poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Przebudzenie w 1734 roku

Gdy po raz pierwszy budzi się w nas świadomość  naszego nędznego stanu naturalnego i grożącego nam niebezpieczeństwa wiecznego zatracenia, szybkie uzyskanie ratunku i zmiany naszego położenia staje się dla nas sprawą najwyższej wagi. Ci, którzy wcześniej czuli się bezpieczni i utracili czujność, uzmysławiają sobie, że na ścieżce, którą podążają, czeka ich zguba. Poczucie winy ogarnia niektórych znienacka: ich sumienie porusza wieść o nawróceniu innych osób albo coś, co usłyszą publicznie lub w prywatnej rozmowie. Czują się tak, jakby ich serce przeszyła strzała. W przypadku innych osób przebudzenie dokonuje się stopniowo: najpierw ogarnia ich stan zadumy i refleksji. Dochodzą do wniosku, że będzie lepiej i roztropniej dla nich samych, jeśli nie będą dłużej zwlekać, lecz skorzystają z okazji do poprawy swego duchowego położenia. Postanawiają zatem poważnie przemyśleć kwestie, które powodują pobudzenie sumienia do żalu za grzechy. Rozwija się w nich coraz głębsza świadomość, aż pod wpływem Ducha Bożego ogarnia ich nieodparte poczucie własnej nędzy. Inne osoby, które przed tym cudownym okresem były poniekąd religijne i troszczyły się o swoje zbawienie, doświadczają przebudzenia w nowy sposób: uświadamiają sobie, że ich niedbałość i letniość nigdy nie doprowadzi do zamierzonego celu, toteż porywa ich wielki zapał do spraw królestwa niebieskiego. 

Pierwsza fala przebudzenia miała początkowo dwa skutki. Po pierwsze, przywiodła nawracające się osoby do natychmiastowego zaprzestania grzesznych praktyk. Ci, którzy prowadzili rozwiązłe życie, z odrazą odwracali się od swych dotychczasowych występków i nałogów. Gdy Duch Boży zaczął wylewać się tak cudownie na całe miasto, mieszkańcy szybko porzucali zadawnione kłótnie, obmowę i wtrącanie się do cudzych spraw. Karczma wkrótce opustoszała i wszyscy trzymali się swoich domów. Nikt nie wyjeżdżał z miasta, chyba że w ważnej sprawie lub z powodów religijnych, a każdy dzień powszedni pod wieloma względami przypominał dzień święty. Po drugie, przebudzenie skłaniało do gorliwego korzystania ze środków zbawienia: lektury, modlitwy, medytacji, ustanowień domu Bożego i prywatnych spotkań. Mieszkańcy wołali: „Co mamy czynić, abyśmy byli zbawieni?”. Zmieniło się najchętniej uczęszczane miejsce: nie była to już karczma, lecz dom pastora, nawiedzany przez większy tłum gości, niż kiedykolwiek widziano w karczmie.

Istnieje znaczne zróżnicowanie pod względem intensywności niepokoju i strachu przeżywanego przed uzyskaniem kojących oznak ułaskawienia i przyjęcia przez Boga. Niektórzy od samego początku doświadczają znacznie większej zachęty i nadziei niż inni. Jednych niepokoi dziesięciokrotnie mniej złych myśli niż drugich, choć borykają się z takim samym grzechem. Niektórzy tak mocno uzmysławiają sobie niezadowolenie Boga i świadomość grożącego im potępienia, że nie śpią po nocach. Wielu twierdziło, że gdy kładli się do łóżka, przerażała ich myśl o zaśnięciu w takim stanie, a podczas snu ani na chwilę nie mogli się uwolnić od przejmującej trwogi. Budzili się ze strachem i niepokojem ciążącym na duchu. Zdarzało się często, że stan ciągłego przeraźliwego niepokoju nękający umysł przysparzał niektórym dolegliwości fizycznych i zakłócał funkcjonowanie cielesnej natury.
Przerażająca świadomość własnej nikczemności przeważnie tym bardziej przybiera na sile, im bardziej dana osoba zbliża się do zbawienia, choć nierzadko stan umysłu na tym etapie podlega jeszcze licznym zmianom i zawirowaniom zarówno w swym ogólnym kształcie, jak i w szczegółowych uwarunkowaniach. Niektórym wydaje się, że zatracili wszelkie rozeznanie, i boją się, że Duch Boży opuścił ich i czeka ich surowy sąd. Niemniej wykazują głębokie zatroskanie w związku z tą obawą i szczerze pragną żywić znowu żal za grzechy.

Oprócz racjonalnych, niebezpodstawnych obaw i trosk niektórzy borykają się w myślach z wieloma niepotrzebnymi utrapieniami, w których szatan odgrywa przypuszczalnie znaczną rolę, chcąc usidlić ludzi i zagrodzić im drogę. Czasami towarzyszy temu jednocześnie nastrój melancholii, skwapliwie wykorzystywany przez kusiciela, który rzuca kłodę smutku na drogę prowadzącą we właściwym kierunku. Nie wiadomo, jak postępować z takimi osobami, gdyż rozumieją opacznie i tłumaczą na własną niekorzyść wszystko, co słyszą. Wyjąwszy rzeczywistą deprawację serca, niczym innym diabeł nie posługuje się tak chętnie jak melancholią.

