylko widziałem spełnienie tego proroctwa, ale mogłem w nim osobiście uczestniczyć, patrząc na kościół przepełniony nie raz, ale trzykrotnie każdej niedzieli i służąc setkom grup studiujących Biblią na całym świecie naszymi nagraniami.

Nauczyciele dwojakiego rodzaju
Z tego, czego się już dowiedzieliśmy, wynika również, że nie możemy nauczać prawd o Bogu niezależnie od Ducha Świętego. Jak moglibyśmy nauczać czegoś, czego sami nie rozumiemy? Można znać doskonale grecki i hebrajski, nauczyć się na pamięć Starego i Nowego Testamentu w językach oryginalnych, przeczytać wszystkie komentarze, a jednak jeśli nie jest się napełnionym Duchem, nie można być właściwym przewodnikiem w sprawach Bożych. W takiej sytuacji lepiej słuchać młodych ludzi, bez tytułów naukowych, ale za to napełnionych Duchem. Niewykształcony, ale napełniony Duchem Świętym sługa Boży jest wierniejszym przewodnikiem w dziedzinie prawd biblijnych niż doktor teologii, który nie narodził się na nowo. Dzieje się tak dlatego, że żaden człowiek nie może na prawdę zrozumieć ani tym bardziej nauczać rzeczy, które są z Ducha, dopóki sam Duch go tego nie nauczy.

Dar wykładania języków
 W 1 Liście do Koryntian 14,2 apostoł Paweł mówi nam, że ten kto wypowiada się w nieznanym języku „nie dla ludzi mówi, lecz dla Boga, nikt go bowiem nie rozumie, a on w mocy Ducha rzeczy tajemne wygłasza”. Wynika z tego, że języki są najwyraźniej adresowane do Boga. We wszystkich wypadkach używania języków w Nowym Testamencie odkrywamy, że były one kierowane do Boga. W dniu Zielonych Świąt ci, którzy rozumieli znaczenie języków, zwrócili uwagę na to, że uczniowie głosili wspaniałe dzieła Boże. Nie używali języków do wygłaszania kazań, ale aby chwalić Boga przez „obwieszczanie Jego wspaniałych dzieł. W 1 Liście do Koryntian 14,14 apostoł Paweł stwierdza, że używa języków w swoich modlitwach zanoszonych do Boga. W 1 Liście do Koryntian 14,16-17 czytamy, że językami można wysławiać Boga i dziękować Mu. Nie ma jednak nawet jednego przypadku, w którym dar ten był używany w odniesieniu do człowieka, czy to przez głoszenie czy przez nauczanie. Skoro zawsze używano tego daru dla Boga, to wynika z tego wniosek, że również autentyczne tłumaczenie ma być kierowane do Niego. Tłumaczenie takie przyjmuje postać modlitwy, dziękczynienia, uwielbienia czy obwieszczenia Bożej chwały. Zawsze będzie brzmiało jak jeden z Psalmów Dawida mówiących o Bożej chwale. Apostoł Paweł powiedział: „Jeżeli mówimy językami, a nie ma kogoś, kto by to przetłumaczył, w jaki sposób inny wierzący może powiedzieć na takie dziękczynienie: Amen, skoro nie rozumie, co zostało powiedziane?” Zwróćmy uwagę, że apostoł Paweł mówi o dziękczynieniu, a nie o przekazywaniu kościołowi jakiegoś poselstwa. Jeśli jednak nie rozumiemy, co ktoś mówi, po jego dziękczynieniu nie możemy powiedzieć: Amen. Z tego powodu, w przypadku publicznego używania daru mówienia językami, istnieje konieczność tłumaczenia, żeby całe Ciało mogło zostać zbudowane.