Na uwagę zasługuje jednak fakt, że w czasie owego wyjątkowego błogosławieństwa domieszka tego czynnika była znacznie mniejsza niż u osób doświadczających poprzednich przebudzeń. Wielu spośród tych, którzy wcześniej zmagali się z takimi bolączkami, teraz zdawało się doświadczać zaskakującej wolności. Niektóre osoby od dawna uwikłane w różnego rodzaju pokusy i dotkliwe utrapienia szybko pokonywały przeszkody utrudniające im wcześniej postępowanie w kierunku zbawienia. Po raczej łagodnym przeżyciu skruchy pomyślnie podjęły drogę wiodącą do życia. (...)

Niebawem szczere zatroskanie o doniosłe sprawy religijne i życie wieczne ogarnęło całe miasto, rozprzestrzeniając się wśród wszystkich jego mieszkańców niezależnie od stanu społecznego i wieku. Wśród martwych kości dało się słyszeć coraz głośniejsze nawoływanie. Zarzucono wszelkie rozmowy na inne tematy i przy każdej nadarzającej się okazji rozprawiano wyłącznie o kwestiach duchowych i wiecznych, wyjąwszy tylko to, co konieczne, by nie zaniedbać zwykłych świeckich obowiązków. Niezależnie od tego, w jakim kto przebywał towarzystwie, niemal nie tolerowano innych tematów konwersacji. Umysły mieszkańców w cudowny sposób oderwały się od tego świata, który uchodził wśród nas za mało istotny. Mieszkańcy zdawali się zajmować swymi doczesnymi sprawami bardziej z obowiązku niż z zamiłowania.

***

 „A Jezus, odpowiadając, rzekł mu: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jonasza, bo nie ciało i krew objawiły ci to, lecz Ojciec mój, który jest w niebie” (Mt 16,17)

Bóg jest źródłem wszelkiej wiedzy i zrozumienia. Jest źródłem wiedzy uzyskiwanej w procesie ludzkiego poznania. Jest również dawcą moralności oraz wiedzy i umiejętności, jakie ludzie wykorzystują w sprawach doczesnych Właśnie z tego powodu napisano o Izraelitach, którzy wykazywali się mądrością serca i kunsztem w haftowaniu, że to Bóg napełnił ich duchem mądrości (Wj 28,3).
Bóg jest sprawcą tej wiedzy, jednak nie objawia się ona inaczej jak tylko przez ciało i krew. Śmiertelnicy potrafią dzielić się wiedzą z zakresu ludzkich sztuk i nauk. Przekazują sobie umiejętności dotyczące spraw doczesnych. Wiedza przekazywana w ten sposób pochodzi od Boga: posługuje się On ciałem i krwią jako jej przyczyną pośrednią, wtórną. Udziela jej, wykorzystując moc i wpływ środków przyrodzonych. Jednak gdy chodzi o wiedzę duchową, o której mowa w naszym tekście, jej źródłem jest wyłącznie Bóg. To On ją objawia, a nie ciało i krew. Bóg przekazuje tę wiedzę bezpośrednio, nie korzystając z żadnych pośrednich czynników naturalnych, jak dzieje się to w przypadku wiedzy innego rodzaju.

***

Wieczność mąk piekielnych.

Jestem przekonany, że męki piekielne będą wieczne ze względu na jedno wielkie dobro, jakie Bóg zamierza przez nie w swojej mądrości, czyli to, że ich widok będzie potęgować szczęście, miłość i radosne dziękczynienie aniołów i ludzi, którzy są zbawieni do czego widok ów nader dobrze skłania. Jestem gotów myśleć, że oglądanie wielkich nieszczęść potępionych przedstawicieli własnego gatunku podwoi żarliwość miłości oraz pełnię radości wybranych aniołów i ludzi. Sprawi to na wiele sposobów. Widok cudownej mocy, wielkiego i przerażającego majestatu oraz władzy, a także straszliwej sprawiedliwości oraz świętości Boga, których przejawem jest ich kara, sprawi, że cenić będą Jego przychylność i miłość niepomiernie bardziej, pobudzi też w najwyższym stopniu doskonałą miłość oraz wdzięczność wobec Niego, że wybrał ich spośród reszty, aby uczynić ich szczęśliwymi, że nie uczynił ich Bóg naczyniami gniewu, według Rz 9,22-23: „A cóż, jeśli Bóg, chcąc okazać gniew” itd., „aby objawić bogactwo chwały swojej nad naczyniami zmiłowania”. Poza tym tylko żywa świadomość przeciwnej do ich losu niedoli czyni wszelkie szczęście i przyjemność dwa razy większym niż bez niej. A więc skoro szczęście błogosławionych ma być wieczne, wiemy, że nieszczęście potępionych także będzie wieczne.


Jonathan Edwards - Wybór pism









sobota, 25 lipca 2020

Rzeźbiony bóg moich planów

Jak więc możemy oddać Bogu chwałę w naszym cierpieniu? I jak cierpienie może pomóc nam oddawać chwałę Bogu? 

W 1996 roku Elisabeth Elliot, misjonarka wśród Indian Huaorani (Auca) w amazońskiej dżungli, napisała powieść pt: No Graven Image (Żadnych obrazów rzeźbionych). To opowieść o młodej niezamężnej kobiecie, Margaret Sparhawk, która poświęciła życie przełożeniu Biblii na języki plemion żyjących daleko od cywilizacji, które często nie miały jeszcze nawet formy pisanej. Rozpoczęła przekład Biblii na język ludu Keczua, zamieszkującego w górach Ekwadoru. Kluczową rolę w jej pracy odgrywała znajomość z Pedro, znającym dialekt, który Margaret musiała poznać i sprowadzić do pisma, aby przełożyć Biblię na ten język. Rozpoczęła naukę i mozolny proces systematycznego utrwalania i dokumentowania języka zaczął posuwać się naprzód.

Pewnego dnia Margaret, idąc na spotkanie z Pedro, poczuła wielką wdzięczność do Boga. Wspomniała werset z Księgi Psalmów: „Miej nadzieję w Panu! Bądź mężny i niech serce twoje będzie niezłomne!” (Ps 27,14). Zaczęła się modlić: „Mam nadzieję, Panie. Mam nadzieję i czekam.., Ty wiesz, jak długo czekałam, aby wyjechać na misję do plemion zamieszkujących te góry. .. Zdawałeś się kierować mnie ku tłumaczeniu i pomocy medycznej. I dałeś mi Pedro... Już to, że jestem dzisiaj w tym miejscu, jest odpowiedzią na modlitwę”. Pomyślała o wszystkim, co musiało się zdarzyć, aby trafiła na misję o wsparciu przyjaciół, pomocy finansowej wielu osób, wieloletnich szkoleniach, latach budowania relacji i oczywiście o spotkaniu mężczyzny, który znał język hiszpański i dialekt, który musiała opanować. Zdawało się, że teraz Bóg to wszystko połączył ze sobą. Margaret marzyła, że dzięki jej pracy Biblia stanie się dostępna dla milionów ludzi zamieszkujących odległe, górzyste tereny. 


Gdy w końcu dotarła do domu Pedro, okazało się, że mężczyzna miał na nodze bolesną, zakażoną ranę. Do obowiązków Margaret należało także zapewnienie Indianom podstawowej pomocy medycznej. Miała więc przy sobie strzykawkę i nieco penicyliny. Pedro poprosił ją o zastrzyk, a ona zgodziła się to zrobić. Jednakże już kilka sekund później Pedro wpadł w szok anafilaktyczny, ostrą i rozległą reakcję alergiczną na penicylinę. Cała rodzina zebrała się wokół i we łzach patrzyła, jak ich bliskim targają silne konwulsje.

„Nie widzisz, że on umiera?”, zawołała Rosa, jego żona. „Zabiłaś go!”

Margaret była zaskoczona tym, co się stało. Zaczęła się modlić: „Panie, Boże, Ojcze nas wszystkich, wysłuchaj mojej modlitwy, wysłuchaj mnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej... Uratuj go, Panie, uratuj go”. Stan Pedro pogarszał się, mężczyzna zaczął wymiotować, a bolesne spazmy zgięły go w pół. Rosa podniosła obie dłonie do głowy i wydała z siebie zawodzący jęk żałobny, dobrze znany wszystkim kobietom w jej plemieniu. Margaret nadal modliła się w myślach: „Panie, co stanie się z Rosą? Co stanie się z Twoim dziełem? Ty to rozpocząłeś, Panie. Nie ja. Ty mnie tu przywiodłeś. Ty odpowiedziałeś na modlitwy i dałeś mi Pedro on jest jedynym. .. Panie, pamiętaj o tym. Nie ma nikogo innego”

Ale Pedro umarł, co oznaczało, że jej praca została przerwana. Wszystkie wysiłki podejmowane przez lata poszły na marne. „To oczywiste, że nie mogłam kontynuować pracy nad przekładem Biblii bez tłumacza i nauczyciela. Bóg wiedział o tym, kiedy Pedro umarł. Przestałam pisać listy z prośbami o modlitwę [do wspierających mnie osób], bo nie mogę już nic napisać o mojej pracy. Wydaje się, że tej nocy, kiedy umarł Pedro, pod wszystkim, czego dokonałam, pojawił się napis KONIEC”.

Książka kończy się głębokim zagubieniem młodej misjonarki. Nie było żadnego dramatycznego zwrotu wydarzeń w ostatnim momencie, żadnej „pozytywnej przemiany”. Stała nad grobem Pedro i myślała: „A Bóg? Co z Nim? (Jestem z tobą: powiedział. Ze mną, W czymś takim? Pozwolił, aby Pedro umarł, albo - i ani wtedy, ani teraz, nie mogę zaprzeczyć takiej ewentualności - może wręcz posłużył się mną, aby go zniszczyć. I czy teraz On oczekuje, pytałam siebie, stojąc nad grobem, że będę Go uwielbiać?”.

Odpowiedź była twierdząca. Dowiedzieliśmy się tego wiele lat później razem z Kathy, moją żoną, gdy słuchaliśmy wykładów, które Elisabeth Elliot wygłaszała w seminarium teologicznym, w którym oboje studiowaliśmy. Wskazała na ostatnią stronę książki, gdzie, jak przyznała, znajdowały się kluczowe słowa.

"Bóg, jeśli był tylko wspólnikiem, zdradził mnie. Z drugiej strony, jeśli był Bogiem, uwolnił mnie."