Czy języki ustały?
Doktryny religijne zabraniające mówienia językami wskazują zwykle na słowa 1 Listu do Koryntian 13,8: „Jeśli istnieją języki, ustaną” jako na podstawę swojego zakazu. Jednak ustalenie, kiedy języki ustaną, zależy od sposobu, w jaki interpretuje się słowa „gdy nastanie doskonałość”. Ci, którzy zabraniają mówienia językami, rozumieją „doskonałość” jako pełne objawienie kanonu Pisma, które zostało zamknięte Objawieniem, jakiego Jezus Chrystus udzielił Janowi. Ich argumentacja zakłada zwykle, że dopóki kanon Pisma nie był kompletny, dary te były używane dla pouczenia Kościoła. Kiedy jednak Nowy Testament został skompletowany, nie było więcej potrzeby polegania na tych darach. W ten sposób języki ustały. Argumentacja ta wydaje się początkowo do przyjęcia -jednak nie jest niczym więcej jak tylko hipotetyczną spekulacją. Nie tylko nie posiada ona żadnej podstawy biblijnej, ale wydaje się też być sprzeczna z sensem używania tego daru, podanym przez Nowy Testament. Nie znajdujemy w Nowym Testamencie ani jednego wypadku, w którym języki byłyby używane dla pouczania wierzących. Przeciwnie, w 1 Liście do Koryntian 14,2 czytamy, że ci, którzy mówią językami, nie mówią do człowieka, lecz do Boga. Jeśli w kościele nie było nikogo posiadającego dar tłumaczenia języków, mówienie językami było zabronione, ponieważ nikt z obecnych nie mógłby powiedzieć „tak, amen” na takie błogosławieństwo czy dziękczynienie ofiarowane Bogu. W Piśmie Świętym używanie daru mówienia językami nigdy nie miało żadnego związku z nauczaniem Kościoła Bożych prawd. Nie mogło być zatem żadnego powiązania między ustaniem daru mówienia językami a skompletowaniem Nowego Testamentu. Jedną z podstawowych zasad interpretacji Pisma Świętego jest zasada badania tekstu w świetle jego kontekstu. Kontekstem 1 Listu do Koryntian 13 jest najwyższa wartość miłości. Jest ona wyższa od praktykowania jakiegokolwiek daru Ducha, gdyż brak miłości pozbawia je znaczenia (wiersze 1-3). Następnie w wierszach 4-7 znajdujemy definicję miłości. Wiersze 8-12 mówią, że miłość nigdy nie zawodzi -pokazują, że przetrwa ona języki, proroctwa i wiedzę. W końcu, w wierszu 13 przedstawione są trzy rzeczy, które przetrwały próbę czasu: wiara, nadzieja i miłość a najwyższa z nich jest miłość. Bezpośrednim kontekstem jest nieprzemijająca natura miłości, stanowiąca kontrast w stosunku do proroctw (które przeminą), języków (które ustaną) i mądrości (która wniwecz się obróci). Proroctwa i wiedza są tylko częściowe, lecz gdy nastanie doskonałość nie będziemy już dłużej mieli niejasnych wizji, lecz zobaczymy twarzą w twarz. Nasza wiedza nie będzie już dłużej wiedzą cząstkową, ale zupełną, ponieważ „poznamy tak, jak sami jesteśmy poznani”. Pomysł, że greckie słowo „teleios” przetłumaczone jako „doskonałość” odnosi się do pełnego kanonu Pisma nie przyszedł do głowy największym XlX-wiecznym badaczom języka greckiego. Jest to raczej wynalazek ostatnich lat, mający na celu przeciwstawienie się ruchowi charyzmatycznemu. Thayer w swoim „Grecko-angielskim leksykonie” mówi, że „teleios” użyte w 1 Liście do Koryntian 13,10 oznacza „doskonały stan wszystkich rzeczy zapoczątkowany powrotem Chrystusa z nieba”. Alford w swoim „Nowym Testamencie dla angielskich czytelników” mówi o niej, że nastanie „w chwili przyjścia Pana i później”. Jedyną biblijną podstawę odrzucenia ważności mówienia językami stanowi ta wątpliwa i słaba interpretacja greckiego wyrazu „teleios” wyrwanego z kontekstu, w którym został użyty. Należy się zatem poważnie zastanowić nad uczciwością tego rodzaju badań wyjaśniających. Żeby być uprzejmym, powiem, że w najlepszym wypadku jest to szkodliwa ślepota, a nie rozstrzygający dowód naukowy. Powinniśmy zwrócić również uwagę na to, że wraz z językami, które na podstawie 1 Listu do Koryntian 13,8 mają ustać, przeminą również proroctwa, a wiedza obróci się wniwecz. Czy ktoś chce stwierdzić, że Bóg nie mówi już do Kościoła, żeby go zbudować, napomnieć i pocieszyć? Czy wiedza obróciła się wniwecz? Pismo powiada, że nasza wiedza jest częściowa. Niektórzy pretendują do posiadania wiedzy doskonałej, ale ja mam co do tego poważne wątpliwości. Dopóki Chrystus nie powróci, nie poznamy nawet tak, jak jesteśmy poznani. Jeżeli nie istnieje dzisiaj żadna solidna biblijna podstawa do zaprzeczenia ważności mówienia językami, to jakie mamy inne podstawy, żeby kwestionować praktykowanie tego daru? Zwykle twierdzi się, że w poprzednich okresach historii Kościoła daru tego nie praktykowano. Nie jest to jednak prawda, gdyż zjawisko to stale się pojawiało i istnieją zapiski na temat mówienia językami w grupach gorliwych wierzących na przestrzeni całej historii Kościoła. Rzekome niewystępowanie tego daru w większej części historii Kościoła nie jest przekonywującym dowodem przeciwko aktualności języków. Osobiście nie jestem dumny z historii tradycyjnego Kościoła. Nowotestamentowy Kościół kwitł w czasach apostolskich. Apostoł Paweł mógł przedstawić wierzącym w Kolosach raport o tym, że prawda Ewangelii rozeszła się po całym świecie i że przyniosła owoc (List do Kolosan 1,6). Pod kierownictwem i w mocy Ducha Świętego ludzie ci byli w stanie w ciągu pierwszego wieku zanieść Ewangelię na cały świat. Wyczynu tego tradycyjny Kościół nie był w stanie powtórzyć w ciągu wszystkich następnych wieków. Tragiczną rzeczą jest, że wielu ludzi stara się ograniczyć szczególną moc Ducha Świętego tylko do okresu apostolskiego i zastępuje ją geniuszem i programami człowieka, by dzięki nim wypełnić wielki nakaz misyjny Chrystusa. Rezultatem tego jest ponura klęska Kościoła. Musimy się poważnie zastanowić czy rezygnacja z polegania na prowadzeniu i mocy Ducha Świętego przy zdobywaniu dla Chrystusa zgubionego świata była Bożym planem, czy decyzją ludzkiej pychy. Apostoł Paweł powiedział do Galacjan: „Czy aż tak nierozumni jesteście? Rozpoczęliście w duchu, a teraz na ciele kończycie?” (List do Galacjan 3,3). Dokładnie to samo można powiedzieć tym, którzy działanie darów Ducha Świętego chcą ograniczyć tylko do okresu apostolskiego. Twierdzą oni, że Kościół rozpoczął w Duchu, żeby móc pokonać przeszkody wrogiego sobie, pogańskiego świata. Lecz kiedy już założono seminaria i stworzono organizacyjne struktury, moc Ducha nie była już dłużej potrzebna. Kościół mógł być udoskonalamy przez wykształconych ludzi. Uczciwe spojrzenie na historię Kościoła powinno raz na zawsze rozwiać to fałszywe twierdzenie. Kiedy zastanawiamy się nad obietnicą zesłania Ducha zawartą w księdze Joela 2,28 i kiedy czytamy cały jej kontekst, widzimy, że prorok mówił o dniach ostatecznych. Proroctwo prowadzi wprost do czasu wielkiego ucisku ze słońcem zamieniającym się w ciemność, a księżycem w krew i do nadejścia wielkiego dnia Pana, gdy nastanie doskonałość. To, co rozpoczęło się w dniu Zielonych Świąt, miało trwać aż do powtórnego przyjścia Jezusa Chrystusa. Apostoł Piotr potwierdził to, kiedy w Zielone Święta na pytanie tłumu: „Co mamy robić?” odpowiedział: „Upamiętajcie się i niechaj się każdy z was da ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego. Obietnica ta bowiem odnosi się do was i do dzieci waszych oraz do wszystkich, którzy są z dala, ilu ich Pan, Bóg nasz powoła” (Dz 2,38-39). Nie powiedziano nic o przełomowej dacie przy końcu okresu apostolskiego. Idea ta jest ludzkim wynalazkiem, który ma usprawiedliwić brak mocy w kościołach i w życiu ludzi dzisiaj. Z pewnością nie orędujemy za tym, że każdy ma mówić językami. Apostoł Paweł, zadając retoryczne pytanie: „Czy wszyscy mówią językami?” (1 Kor 12,30), oczekiwał odpowiedzi „nie”, tak jak nie wszyscy mają dar uzdrawiania. Uważam jednak, że jest złą rzeczą zabraniać, czy nawet zniechęcać do mówienia językami tych, którzy chcą używać tego daru, żeby pomóc sobie we własnym życiu modlitewnym i duchowym.

Chuck Smith - Charyzma czy charyzmania

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Cud nie łamie praw natury

Popełniamy zatem błąd, jeśli definiujemy cud jako coś, co łamie prawa natury. Wcale tak nie jest. Jeśli wystukam popiół z fajki, zmienię pozycję olbrzymiej liczby atomów na dłuższą metę i na bardzo małą skalę wszystkich istniejących atomów. Jednak natura harmonijnie i bez wysiłku w mgnieniu oka asymiluje to zdarzenie ze wszystkimi innymi zdarzeniami Są to kolejne zdarzenia, gdzie mogą zadziałać prawa natury, i owe prawa zaczynają działać. Dorzuciłem po prostu jeszcze jedno zdarzenie do całej rzeki zdarzeń, a ono znajduje tam swoje miejsce i dostosowuje się do innych. Jeśli Bóg unicestwia, tworzy lub zmienia jakiś fragment materii, tworzy w tym momencie nową sytuację. Cała natura natychmiast obejmuje tę nową sytuację, przyjmuje ją i dostosowuje do niej wszystkie inne zdarzenia. Sytuacja zaś dostosowuje się do wszystkich praw. Jeśli Bóg tworzy cudowny plemnik w ciele dziewicy, to w konsekwencji nie niszczy żadnych praw! Natychmiast zaczynają one działać. Natura jest gotowa, następuje ciąża ze wszystkimi naturalnymi następstwami i dziewięć miesięcy później rodzi się dziecko. Codziennie możemy zaobserwować, że fizyczna natura doskonale sobie radzi z ciągłym dopływem zdarzeń natury biologicznej bądź psychologicznej. Poradzi sobie z nimi też wtedy, gdy będą pochodzić spoza natury jako takiej. Natychmiast podąży do miejsca inwazji i zaraz zajmie się „nowo przybyłym". A ten, gdy tylko znajdzie się w jej obrębie, dostosuje się do wszystkich jej praw. Można się będzie upić cudownym winem, cudowne poczęcie wywoła zwykłą ciążę, natchnione księgi będą żółknąć i niszczeć jak wszystkie inne, a cudowny chleb będzie podlegał trawieniu. Boska sztuka wywoływania cudów nie polega na zawieszaniu wzoru, do którego dostosowują się zdarzenia, ale na włączaniu weń nowych zdarzeń. Przyjmuje przybysza w dobrze sobie znany sposób. Jest bowiem doświadczoną gospodynią. Należy zdecydowanie podkreślić, że cud nie jest zdarzeniem bez przyczyn i skutków. Jego przyczynę stanowi działalność Boga, a skutki dostosowują się do praw natury. Następnie, zaraz po tym, jak nastąpi, splata się on z całą naturą, tak jak każde inne zdarzenie. Jego wyjątkowość polega na tym, że nie dzieje się tak, kiedy spojrzymy wstecz, gdyż wówczas nie daje się wpleść w całą wcześniejszą historię natury. I tego właśnie nie potrafią znieść niektórzy ludzie. Dzieje się tak dlatego, że zakładają, iż natura stanowi całą rzeczywistość. Są też pewni, że cała rzeczywistość musi być ze sobą powiązana i spójna. Zgadzam się z nimi. Obawiam się jednak, że robią błąd, traktując częściowy system w obrębie rzeczywistości, czyli naturę, tak jakby była całością. Jeśli tak, to cud i wcześniejsza historia natury mimo wszystko mogą być ze sobą powiązane, ale nie tak, jak spodziewają się tego naturaliści, tylko w mniej jednoznaczny sposób. Wielkie złożone zdarzenie nazywane naturą i nowe pojedyncze zdarzenie, które wprowadził do niej cud, są ze sobą powiązane, gdyż jedno i drugie pochodzi od Boga i bez wątpienia gdybyśmy dysponowali odpowiednią wiedzą, potrafilibyśmy docenić Boży zamysł i dzieło i wiedzielibyśmy, że natura, która miałaby inną historię, byłaby inna naturą i miałaby inne cuda, albo też byłaby ich całkowicie pozbawiona. W tym sensie cuda i wcześniejsza historia natury są ze sobą powiązane tak jak inne zdarzenia, tyle, że by zrozumieć to, co je łączy, musimy wrócić do ich Stwórcy. Nie znajdziemy tego w obrębie natury.

C. S. Lewis - Cuda

środa, 18 grudnia 2019

Ewnagelizować przez sztukę?

Wszystko, co robimy, ma być z myślą o innych. Nasza przyszłość i zbawienie pozostają w ręku Jezusa Chrystusa, nawet jeśli nie udało nam się stworzyć czegoś użytecznego i przydatnego, bądźmy więc spokojni, otwarci. Twórz ze wszystkich swoich sił i daj z siebie to, co najlepsze. Artysta słyszy nieraz zdanie: „Bycie artystą to dobra rzecz, jeśli twoja twórczość może być użyta do ewangelizacji”. I sztuka staje się częstokroć narzędziem ewangelizacji. Przyjrzyjmy się jednak bliżej tej kwestii. Właściwie nie ma w tym nic niestosownego, ale musimy sobie uświadomić, że twórczość artystyczna nie powinna służyć do udowodniania wartości chrześcijaństwa; powinno być raczej na odwrót. Chrześcijaństwo jest prawdą; wszystkie sprawy, jakie mają miejsce na ziemi -fakty, wydarzenia, ludzkie cierpienie czerpią znaczenie ze swego związku z Bogiem. A skoro Chrystus przyszedł, by dać nam nowy wymiar człowieczeństwa, to człowieczeństwo i sens tworzenia sztuki znalazły w Nim swój fundament. l dlatego sztuka nie powinna być na usługach ewangelizacji, nawet jeśliby była jej pomocna. Wielu artystów, aby służyć dziełu ewangelizacji, wyrzeka się charakterystycznych rysów swojej twórczości i tym samym ją ogałaca. Haendel ze swoim „Mesjaszem”, Bach z ,,Pasją według św. Mateusza”, Rembrandt z „Zaparciem się św. Piotra” czy budowniczowie kościołów cysterskich nie ewangelizowali ani nie robili z własnych dzieł narzędzi ewangelizacji - oni tworzyli na chwałę Boga. Nie poszli na kompromis ze „światem”, nie wynajdowali nowych środków do propagowania religii ani też nie robili świętej reklamy. I dlatego posiadali głębię i treść. Ich prace nie były też jakimś akcentem końcowym ani siecią na dusze, lecz miały swój własny wyraz i zamykały się same w sobie, były dla Bożej chwały, przekazywały coś z Miłości, która rozpala i nadaje sens. Zbyt często sztuka dzisiejsza jest nieszczera i ma niską jakość w swych usiłowaniach przemawiania do wszystkich i komunikowania tak, że niczego nie komunikuje. Krótko mówiąc twórczość artystyczna ma własną wartość i znaczenie, z pewnością też w obrębie chrześcijaństwa. O tym chcę więcej powiedzieć później. Sztuka chrześcijańska - w głębokim tego słowa sensie -musi być chrześcijańska, musi uzewnętrzniać owoc Ducha wyrażający się w pozytywnej mentalności i radości z danego nam życia, co nie oznacza, że obiekty tej sztuki mają być „chrześcijańskie” w wąskim znaczeniu tego słowa. „Koncerty Brandenburskie” Bacha nie były mniej chrześcijańskie od jego „Pasji”, a „Żydowska Oblubienica” Rembrandta od postaci biblijnych jego pędzla. Istotnie, prosić artystę, by był ewangelistą to totalne nieporozumienie wynikające z niezrozumienia znaczenia sztuki, a tym samym też innych form ludzkiej działalności. Jesteśmy chrześcijanami bez względu na to, czy śpimy, jemy, pracujemy nad jakimiś zagadnieniami wszystko czynimy jako Boże dzieci. Nasze chrześcijaństwo nie zamyka się wyłącznie w pobożnych uroczystościach albo w dobrych uczynkach. Celem życia nie jest też ewangelizowanie, ale szukanie Królestwa Bożego.