Potem wyjaśniła nam, że obraz rzeźbiony bożek, o którym wspominał tytuł książki to Bóg, który zawsze działałby tak, jak naszym zdaniem powinien działać. Albo wprost to Bóg, który wspierałby nasze plany i wyobrażenia o tym, jak powinien wyglądać świat i jego losy. To Bóg, którego sami tworzymy - fałszywy bóg. Takie bóstwo jest w rzeczywistości projekcją naszej mądrości i osobowości. Gdyby Bóg funkcjonował w taki sposób, byłby naszym „wspólnikiem”, kimś, z kim utrzymujemy relację tak długo, dopóki robi to, co chcemy. Jeśli postąpi inaczej, to mamy chęć go „zwolnić” lub „usunąć z listy przyjaciół”, niczym osobistego asystenta lub znajomego, który okazał się niekompetentny i niesubordynowany.

Ostatecznie Margaret uświadamia sobie, że upadek jej planów przyczynił się do rozbicia fałszywego bóstwa i po raz pierwszy w życiu może w wolności uwielbiać prawdziwego Boga. Kiedy służyła „bogu-moich-planów”, żyła w ciągłym napięciu. Nigdy nie była pewna, czy Bóg przyjdzie jej z pomocą i „wszystko naprawi”. Zawsze starała się znaleźć sposób, aby nakłonić Boga do zrobienia tego, co zaplanowała. Wtedy nie traktowała Go jak Boga - jako Tego, który jest prawdziwie mądry, dobry i potężny. Została wyzwolona, aby złożyć nadzieję nie we własnych planach i celach, ale w samym Bogu.




Timothy Keller - Krocząc z Bogiem przez ból i cierpienie

czwartek, 26 marca 2020

Pochwycenie Kościoła

Albowiem jak było za dni Noego, takie będzie przyjście Syna Człowieczego. Bo jak w dniach owych przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali, aż do tego dnia, gdy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, że nastał potop i zmiótł wszystkich, tak będzie i z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie na roli, jeden będzie wzięty, a drugi zostawiony. Dwie mleć będą na żarnach, jedna będzie wzięta, a druga zostawiona. Mat. 24:37-41
Nie jest to łatwe aby opisać świat po pochwyceniu, ale możemy się skoncentrować na kilku kluczowych rzeczach. Wpływ ekonomiczny i społeczny będzie niewiarygodny. W jednym momencie wszystkie giełdy świata się załamią. Gospodarka upadnie jak nigdy dotąd w historii. To nie będzie koniec świata, ale początek jego zniszczenia. 1 Tes 5,3 Gdy mówić będą: Pokój i bezpieczeństwo, wtedy przyjdzie na nich nagła zagłada, jak bóle na kobietę brzemienną, i nie umkną. Miliony ludzi będą świadkami nagłego zniknięcia kogoś mu bliskiego. Telewizja będzie cały czas transmitować wywiady z ludźmi, którzy byli świadkami czyjegoś zniknięcia. Zniszczenie i katastrofy będą obecne na każdym rogu. Będą samochody bez kierowców, którzy zostali zabrani podczas jazdy, podczas korków drogowych i całkowitemu załamaniu się transportu. Głównym tematem głównych wiadomości będzie: „Gdzie podziały się tysiące ludzi?” Cały świat będzie wstrząśnięty jak nigdy dotąd. Samoloty będą się rozbijać z powodu nieobecnych pilotów i lotnisk które będą zniszczone. Jest około 25 tysięcy samolotów na niebie w tym samym momencie. Czy możemy sobie wyobrazić, że kilkadziesiąt z nich spadnie w dół w tym samym momencie? Posterunki policji będą pełne przerażonych ludzi szukających swoich ukochanych. Nikt nie będzie w stanie odesłać ich z powrotem z powodu przerażającego strachu. Ta rzeczywistość będzie taka sama jak za czasów potopu. Wszystkie armie będą w pełnej gotowości ponieważ ateistyczny świat najpierw będzie spodziewał się ataku z kosmosu. Pośrodku tego przerażenia, diabeł i jego królestwo ciemności zstąpi na ziemię (Objawienie 12,12). Ta ciemność owładnie wszystkie narody za wyjątkiem Izraela. Pokolenie, które będzie rządzić światem wychowało się na magii. Od najmłodszych lat byli pod wpływem demonicznych myśli: spirytualizmu, okultyzmu i wróżbiarstwa. „Harry Potter” stał się ścieżką wprowadzającą najsłabszych do tajemnic ciemności. Komu będzie wierzyć to pokolenie kiedy królestwo ciemności przyjdzie na tą ziemię? Na pewno nie Biblii! Nie rozumiejąc jej, będą ją palić. Będą wierzyć w tego kogo kochali w młodości; który zajmował ich bezbronną duszę. Niektórzy Chrześcijanie wierzą, że Bóg tego by nie zrobił; że nie spowodowałby takiego zniszczenia świata. Aczkolwiek, oni stawiają własne uczucia ponad prawdę Biblii. On to uczyni, ponieważ On powiedział, że to zrobi i dlatego, że już to zrobił w przeszłości. Podczas potopu miliony ludzi zginęło. Bóg powiedział, że czas pochwycenia będzie taki jak czas Noego. Niewyobrażalna panika ogarnie świat. Szok i strach sparaliżuje świat i doprowadzi do największego ucisku w historii. Słowa proroka Aggeusza 2,7, że On wstrząśnie narodami i każdym człowiekiem, wypełnią się.