Posłużmy się metaforą; sztuka nie jest kaznodziejstwem. Największe dzieło sztuki ciągle będzie miernym kaznodzieją. Można ją raczej porównać do nauczyciela, który musi mówić o matematyce, geografii, historii, botanice, a czasem, lecz raczej rzadko, o religii. Najlepszym jednak obrazem funkcji sztuki byłby system rur i wodociągów we współczesnym mieszkaniu. Tak jak instalacje sanitarne o czym często zapominamy - bez wątpienia są niezbędne w naszych domach, tak sztuka, niejednokrotnie niepostrzeżenie, spełnia ważną funkcję w naszym życiu w tworzeniu atmosfery, w określaniu słownictwa i ram poznania. Sama rzadko stanowi narzędzie propagandy, ale swego czasu miała wielki wpływ na kształtowanie się obecnych schematów myślowych i ogólnie przyjętych wartości. Często jesteśmy nieświadomi tego, że sztuka, podobnie jak instalacja sanitarna ma decydujący wpływ na bieg spraw w naszym otoczeniu. Sądzę, że nie mamy racji, gdy mówimy, że jest coś „poza" naszym działaniem. Najgłębsze dążenia, miłość i nienawiść, mądrość i głupota, wiedza i czucie, również krótkowzroczność i fałszywe ideologie wszystkie one -a i jeszcze inne nie istnieją „poza”, lecz „w” naszym działaniu. W związku z tym „tworzyć jako chrześcijanin” nie oznacza twórczości uzupełnionej chrześcijańskimi elementami. Malarstwo chrześcijańskie, jeśli już użyjemy takiego określenia, jeśli chce mieć jakieś wewnętrzne, głębokie znaczenie, nie może być malarstwem uzupełnionym o cechy chrześcijańskie. Nie musi ono być świątobliwe. Sztuka usprawiedliwia się, tłumaczy, sama przez się. Lecz ponieważ malarstwo jest dziełem człowieka i jako takie realizuje ludzką wyobraźnię, posiada charakter „duchowy” ukazując wnętrze człowieka. Rzeczy te są wzajemnie ze sobą powiązane - skomunikowane, ponieważ sztuka jest także łączeniem. A zatem wszystko, co ludzkie, świadczy o człowieku, a ten z kolei nigdy nie jest neutralny czy obojętny. Malarstwo jest obciążone treścią. Im jest lepsze, tym więcej niesie tego ładunku treściowego. Gdy przyjrzymy się bliżej jakiemuś dziełu, uświadomimy sobie, że materiały, technika, format i wszystkie inne techniczne elementy po to były dobierane, aby przy ich pomocy twórca mógł uzewnętrznić swoje myśli. Istnieje więc ścisła zależność między duchem i materią. Gdy więc ktoś twierdzi, że na przykład malarstwo jest właściwie tylko malarstwem w sensie samej umiejętności wytworzenia kolejnego przedmiotu, nie ma racji. Takie i podobne opinie mają na celu podkreślenie faktu, że nasza indywidualna duchowość nie ma z nim do czynienia, czyli że człowiek nie ma nic do powiedzenia, a człowieczeństwa samodzielnie istniejącego w dziele nie da się wyrazić. Staramy się jasno przedstawić, czym jest element chrześcijański w wytworach chrześcijanina nazywany przez Biblię owocem Ducha (List do Galacjan 5:22). Nie zapominajmy przy tym, że wymaga się od nas, by nasza twórczość nosiła znamiona realności i odzwierciedlała rysy naszej osobowości. Element chrześcijański nie przychodzi nigdy oddzielnie. Częstokroć zwracano się do mnie z pytaniem: „Co trzeba zrobić, by tworzyć jako chrześcijanin?” Mam wtedy odczucie, że ten ktoś chce się umieścić w pewnych sztywnych ramkach, jak gdyby chrześcijaństwo oznaczało trzymanie się pewnych zasad zwykle negatywnych. A gdy ktoś jeszcze pyta: „Czy mogę to zrobić? Czy to może być tak zrobione?” wtedy mi się wydaje, że człowiek ten traktuje swoją duchowość bardzo szablonowo. Nie jesteśmy przecież ludźmi z dodatkiem nadzwyczajnym zwanym chrześcijaństwem. Nasze człowieczeństwo reaguje na świat zewnętrzny i na Słowo Boże w sposób szczególny, właściwy dla naszej osobowości. Być chrześcijańskim twórcą oznacza szczególne powołanie do używania swego talentu na chwałę Boga jako aktu miłości do Niego oraz jako służby miłości wobec ludzi. Oznacza to też ciągłą wędrówkę, przygotowywanie się najlepiej jak potrafimy, szkolenie się we własnej „branży”, doskonalenie techniki i zasad tworzenia, uczenie się od innych na ich błędach, poszukiwanie własnego stylu, eksperymentowanie, osiąganie wytkniętych celów, ale też ponoszenie porażek. Pracować w taki sposób -całym sercem, umysłem i duchem, wykorzystując zdolności w otwartości i swobodzie działania, modląc się o mądrość i prowadzenie, myśląc przed rozpoczęciem działania -równa się przyjęciu na siebie swojej odpowiedzialności. Oczy wiście nie może nam też zabraknąć samokrytyki, ale być chrześcijańskim artystą nie oznacza być kimś doskonałym i nieomylnym. Chrześcijanie są często nierozsądni i popełniają błędy niekiedy z powodu grzeszności, a czasami dlatego, że zadanie jest ponad nasze siły lub źle nam doradzono w jakiejś sprawie, bo jesteśmy ludźmi i żyjemy w świecie napiętnowanym przekleństwem. Być dzieckiem Bożym nie znaczy być genialnym. Jeśli jesteś chrześcijaninem, nie wstydź się tego. Pracuj pełnią swoich możliwości, daj z siebie to, co najlepsze. Teraz jest czas bycia najlepszym. Wstydź się bycia gorszym i uważaj, bo okażesz się głupcem i zarozumialcem, jeśli będziesz starał się być kimś więcej, niż w istocie jesteś. Zachęcam cię do przeżywania wolności, lecz nie daj się pokonać przez grzech on odbiera wolność. Chodź Bożą drogą, lecz ma to wypływać z twoich przekonań, twego rozumowania, miłości i wolności. Droga ta nie jest listą zakazów i nakazów. Jest czymś o wiele bardziej realnym i prawdziwym. Jest oddaniem. Pracujmy więc najlepiej, jak tylko umiemy, gdyż czyniąc to uczestniczymy w działaniu i dokonujemy zmian.



Hans Rookmaaker - Sztuka nie potrzebuje usprawiedliwienia 

czwartek, 21 listopada 2019

Ewangelia Jana 6 rozdział NPD










Nowy Przekład Dynamiczny - Nowy Testament we współczesnym języku polskim z komentarzem filologicznym, historycznym i teologicznym

niedziela, 3 listopada 2019

Uczeń wg Ewangelii Jana

W oryginalnym tekście Jan w ogóle nie używa rzeczownika „zaufanie” (wiara), natomiast stosuje czasownik „ufać” (wierzyć) aż 98 razy. Pokazuje to, że Jan nie rozpatruje wiary w kontekście zespołu przekonań intelektualnych. Nie są one dla niego podstawą do stwierdzenia, czy ktoś jest wierzący, czy nie. W swej relacji o Chrystusie pokazuje wiele osób, które rozumiały, że Jezus jest Mesjaszem (gr. Chrystusem), choć niewiele z nich było gotowych stać się Jego uczniami. Przedstawia także innych, którzy byli intelektualnymi zwolennikami Jezusa, a nawet jego wielbicielami, lecz ostatecznie nie potrafili się zdobyć na decyzję porzucenia wszystkiego i pójścia za Nim, a więc na przystąpienie do grupy Jego uczniów. Pokazuje też takich, którzy stali się uczniami, lecz po uczynieniu pierwszych kroków wiary nie wytrwali i odstąpili lub odwrócili się od Jezusa. Z przekazu Jana można więc wynieść wniosek, że jedynie naśladowanie postawy Jezusa oraz trwanie w całkowitej ufności do Niego i tylko do Niego jest w biblijnym sensie pełnią wiary chrześcijańskiej. W wierze tej nie ma miejsca dla innych „bogów”, innych „pośredników”, innych „świętych”. Jezus jest jedynym Zbawicielem (Dz 4,12), jedynym Pośrednikiem (1 Tm 2,5; Hbr 9,15) i jedynym Świętym (1 P 3,15), ponieważ On jest Bogiem bliskim (Mt 1,23; Ap 21,3) oraz Bogiem Wszechwładnym zasiadającym na Tronie w Niebiosach.

Dobra Wiadomość o ratunku w Chrystusie w relacji Jana (NPD)

wtorek, 15 października 2019

Cierpienie - modlitwa - charakter

Sam Bóg, nasz Pan, Jezus Chrystus i święci są przykładami sprzeczności, co do każdej normy zachowania, poza jedną, tj. normą osobistej odpowiedzialności wobec Boga na podstawie osobistego charakteru. W chwilach, gdy nadchodzą przypominające siebie próby, święci podejmują różne decyzje - czy wszystkie tak różne decyzje mogą być prawidłowe? Oczywiście mogą, ponieważ decyzje podejmowane są na podstawie osobistego charakteru i odpowiedzialności wobec Boga. Największy błąd popełniany przez świętych polega na tym, iż mówią: „Ponieważ tak się zachowałem w trakcie tego kryzysu, to jest to zasada właściwego postępowania dla wszystkich”. Nonsens! Bóg jest Suwerenny, a Jego drogi dają się poznać na podstawie dorobku konkretnego charakteru. Jeden z najgorszych sposobów rozumowania polega na stawianiu ryzykownych hipotez odnośnie woli Bożej. Żaden święty nie będzie wiedział, co zrobi w okolicznościach, w których jeszcze się nigdy nie znalazł. Chcę, abyście byli wolni od trosk, mówi apostoł Paweł. Święty to istota o olbrzymich możliwościach, ukształtowana poprzez zawiadujący wszystkim charakter Boga. Ponadnaturalne głosy, sny, ekstazy, wizje i manifestacje mogą, ale nie muszą być oznaką woli Bożej. Słowa Pisma Świętego, polecenia świętych, silne przekonanie odczuwane w trakcie modlitwy mogą, ale nie muszą być oznaką woli Bożej. Jedyny test, który można znaleźć w Biblii, to rozeznanie pomiędzy osobowym Bogiem a osobistą relacją z Nim, poświadczaną dalej w mowie i czynie. Uderzającą linią demarkacyjną wyznaczającą granicę pomiędzy Bożym prowadzeniem i wszelkim innym prowadzeniem jest to, że wszelkie inne ponadnaturalne prowadzenia tracą z oczu ludzką osobowość i Boską osobowość, i kończą się omdleniem w absolutną nicość. Na każdym etapie Boskiego prowadzenia, które widzimy w Biblii, te dwa elementy stają się coraz bardziej wyraźne: Bóg i ja sam.

***
Biblia jest Słowem Bożym. Musimy jednak znowu o to zapytać,ponieważ wszyscy poznaliśmy bojowników o Biblię jako Słowo Boże, których nie powinniśmy zbyt szybko nazywać świętymi, bo wielu z nich dowodziła praw z logiki, a nie z Biblii; tak iż padła odpowiedź bardziej ostrożna: „Biblia zawiera słowo Boże”. To najbardziej kardynalny błąd i prowadzi do mistycznego życia religijnego, które za sprawą tego, iż jest „szczególne” szybko staje się fałszywe (por. 2P 1:20). Biblia jest Słowem Bożym tylko dla narodzonych na nowo, którzy kroczą w światłości. Nasz Pan Jezus Chrystus, Słowo Boże, a także Biblia, słowo Boże, stoją lub upadają razem, nie można ich od siebie oddzielić bez katastrofalnych dla tego skutków. Nastawienie człowieka do naszego Pana determinowane jest przez jego nastawienie do Biblii.

***
Człowiek powinien w wielkim znużeniu odwrócić się od znacznej część religijnej literatury naszych dni, która jest bezmyślna, skupiona na zaspokajaniu podstawowych potrzeb. Myśleć dla chrześcijanina, to rzadkie osiągnięcie, tym bardziej, że ten osobliwy zakwas, który stawia na ignorancję, zbiera swoje gnuśne żniwo. Mówić o Platonie wśród większości kaznodziei chrześcijańskich, szczególnie pośród kaznodziei uświęcenia, nie tyle oznaczałoby napotkania beztroskiej ignorancji, co raczej próżnej pychy, która chlubi się nieznajomością niczego poza Biblią, co, z wielkim prawdopodobieństwem, oznacza również nieznajomością samej Biblii. Myślenie chrześcijańskie to rzecz trudna i rzadka; tak wielu zdaje się ignorować w swojej bezmyślności sam fakt, że pierwszym wielkim przykazaniem naszego Pana jest: Będziesz miłował Pana, Boga swego (...) z całej myśli swojej. Żaden umysł, poza Umysłem naszego Pana, nie skupił się tak bardzo na wątku Boskiego prowadzenia przez Symbole, jak właśnie umysł Platona. Zobaczył on to z wielką jasnością wizji, którą przewyższali jedynie prorocy inspirowani przez Boga. Nie dziwi zatem, iż wielu we wczesnych dniach myślącego chrześcijaństwa chciało włączyć go do grona Ojców Kościoła. Co mamy rozumieć pod pojęciem symbol? Symbol reprezentuje duchową rzeczywistość poprzez obrazy lub właściwości naturalnych rzeczy.

***
Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się, że musiałeś zrobić coś dla swojego psa, żeby ten wydobrzał, coś co bardzo boli - wyciągnąć cierń z jego łapy, przemyć ranę albo coś w tym stylu? Jeśli tak, to na pewno zapamiętałeś ten wyraz tępej elokwencji w oczach swojego psa, gdy spoglądał na ciebie; to, co mu robiłeś strasznie bolało, a jednak z jego oczu zdawało się przemawiać niezmierne zaufanie do ciebie, jakby mówił: Nie mam bladego pojęcia co robisz. To, co robisz, boli, ale nie przestawaj. Oto odpowiednia ilustracja cierpienia według woli Bożej. Patrzeć na cierpienie oczami, które nie znają Boga, to sprawić, że usta zniesławiają Najwyższego. Współczuć z cierpiącymi, nie poznawszy najpierw Boga, to nienawidzić Chrystusa.

***
Stoik pokonuje świat przez wyzbycie się namiętności; święty pokonuje świat poprzez namiętność. Cierpienie wyrażone przez aktywne czynienie dobra jest błogosławioną i dobroczynną reakcją na życie. Dla uświęconej duszy wola Boża jest jej absolutnym życiem, tak naturalnym jak oddychanie. Chory człowiek posiada intelektualną wiedzę o tym, czym jest zdrowie, a grzeszny człowiek posiada intelektualną wiedzę o tym, czym jest wola Boża; ale uświęcone serce jest wyrazem woli Bożej. Jego mottem jest: „Mój Ojciec może uczynić wszystko, co zechce ze mną, może błogosławić mi do śmierci albo dać mi gorzki kielich; pragnę czynić Jego wolę”.

***
Czy terror, który panuje na świecie, wywołuje panikę: panikę zrodzoną z tchórzostwa i egoizmu? Każdy, kto wpada w panikę, rzuca się po wszystko zawsze dla siebie, bez względu na to, czy jest to cukier, masło czy państwo. Jezus nigdy by nie pozwolił, aby jego uczniowie panikowali. Jedną z największych zbrodni, jaką mógł popełnić uczeń, wedle Jezusa Chrystusa, to martwić się. Gdy tylko zaczynamy kalkulować wykluczywszy Boga, popełniamy grzech. Nie obruszaj się, bo to prowadzi do złego (Ps 37:8). Stawmy czoła faktom. Niewielu z nas jest w stanie stawić czoła faktom, wolimy nasze fikcję. Nasz Pan uczy nas, abyśmy zawsze w pełni potrafili stawić czoła faktom i mówi: Gdy zaś usłyszycie o wojnach i rozruchach, nic lękajcie się.

***
Początkiem obżarstwa jest obojętność na obżarstwo wyrażana przez pobłażanie sobie. Musimy troszczyć się o to, abyśmy w trakcie obecnych okropieństw, gdy wojna, pożoga i cierpienie są wszechobecne, nie zamknęli się w naszym własnym świecie i nie zaczęli ignorować wymagań, które mają wobec nas nasz Pan i nasi bliźni, czyli służenia modlitwą wstawienniczą, gościnnością i troską o innych.

***
„Z Chrystusem jestem ukrzyżowany”. Narodzić się na nowo z Ducha Bożego oznacza, że musimy najpierw puścić zanim pochwycimy. Żyje wielu ludzi, którzy wierzą w Jezusa Chrystusa, ale którzy nie wyrzekli się niczego, a z tej przyczyny nigdy niczego nie otrzymali, w dalszym ciągu żyją życiem, które nie zostało wyrzeczone, a te wielkie słowa Apostoła Pawła brzmią dla nich zupełnie jak obcy język, są zupełnie niepraktyczne, jak „z kosmosu”, dosłownie „nie ma w nich nic”. Ale, błogosławione niech będzie imię Pańskie, zaiste coś w tych słowach jest! Na pierwszym etapie wyrzec się trzeba wszelkich pretensji. To, co Jezus Chrystus chce, abyśmy Mu pokazali, to nie nasza dobroć, uczciwość, ani nasze dzieła, ale nasz prawdziwie lity grzech, to jest wszystko, co On może wziąć. On tego, który nie znał grzechu, za nas grzechem uczynił, abyśmy w nim stali się sprawiedliwością Bożą; ale musimy zrzec się wszelkich pretensji do bycia czymkolwiek, musimy wyrzec się wszelkich roszczeń do bycia godnymi Bożej uwagi. To oznacza bycie przekonanym o grzechu.