Sergej Mihal - Pochwycenie




poniedziałek, 24 lutego 2020

Definicja szczęścia

Ponieważ istotą szczęścia jest nasza społeczność z Bogiem, utrzymywać i pogłębiać musimy tę społeczność. Szczęście, czyli mocne, trwałe uczucie zadowolenia, pełności życia, radości i błogości dać nam może tylko pozostawanie w bezpośrednim kontakcie duchowym z Bogiem. Jak długo trwa taki kontakt, jesteśmy bezgranicznie szczęśliwi, jak tylko ustanie, szczęście nasze zamieni się w pustkę. Należy podkreślić, że mówimy tu o autentycznym kontakcie z Bogiem na płaszczyźnie duchowej, czyli o obcowaniu naszego ożywionego ducha z Duchem Bożym. Szczęścia nie zapewni nam pozorny kontakt z Bogiem na płaszczyźnie duszy, czyli myślenie o Bogu lub Jego sprawach, umysłowe czy uczuciowe zajmowanie się Bogiem. Można żyć przez długie lata w złudzeniu, uważając stany emocjonalne duszy za społeczność z Bogiem, lecz będzie to tylko namiastka. Nawet umysł pełny myśli o Bogu i dusza pełna uczuć względem Boga nie gwarantują autentycznej społeczności z Bogiem i nie dadzą pełnego zadowolenia, jeśli brak kontaktu z Bogiem na płaszczyźnie duchowej.


Józef Kajfosz - Życie ma sens

wtorek, 14 stycznia 2020

Charyzmaty


Martwota tradycyjnych kościołów
Jestem naprawdę przekonany, że martwota wielu tradycyjnych kościołów może zostać ożywiona tylko przez dary Ducha Świętego, działające w Ciele Chrystusa. Nie mam tutaj na myśli niebiblijnych ekscesów, których byłem świadkiem jako dziecko, ale coś rzetelnego i biblijnego mającego Słowo Boże za ostateczny autorytet wiary i postępowania. Pamiętając o tym, zacząłem szukać w Piśmie Świętym wyważonego podejścia do zagadnienia Ducha Świętego i Jego działania w dzisiejszym Kościele. Byłem przekonany, że musi istnieć jakaś pozycja pośrednia pomiędzy zielonoświątkowcami, podkreślającymi znaczenie przeżyć, a fundamentalistami, poszukującymi prawdy, która tak często zmienia się w „martwą prawdę”. Rezultaty moich poszukiwań zostały przedstawione w tej książce. Modlę się, aby Bóg mógł użyć jej w życiu czytelników  - jako wprowadzenia do pełni życia kierowanego przez Ducha Świętego. Charyzma jest pięknym, dokonanym przez Bożego Ducha namaszczeniem ludzkiego życia uzdalniającym do wykonywania Bożych dzieł. Jako szczególne, niezwykle dynamiczne działanie Ducha Świętego sprawia, że człowiek zdaje się promieniować Bożą chwałą i miłością. Charyzmania jest cielesnym usiłowaniem upozorowania charyzmy. Jest nią każda próba wykonywania dzieła Ducha przy pomocy energii i zdolności „ciała” czyli starej egocentrycznej natury człowieka. Charyzmania to duchowe oszustwo polegające na zastąpieniu Bożej inspiracji wysiłkiem „ciała”, a mądrości i mocy Bożej ludzkimi sztuczkami, mądrością czy siłą. Może się to przejawiać w bardzo zróżnicowanych postaciach, począwszy od spotkań, podczas których planuje się pracę czy strategię kościoła i obmyśla programy jego rozwoju, poprzez gromadzenie funduszy mających stanowić budżet kościelny, a skończywszy na dzikich i bezładnych wybuchach mówienia językami, zakłócających poranne nabożeństwa niedzielne.

Herezja ariańska
Słowo „duch” to po grecku „pneuma”. Ponieważ jest ono rodzaju nijakiego, we wczesnym okresie historii Kościoła pewien błyskotliwy teolog imieniem Ariusz zaczął szerzyć  pogląd, że Jezus Chrystus jest niższy od Boga, a Duch Święty jest po prostu boską substancją. Stanowisko to stało się znane jako herezja ariańska i istnieje po dziś dzień, przyciągając wielu zwolenników. Sobór w Nicei pozbawił Ariusza jego pozycji i napiętnował jego  naukę jako herezję. Duch Święty  jest czymś więcej niż tylko substancją czy siłą - On jest osobą. Jako jedna z osób Bożych jest godzien tego, by oddawać Mu cześć. Jeśli nie wierzymy, że Duch Święty jest osobą, znajdujemy się w sytuacji ludzi, którzy usiłują zwracać się do siły czy substancji. Będziemy mówili: „Muszę poddać temu swoje życie” lub „Potrzebuję tego więcej w swoim życiu”. Pismo Święte naucza wyraźnie, że Duch Święty jest osobą. Są Mu przypisywane takie cechy, które mogą dotyczyć wyłącznie osób. Osoba jest bytem posiadającym rozum, wolę i uczucia.