***
Gdy Chrystus jest kształtowany w nas poprzez moc odrodzenia, nasze naturalne życie doświadcza miecza, cierpienia, którego nigdy byśmy nie poczuli, gdybyśmy się nie narodzili na nowo z Boga. Naturalne w nas chce, aby Syn Boży wykonał Wielkie Boże Dzieła po naszemu. Cóż lepszego mogłoby być od Syna Bożego manifestującego swoją obecność w nas? Tysiące zbawionych jednego dnia. My sami, przemienieni i eksponowani jako wspaniałe okazy tego, co Bóg może uczynić!!! Coś cudownego uczynionego pod wypływem naszych naturalnych  (niegrzesznych) istnień!!! Chcemy, aby zrobił to lub tamto, żądamy, aby to zrobił, pospieszamy Go i mówimy „Najwyższy czas”, ale otrzymujemy od Boga prawdziwego szacha i nie jesteśmy w stanie ponownie otworzyć naszych ust do Niego. Gdy cuda nasze go Pana działają w nas, to zawsze manifestują się poprzez utemperowane, w pełni wstrzemięźliwe życie.

***
Życie Boże w nas manifestuje się poprzez duchową koncentrację, a nie przez pobożną samoświadomość, ponieważ pobożna samoświadomość wytwarza uwielbienie dla modlitwy, a to jest antychrześcijańskie.

***
Nie jest łatwo modlić się publicznie i niewielu z nas chętnie naraża swoją emocjonalną równowagę, aby spełnić prośbę naszego Pana, ale dlaczego niemielibyśmy zaburzyć naszej emocjonalnej równowagi? Dlaczego tak wiele publicznych spotkań modlitewnych ma być zrujnowanych przez gadatliwego brata, który tak naprawdę się nie modli, ale prowadzi wywód teologiczno-doktrynalny? Wszyscy ubolewamy nad takim nadużyciem publicznego spotkania modlitewnego, ponieważ to rzecz niegodziwa, aby zawłaszczać sobie czas świętych; a jednak tak na prawdę upomnieć należy pokornego świętego, który powinien się modlić, gdy nadarza się okazja, nie dając w ten sposób okazji do działania nieprzyjacielowi.

***
Modlitwa wstawiennicza jest częścią Bożego suwerennego planu. Jeśli nie byłoby świętych modlących się za nas, nasze życie byłoby bez porównania bardziej jałowe, a w związku z tym odpowiedzialność tych, którzy nigdy nie wstawiają się za innymi i którzy wstrzymują błogosławieństwo przeznaczone dla innych, zaiste jest straszna.

***
Właściwą doktryną czy ewangelią chrześcijaństwa jest całkowite uświęcenie, poprzez które Bóg bierze najmniej obiecującego człowieka i czyni go świętym.

***
Cóż za słabość! Nasz Pan mieszkał przez trzydzieści lat w Nazarecie ze swoimi braćmi, którzy w Niego nie wierzyli (J 7:5); spędził trzy lata w sławie, pośród skandalu i w nienawiści; zafascynował sobą tuzin analfabetów, którzy pod koniec tego trzyletniego okresu porzucili Go i uciekli (Mk 14:50); wreszcie, został aresztowany przez władze i ukrzyżowany poza miastem. Osądzony z każdego możliwego punktu widzenia, poza Duchem Bożym,Jego życie było największą manifestacją słabości, oczywistej dla pogan sądzących, że w tym momencie zarówno On sam, jak i jego szalona opowieść zostały unicestwione na zawsze.


Oswald Chambers - Dyscypliny chrześcijańskiego życia / tom 1 i 2

poniedziałek, 30 września 2019

Nowy Socjalistyczny Rząd Światowy

Ulegli niewolnicy dobroczynnego państwa1 (1958) 
Postęp oznacza zmierzanie w pożądanym kierunku, lecz to, czego każdy z nas pragnie dla rodzaju ludzkiego, często się od siebie różni. W rozdziale zatytułowanym „Możliwe światy”2 prof. Haldane przedstawił przyszłość, w której człowiek przewidziawszy, że Ziemia wkrótce nie będzie się nadawać do zamieszkania przygotował się do wędrówki na Wenus, drastycznie modyfikując swoją fizjologię oraz porzucając sprawiedliwość, litość i szczęście. Jego jedynym pragnieniem stało się przetrwanie. Mnie natomiast znaczniej bardziej obchodzi jakość ludzkiego życia niż jego długość. Postęp według mnie oznacza zmierzanie ku coraz większej dobroci i szczęściu w życiu poszczególnych jednostek. Sama długowieczność gatunku, podobnie jak i pojedynczych ludzi, wydaje mi się ideałem godnym pogardy. Posunę się więc jeszcze dalej niż C. P. Snow w odsuwaniu bomby wodorowej z centrum naszego zainteresowania na dalszy plan. Podobnie jak on, nie mam pewności, czy zagłada za jej sprawą jednej trzeciej ludzkości (tej części, do której również i ja należę) byłaby czymś złym dla tych, którzy przeżyją. Podobnie jak on, nie sądzę, byśmy wszyscy mieli zostać przez nią uśmierceni. Przypuśćmy jednak, że tak się stanie. Jako chrześcijanin z góry zakładam, że historia ludzkości pewnego dnia się zakończy. Nie próbuję jednak doradzać Wszechwiedzącemu, jaka byłaby ku temu najodpowiedniejsza data. Bardziej interesuje mnie to, jaki wpływ bomba wywiera na nas w obecnej chwili. 
Można spotkać młodych ludzi, którzy z powodu zagrożenia nią zatruwają sobie każdą przyjemność i unikają wszelkich obowiązków. Czyżby nie wiedzieli, że i tak wszyscy umierają, bądź to od bomby, bądź od czegoś innego (a wielu w sposób pożałowania godny)? Nic tu nie pomoże grymaszenie i dąsanie się. 
Nie zagłębiając się w temat, w moim mniemaniu poboczny, wracam do istoty zagadnienia. Czy ludzie stają się, lub są w stanie stać się lepsi i szczęśliwsi? Oczywiście, odpowiedzi na to pytanie można udzielić tylko i wyłącznie w formie przypuszczenia. Większość indywidualnych doświadczeń (a nie ma wszak żadnych innych) nigdy nie pojawia się w wiadomościach, a już na pewno nie w książkach historycznych. Człowiek nie potrafi w pełni pojąć nawet swoich własnych. Pozostają nam tylko ogólniki. Wszelako i wśród nich trudno jest zachować równowagę. Sir Charles wylicza wiele dowodów autentycznej poprawy. Musimy jednak przeciwstawić im Hiroszimę, oddziały Black and Tan3, gestapo, GPU, „pranie mózgów” i sowieckie łagry. Być może stajemy się bardziej życzliwi w stosunku do dzieci. Jednocześnie jednak gdzieś zapodziewa się nasza życzliwość wobec starców. Każdy lekarz powie nam, że nawet ludzie zamożni nie chcą się opiekować sędziwymi rodzicami. „Czy nie można umieścić ich w jakimś domu?” powiada Goneril4
Sądzę, że pożyteczniejszą rzeczą niż próba wprowadzenia równowagi będzie przypomnienie sobie, iż większość wspomnianych zjawisk, zarówno dobrych jak i złych, wynika z dwóch przyczyn. Obydwie prawdopodobnie zadecydują o tym, co będzie się z nami działo przez najbliższy czas. 
Pierwsza z nich to postęp i coraz intensywniejsze wdrażanie nauki. Jeśli chodzi o interesujące mnie cele, stanowi to dziedzinę neutralną. Będziemy w stanie leczyć, a z drugiej strony generować coraz więcej chorób (to wojna bakteriologiczna, a nie bomby, może przyczynić się do ostatecznej zagłady), przynosić coraz większą ulgę i zadawać coraz więcej cierpień, gospodarować coraz większą ilością zasobów lub je marnotrawić czy wręcz unicestwiać. Możemy stać się albo większymi dobroczyńcami, albo gorszymi szkodnikami. Domyślam się, że będziemy czynić zarówno pierwsze, jak i drugie naprawiać jedno, a psuć inne, likwidować state nieszczęścia, stwarzać zaś nowe, wystrzegać się jednej rzeczy, narażając się na inną. 

Drugą przyczyną jest zmiana stosunków między rządem a poddanymi. Sir Charles wzmiankuje o naszym nowym podejściu do przestępczości. Ja natomiast wspomnę o pociągach wypełnionych po brzegi Żydami, których zwożono do niemieckich komór gazowych. Sugestia, że istnieje tu wspólny element, wydaje się szokująca, lecz uważam ją za ściśle zgodną z prawdą. Według filozofii humanitaryzmu, wszelkie przestępstwa mają charakter patologiczny i wymagają nie kary, ale leczenia. Pogląd ten oddziela pomoc okazywaną przestępcy od koncepcji sprawiedliwości i zasłużonej kary, a sprawiedliwe leczenie jest wszak bez sensu. 
Zgodnie z dawnym podejściem, opinia publiczna mogła zaprotestować przeciwko zbyt rygorystycznemu wyrokowi (protestowała na przykład przeciwko naszemu staremu prawu karnemu), gdy wykraczał poza to, na co dany człowiek „zasłużył”. Kara stanowiła zagadnienie etyczne, na temat którego każdy mógł wyrazić swoją opinię. Terapeutyczne traktowanie przestępcy można oceniać jedynie na podstawie prawdopodobieństwa odniesionego sukcesu. Jest to zagadnienie techniczne, o którym mogą się wypowiadać tylko eksperci. W ten sposób przestępca przestaje być traktowany jako osoba mająca prawa i obowiązki, a staje się jedynie przedmiotem, nad którym może pracować społeczeństwo. Na tym właśnie w swojej istocie polegało traktowanie Żydów przez Hitlera. Byli oni przedmiotami zabijanymi nie dlatego, że zasłużyli na karę, lecz ponieważ według jego teorii stanowili chorobę społeczną. Skoro społeczeństwo może naprawiać, przerabiać i zmieniać ludzi według swojego widzimisię, to owo widzimisię może oczywiście być nie tylko humanitarne, lecz także mordercze. Powyższe rozróżnienie jest nadzwyczaj ważne. Tak czy inaczej, władcy stali się właścicielami. 
Zwróćmy uwagę, jak mogłoby funkcjonować „humanitarne” podejście do przestępczości. Skoro zbrodnie są chorobami, dlaczego choroby miałyby być traktowane inaczej niż zbrodnie? A kto potrafi zdefiniować chorobę, jeśli nie ekspert? Jedna ze szkół psychologii już uznaje moją religię za nerwicę. Jeśli owa nerwica stanie się kiedyś niewygodna dla władzy, czy coś mogłoby stanąć na przeszkodzie, aby poddać mnie przymusowemu „leczeniu”? Jak to czasami bywa, może ono być bolesne. Nic jednak nie pomoże pytanie: „A co ja zrobiłem, by na to zasłużyć?” Funkcjonariusz, który nas „naprostowuje”, odpowie: „Ależ panie kolego, nikt pana nie obwinia. My nie wierzymy już w sprawiedliwość opartą na zasłużonej karze. My poddajemy pana leczeniu”. 
Takie podejście jest niczym więcej, jak skrajnym zastosowaniem politycznej filozofii zadomowionej w większości współczesnych społeczeństw. Wkradła się ona do nas bez naszej wiedzy. Dwie wojny wymusiły ogromne ograniczenia wolności, a my, choć wśród narzekania, przyzwyczailiśmy się do naszych pęt. Coraz większa złożoność oraz ryzyko naszego życia ekonomicznego zmusiły rząd do tego, by przejąć władzę nad wieloma sferami działalności, które niegdyś zależały od dobrej woli lub przypadku. Nasi intelektualiści ulegli najpierw niewolniczej filozofii Hegla, potem Marksowi, a wreszcie lingwistycznym analitykom. 
W rezultacie obumarła klasyczna teoria polityczna wraz ze swoimi stoickimi, chrześcijańskimi i naukowo-prawniczymi podstawowymi koncepcjami (prawo naturalne, wartość jednostki, prawa człowieka). Współczesne państwo istnieje nie po to, żeby strzec naszych praw, lecz by świadczyć nam dobro, lub czynić nas dobrymi ludźmi tak czy owak, by robić coś dla nas lub zrobić coś z nas. Z tego powodu nowy przydomek „przywódca” został nadany tym, którzy niegdyś byli „władcami”. Staliśmy się bardziej ich podopiecznymi, uczniami lub zwierzętami domowymi. Nie zostało nam już nic, o czym moglibyśmy im powiedzieć: „To nie wasz interes”. Całe nasze życie bowiem jest ich interesem.
Używam słowa „oni”, ponieważ byłoby dziecinadą nie zdawać sobie sprawy z tego, że faktyczna władza ma, i zawsze musi mieć, charakter oligarchiczny. Nasi panowie muszą być liczniejsi niż jedna osoba oraz mniej liczni niż ogół. Oligarchowie jednak zaczynają na nas patrzeć w nowy sposób. 
Tu, jak sądzę, mamy do czynienia z prawdziwym dylematem. Prawdopodobnie nie potrafimy, i z pewnością nie będzie nam się chciało, wracać do naszego pierwotnego stanu. Jesteśmy niczym oswojone zwierzęta (czasem należące do dobrych, a czasem do okrutnych panów) i prawdopodobnie zginęlibyśmy z głodu, gdybyśmy wydostali się z naszej klatki. Na tym polega trudność naszego dylematu.Ile jednak cennych dla mnie wartości może przetrwać w coraz dokładniej zaprogramowanym społeczeństwie? Oto trudność druga. 
Wierzę, że człowiek jest szczęśliwszy, a jego szczęście staje się bogatsze, gdy posiada „umysł człowieka wolnego”. Wątpię jednak, czy może go posiąść bez ekonomicznej niezależności, którą nowe społeczeństwo chce obalić. Ekonomiczna niezależność bowiem pozwala na edukację nie kontrolowaną przez władze. W dorosłym życiu ten, kto niczego nie potrzebuje, nie chce nic od władzy, może krytykować jej posunięcia i okazywać lekceważenie jej ideologii. Czytajmy Montaigne'a: oto głos człowieka na swojej własnej zagrodzie oraz jedzącego baraninę i rzepę wyhodowaną na własnym polu. Kto jeszcze może tak powiedzieć, gdy państwo jest dla wszystkich dyrektorem i pracodawcą? Bez wątpienia, nim ludzie zostali ujarzmieni, taką wolnością cieszyło się tylko niewielu. Wiem o tym. Dlatego z przerażeniem podejrzewam, że nasz jedyny wybór to albo społeczeństwa z nielicznymi ludźmi wolnymi, albo społeczeństwa nie mające ich w ogóle. 
Nowa oligarchia, w swoim dążeniu do tego, by nas zaprogramować, musi coraz bardziej działać w oparciu o swoje roszczenia do wiedzy. Skoro mamy doznawać matczynej opieki, to matka powinna o wszystkim wiedzieć najlepiej. Oznacza to, że władza musi w coraz większym stopniu konsultować się z naukowcami, aż w końcu politycy w ścisłym tego słowa znaczeniu staną się marionetkami uczonych. Technokracja stanowi formę rządów, do której musi zmierzać zaprogramowane społeczeństwo. Panicznie boję się specjalistów u steru władzy, ponieważ zabierają głos w kwestiach wykraczających poza ich specjalność. Niech uczeni mówią nam o nauce. Władza natomiast obejmuje kwestie dotyczące dobra człowieka, sprawiedliwości oraz winna wyznaczać cele, do jakich warto zmierzać i jakim kosztem. Wykształcenie naukowe nie dodaje rangi opiniom wypowiadanym na takie tematy. Do lekarza należy zwrócenie mi uwagi, że jeśli nie uczynię tak a tak, umrę. Na pytanie jednak, czy warto żyć, może równie dobrze odpowiedzieć każdy inny człowiek. 