Przykład prorokowania
Pewnego razu zdecydowaliśmy się modlić jeden o drugiego w małej grupie modlitewnej. Osoba, o którą mieliśmy się modlić siadała na krześle pośrodku. Kiedy przyszła kolej na modlitwę o mnie, ktoś wypowiedział słowa proroctwa Ducha Świętego, mówiące o tym, że Bóg będzie wspaniale błogosławił moją służbę, a tak wielu ludzi będzie przychodziło, żeby słuchać Słowa, że nie pomieszczą się w kościele. Słowa proroctwa mówiły dalej, że otrzymam nowe imię znaczące „Pasterz”, ponieważ Bóg uczyni mnie pasterzem wielu owiec. Moje późniejsze siedemnastoletnie zmagania w służbie zostały uwieńczone tak miernymi sukcesami, że zacząłem się zastanawiać czy nie zrezygnować z tej pracy i nie zająć się czymś innym. Do kościoła, którego byłem pastorem, ciągle uczęszczało około stu osób, pomimo różnorodnych wysiłków zmierzających do jego powiększenia, nawet takich, jak obdarowywanie hamburgerami każdego, kto przyprowadził swojego znajomego do szkoły niedzielnej! W tamtych czasach byłem podobny wewnętrznie do adiutanta jednego z królów izraelskich. Kiedy usłyszał on od proroka Elizeusza, że Bóg obiecał szczodrą pomoc głodującym mieszkańcom Samarii, odpowiedział: „Choćby nawet Pan poczynił otwory w sklepieniu niebieskim, to czy ta rzecz mogłaby się stać?” (2Krl 7,2). Na szczęście Bóg był dla mnie łaskawy, bo nie przydarzyło mi się to, co tamtemu. Nie tylko widziałem spełnienie tego proroctwa, ale mogłem w nim osobiście uczestniczyć, patrząc na kościół przepełniony nie raz, ale trzykrotnie każdej niedzieli i służąc setkom grup studiujących Biblią na całym świecie naszymi nagraniami.

Nauczyciele dwojakiego rodzaju
Z tego, czego się już dowiedzieliśmy, wynika również, że nie możemy nauczać prawd o Bogu niezależnie od Ducha Świętego. Jak moglibyśmy nauczać czegoś, czego sami nie rozumiemy? Można znać doskonale grecki i hebrajski, nauczyć się na pamięć Starego i Nowego Testamentu w językach oryginalnych, przeczytać wszystkie komentarze, a jednak jeśli nie jest się napełnionym Duchem, nie można być właściwym przewodnikiem w sprawach Bożych. W takiej sytuacji lepiej słuchać młodych ludzi, bez tytułów naukowych, ale za to napełnionych Duchem. Niewykształcony, ale napełniony Duchem Świętym sługa Boży jest wierniejszym przewodnikiem w dziedzinie prawd biblijnych niż doktor teologii, który nie narodził się na nowo. Dzieje się tak dlatego, że żaden człowiek nie może na prawdę zrozumieć ani tym bardziej nauczać rzeczy, które są z Ducha, dopóki sam Duch go tego nie nauczy.

Dar wykładania języków
 W 1 Liście do Koryntian 14,2 apostoł Paweł mówi nam, że ten kto wypowiada się w nieznanym języku „nie dla ludzi mówi, lecz dla Boga, nikt go bowiem nie rozumie, a on w mocy Ducha rzeczy tajemne wygłasza”. Wynika z tego, że języki są najwyraźniej adresowane do Boga. We wszystkich wypadkach używania języków w Nowym Testamencie odkrywamy, że były one kierowane do Boga. W dniu Zielonych Świąt ci, którzy rozumieli znaczenie języków, zwrócili uwagę na to, że uczniowie głosili wspaniałe dzieła Boże. Nie używali języków do wygłaszania kazań, ale aby chwalić Boga przez „obwieszczanie Jego wspaniałych dzieł. W 1 Liście do Koryntian 14,14 apostoł Paweł stwierdza, że używa języków w swoich modlitwach zanoszonych do Boga. W 1 Liście do Koryntian 14,16-17 czytamy, że językami można wysławiać Boga i dziękować Mu. Nie ma jednak nawet jednego przypadku, w którym dar ten był używany w odniesieniu do człowieka, czy to przez głoszenie czy przez nauczanie. Skoro zawsze używano tego daru dla Boga, to wynika z tego wniosek, że również autentyczne tłumaczenie ma być kierowane do Niego. Tłumaczenie takie przyjmuje postać modlitwy, dziękczynienia, uwielbienia czy obwieszczenia Bożej chwały. Zawsze będzie brzmiało jak jeden z Psalmów Dawida mówiących o Bożej chwale. Apostoł Paweł powiedział: „Jeżeli mówimy językami, a nie ma kogoś, kto by to przetłumaczył, w jaki sposób inny wierzący może powiedzieć na takie dziękczynienie: Amen, skoro nie rozumie, co zostało powiedziane?” Zwróćmy uwagę, że apostoł Paweł mówi o dziękczynieniu, a nie o przekazywaniu kościołowi jakiegoś poselstwa. Jeśli jednak nie rozumiemy, co ktoś mówi, po jego dziękczynieniu nie możemy powiedzieć: Amen. Z tego powodu, w przypadku publicznego używania daru mówienia językami, istnieje konieczność tłumaczenia, żeby całe Ciało mogło zostać zbudowane.