Po trzecie, nie podobają mi się aspiracje władzy, a więc powody, dla których wymaga ode mnie posłuszeństwa. Sięgają one bowiem zbyt daleko. Nie odpowiadają mi magiczne ambicje czarownika, ani boskie prawa Bourbonów. Nie tylko dlatego, że nie wierze w magię i w politykę Bossueta5. Wierzę w Boga, lecz nie znoszę teokracji. Każda władza bowiem składa się jedynie z ludzi, i gdy przyjrzymy się jej dokładnie, stanowi ona tylko środek zastępczy. Jeśli dodaje do swych nakazów słowa „tak mówi Pan”, kłamie, i to w sposób bardzo niebezpieczny. 
Z tych samych powodów drżę na wieść o władzy w imię nauki. W ten sposób dochodzą do głosu tyrani. W każdym wieku ludzie chętni do trzymania nas pod kontrolą, jeśli mają trochę rozsądku, wysuwają pewne tezy, które dzięki nadziejom i obawom epoki wydają się niezwykle przekonujące. Zbijają na nich swój kapitał. Raz była to magia, innym razem chrześcijaństwo. W obecnym czasie z pewnością będzie to nauka. Być może prawdziwi uczeni nie traktują zbyt poważnie „nauki” tyranów. Nie traktowali poważnie ani teorii rasistowskich Hitlera, ani biologii Stalina. Można im jednak nałożyć kaganiec. 
Musimy podkreślić ważność słów sir Charlesa, przypominających nam, że miliony ludzi na Wschodzie wciąż głodują. Dla nich moje obawy wydawałyby się czymś mało istotnym. Głodny człowiek myśli o jedzeniu, a nie o wolności. Musimy podkreślić również wagę twierdzenia, że nic prócz nauki, i to zastosowanej w sposób globalny, a więc wprowadzającej bezprecedensową kontrolę ze strony władzy, nie może napełnić żołądków i zapewnić medycznej pomocy całej ludzkiej rasie. Mówiąc krótko, nie może tego zapewnić nic prócz światowego państwa dobroczynnego. Przyznawanie pełnej racji tym prawdom mówi mi o skrajnym niebezpieczeństwie, na jakie narażona jest ludzkość w obecnym czasie. 
Z jednej strony doświadczamy rozpaczliwej potrzeby: głodu, choroby i strachu przed wojną. Z drugiej natomiast, wierzymy, że istnieje jakaś koncepcja, która mogłaby ją zaspokoić - wszechwładna globalna technokracja. Czyż nie stwarza ona idealnej możliwości powstania niewolnictwa? Właśnie tak pojawiało się ono w przeszłości: poprzez istnienie ogromnej potrzeby (prawdziwej lub pozornej) u jednej ze stron, oraz zdolności (prawdziwej lub pozornej), by ją zaspokoić u drugiej. W świecie starożytnym poszczególne jednostki sprzedawały się w niewolę, aby móc się wyżywić. Podobnie dzieje się ze społeczeństwem. Oto mamy znachora, który może wybawić nas od czarowników, wojownika od barbarzyńców oraz Kościół od piekła. Dajmy im to, czego żądają, i powierzmy się ślepo w ich ręce. Oby nas tylko wyratowali! Być może straszliwa transakcja odbędzie się raz jeszcze. Nie możemy winić ludzi za to, że się na nią godzą. Trudno byłoby im tego odmawiać. Z drugiej jednak strony, trudno byłoby znieść, gdyby tak uczynili. 
Zagadnienie postępu zmusza nas do zadania sobie pytania, czy potrafimy znaleźć jakikolwiek sposób, by podporządkować się światowemu systemowi paternalistycznej technokracji bez utraty całej osobistej prywatności i niezależności. Czy istnieje możliwość, by zdobyć cały miód oferowany przez dobroczynne superpaństwo, unikając jednocześnie jego żądła? 
Nie dajmy się na to nabrać. Szwedzki smutek to tylko przedsmak. Życie na swój własny sposób, nazywanie swego domu własnym zamkiem, radość z owoców swojej pracy, kształcenie własnych dzieci zgodnie z sumieniem, możność oszczędzania, by mogły żyć w pomyślności po śmierci rodziców - oto życzenia głęboko zakorzenione w białym i cywilizowanym człowieku. Ich spełnienie jest prawie tak samo niezbędne dla naszych cnót, jak i dla naszego szczęścia. Ich całkowite udaremnienie może spowodować katastrofalne skutki, zarówno moralne, jak i psychologiczne. 
Wszystkie te niebezpieczeństwa czyhają na nas nawet wtedy, gdy struktura społeczeństwa, na którą wskazują nasze potrzeby, okaże się bezprecedensowym sukcesem. Czy jednak jest on czymś pewnym? Jaką mamy gwarancję, że panujący nad nami ludzie dotrzymają, lub potrafią dotrzymać obietnicy, która pierwotnie zainspirowała nas, aby się im zaprzedać? Nie dajmy się oszukać przez sformułowania mówiące, iż „człowiek bierze los w swoje ręce”. Tak naprawdę może stać się tylko jedno: pewne osoby wezmą w swoje ręce los innych. Będą to tylko ludzie, z których każdy ma jakieś wady, a niektórzy będą odznaczać się chciwością, okrucieństwem i nieuczciwością. Im dokładniej zostaniemy zaprogramowani, tym bardziej staną się oni potężni. Czyżbyśmy odkryli jakiś nieznany powód, dlaczego tym razem władza nie miałaby doprowadzać ludzi do zepsucia, tak jak to czyniła w przeszłości? 

Przypisy: 
1  Od czasów rewolucji francuskiej do wybuchu I wojny światowej w roku 1914 powszechnie zakładano, że postęp ludzkości jest nie tylko możliwy, lecz nieunikniony. Dwie straszliwe wojny oraz wynalezienie bomby wodorowej spowodowało, że ludzie zaczęli poddawać w wątpliwość to ufne założenie. „The Observer” zaprosił pięciu znanych pisarzy, aby odpowiedzieli na następujące pytania: „Czy człowiek w dzisiejszych czasach się rozwija? Czy postęp jest nadal możliwy?”. Niniejszy artykuł, jako drugi z kolei, stanowi odpowiedź na pierwszy z nich, autorstwa C. P. Snowa pt. Człowiek w społeczeństwie, „The Observer”, lipiec 1958. 
2 Jest to jeden z esejów z książki J.B.S. Haldane’a pt. Possible Worlds and other Essays, Londyn 1927. Patrz też: „The Last Judgement” w tej samej książce. 
3  Odznaczające się okrucieństwem oddziały brytyjskie, wysłane do Irlandii w celu zdławienia rewolucji Sinn Fein w latach 1919-1921; przyp. tłum.
4 Z Króla Leara W. Szekspira. 
5 Jacques Bcnigne Bossuet, Politique tiree des propres paroles de l’Ecriture-Sainte, Paryż 1709.


   C.S. Lewis - Nieodparte racje