Czy języki ustały?
Doktryny religijne zabraniające mówienia językami wskazują zwykle na słowa 1 Listu do Koryntian 13,8: „Jeśli istnieją języki, ustaną” jako na podstawę swojego zakazu. Jednak ustalenie, kiedy języki ustaną, zależy od sposobu, w jaki interpretuje się słowa „gdy nastanie doskonałość”. Ci, którzy zabraniają mówienia językami, rozumieją „doskonałość” jako pełne objawienie kanonu Pisma, które zostało zamknięte Objawieniem, jakiego Jezus Chrystus udzielił Janowi. Ich argumentacja zakłada zwykle, że dopóki kanon Pisma nie był kompletny, dary te były używane dla pouczenia Kościoła. Kiedy jednak Nowy Testament został skompletowany, nie było więcej potrzeby polegania na tych darach. W ten sposób języki ustały. Argumentacja ta wydaje się początkowo do przyjęcia -jednak nie jest niczym więcej jak tylko hipotetyczną spekulacją. Nie tylko nie posiada ona żadnej podstawy biblijnej, ale wydaje się też być sprzeczna z sensem używania tego daru, podanym przez Nowy Testament. Nie znajdujemy w Nowym Testamencie ani jednego wypadku, w którym języki byłyby używane dla pouczania wierzących. Przeciwnie, w 1 Liście do Koryntian 14,2 czytamy, że ci, którzy mówią językami, nie mówią do człowieka, lecz do Boga. Jeśli w kościele nie było nikogo posiadającego dar tłumaczenia języków, mówienie językami było zabronione, ponieważ nikt z obecnych nie mógłby powiedzieć „tak, amen” na takie błogosławieństwo czy dziękczynienie ofiarowane Bogu. W Piśmie Świętym używanie daru mówienia językami nigdy nie miało żadnego związku z nauczaniem Kościoła Bożych prawd. Nie mogło być zatem żadnego powiązania między ustaniem daru mówienia językami a skompletowaniem Nowego Testamentu. Jedną z podstawowych zasad interpretacji Pisma Świętego jest zasada badania tekstu w świetle jego kontekstu. Kontekstem 1 Listu do Koryntian 13 jest najwyższa wartość miłości. Jest ona wyższa od praktykowania jakiegokolwiek daru Ducha, gdyż brak miłości pozbawia je znaczenia (wiersze 1-3). Następnie w wierszach 4-7 znajdujemy definicję miłości. Wiersze 8-12 mówią, że miłość nigdy nie zawodzi -pokazują, że przetrwa ona języki, proroctwa i wiedzę. W końcu, w wierszu 13 przedstawione są trzy rzeczy, które przetrwały próbę czasu: wiara, nadzieja i miłość a najwyższa z nich jest miłość. Bezpośrednim kontekstem jest nieprzemijająca natura miłości, stanowiąca kontrast w stosunku do proroctw (które przeminą), języków (które ustaną) i mądrości (która wniwecz się obróci). Proroctwa i wiedza są tylko częściowe, lecz gdy nastanie doskonałość nie będziemy już dłużej mieli niejasnych wizji, lecz zobaczymy twarzą w twarz. Nasza wiedza nie będzie już dłużej wiedzą cząstkową, ale zupełną, ponieważ „poznamy tak, jak sami jesteśmy poznani”. Pomysł, że greckie słowo „teleios” przetłumaczone jako „doskonałość” odnosi się do pełnego kanonu Pisma nie przyszedł do głowy największym XlX-wiecznym badaczom języka greckiego. Jest to raczej wynalazek ostatnich lat, mający na celu przeciwstawienie się ruchowi charyzmatycznemu. Thayer w swoim „Grecko-angielskim leksykonie” mówi, że „teleios” użyte w 1 Liście do Koryntian 13,10 oznacza „doskonały stan wszystkich rzeczy zapoczątkowany powrotem Chrystusa z nieba”. Alford w swoim „Nowym Testamencie dla angielskich czytelników” mówi o niej, że nastanie „w chwili przyjścia Pana i później”. Jedyną biblijną podstawę odrzucenia ważności mówienia językami stanowi ta wątpliwa i słaba interpretacja greckiego wyrazu „teleios” wyrwanego z kontekstu, w którym został użyty. Należy się zatem poważnie zastanowić nad uczciwością tego rodzaju badań wyjaśniających. Żeby być uprzejmym, powiem, że w najlepszym wypadku jest to szkodliwa ślepota, a nie rozstrzygający dowód naukowy. Powinniśmy zwrócić również uwagę na to, że wraz z językami, które na podstawie 1 Listu do Koryntian 13,8 mają ustać, przeminą również proroctwa, a wiedza obróci się wniwecz. Czy ktoś chce stwierdzić, że Bóg nie mówi już do Kościoła, żeby go zbudować, napomnieć i pocieszyć? Czy wiedza obróciła się wniwecz? Pismo powiada, że nasza wiedza jest częściowa. Niektórzy pretendują do posiadania wiedzy doskonałej, ale ja mam co do tego poważne wątpliwości. Dopóki Chrystus nie powróci, nie poznamy nawet tak, jak jesteśmy poznani. Jeżeli nie istnieje dzisiaj żadna solidna biblijna podstawa do zaprzeczenia ważności mówienia językami, to jakie mamy inne podstawy, żeby kwestionować praktykowanie tego daru? Zwykle twierdzi się, że w poprzednich okresach historii Kościoła daru tego nie praktykowano. Nie jest to jednak prawda, gdyż zjawisko to stale się pojawiało i istnieją zapiski na temat mówienia językami w grupach gorliwych wierzących na przestrzeni całej historii Kościoła. Rzekome niewystępowanie tego daru w większej części historii Kościoła nie jest przekonywującym dowodem przeciwko aktualności języków. Osobiście nie jestem dumny z historii tradycyjnego Kościoła. Nowotestamentowy Kościół kwitł w czasach apostolskich. Apostoł Paweł mógł przedstawić wierzącym w Kolosach raport o tym, że prawda Ewangelii rozeszła się po całym świecie i że przyniosła owoc (List do Kolosan 1,6). Pod kierownictwem i w mocy Ducha Świętego ludzie ci byli w stanie w ciągu pierwszego wieku zanieść Ewangelię na cały świat. Wyczynu tego tradycyjny Kościół nie był w stanie powtórzyć w ciągu wszystkich następnych wieków. Tragiczną rzeczą jest, że wielu ludzi stara się ograniczyć szczególną moc Ducha Świętego tylko do okresu apostolskiego i zastępuje ją geniuszem i programami człowieka, by dzięki nim wypełnić wielki nakaz misyjny Chrystusa. Rezultatem tego jest ponura klęska Kościoła. Musimy się poważnie zastanowić czy rezygnacja z polegania na prowadzeniu i mocy Ducha Świętego przy zdobywaniu dla Chrystusa zgubionego świata była Bożym planem, czy decyzją ludzkiej pychy. Apostoł Paweł powiedział do Galacjan: „Czy aż tak nierozumni jesteście? Rozpoczęliście w duchu, a teraz na ciele kończycie?” (List do Galacjan 3,3). Dokładnie to samo można powiedzieć tym, którzy działanie darów Ducha Świętego chcą ograniczyć tylko do okresu apostolskiego. Twierdzą oni, że Kościół rozpoczął w Duchu, żeby móc pokonać przeszkody wrogiego sobie, pogańskiego świata. Lecz kiedy już założono seminaria i stworzono organizacyjne struktury, moc Ducha nie była już dłużej potrzebna. Kościół mógł być udoskonalamy przez wykształconych ludzi. Uczciwe spojrzenie na historię Kościoła powinno raz na zawsze rozwiać to fałszywe twierdzenie. Kiedy zastanawiamy się nad obietnicą zesłania Ducha zawartą w księdze Joela 2,28 i kiedy czytamy cały jej kontekst, widzimy, że prorok mówił o dniach ostatecznych. Proroctwo prowadzi wprost do czasu wielkiego ucisku ze słońcem zamieniającym się w ciemność, a księżycem w krew i do nadejścia wielkiego dnia Pana, gdy nastanie doskonałość. To, co rozpoczęło się w dniu Zielonych Świąt, miało trwać aż do powtórnego przyjścia Jezusa Chrystusa. Apostoł Piotr potwierdził to, kiedy w Zielone Święta na pytanie tłumu: „Co mamy robić?” odpowiedział: „Upamiętajcie się i niechaj się każdy z was da ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego. Obietnica ta bowiem odnosi się do was i do dzieci waszych oraz do wszystkich, którzy są z dala, ilu ich Pan, Bóg nasz powoła” (Dz 2,38-39). Nie powiedziano nic o przełomowej dacie przy końcu okresu apostolskiego. Idea ta jest ludzkim wynalazkiem, który ma usprawiedliwić brak mocy w kościołach i w życiu ludzi dzisiaj. Z pewnością nie orędujemy za tym, że każdy ma mówić językami. Apostoł Paweł, zadając retoryczne pytanie: „Czy wszyscy mówią językami?” (1 Kor 12,30), oczekiwał odpowiedzi „nie”, tak jak nie wszyscy mają dar uzdrawiania. Uważam jednak, że jest złą rzeczą zabraniać, czy nawet zniechęcać do mówienia językami tych, którzy chcą używać tego daru, żeby pomóc sobie we własnym życiu modlitewnym i duchowym.

Chuck Smith - Charyzma czy charyzmania

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Cud nie łamie praw natury

Popełniamy zatem błąd, jeśli definiujemy cud jako coś, co łamie prawa natury. Wcale tak nie jest. Jeśli wystukam popiół z fajki, zmienię pozycję olbrzymiej liczby atomów na dłuższą metę i na bardzo małą skalę wszystkich istniejących atomów. Jednak natura harmonijnie i bez wysiłku w mgnieniu oka asymiluje to zdarzenie ze wszystkimi innymi zdarzeniami Są to kolejne zdarzenia, gdzie mogą zadziałać prawa natury, i owe prawa zaczynają działać. Dorzuciłem po prostu jeszcze jedno zdarzenie do całej rzeki zdarzeń, a ono znajduje tam swoje miejsce i dostosowuje się do innych. Jeśli Bóg unicestwia, tworzy lub zmienia jakiś fragment materii, tworzy w tym momencie nową sytuację. Cała natura natychmiast obejmuje tę nową sytuację, przyjmuje ją i dostosowuje do niej wszystkie inne zdarzenia. Sytuacja zaś dostosowuje się do wszystkich praw. Jeśli Bóg tworzy cudowny plemnik w ciele dziewicy, to w konsekwencji nie niszczy żadnych praw! Natychmiast zaczynają one działać. Natura jest gotowa, następuje ciąża ze wszystkimi naturalnymi następstwami i dziewięć miesięcy później rodzi się dziecko. Codziennie możemy zaobserwować, że fizyczna natura doskonale sobie radzi z ciągłym dopływem zdarzeń natury biologicznej bądź psychologicznej. Poradzi sobie z nimi też wtedy, gdy będą pochodzić spoza natury jako takiej. Natychmiast podąży do miejsca inwazji i zaraz zajmie się „nowo przybyłym". A ten, gdy tylko znajdzie się w jej obrębie, dostosuje się do wszystkich jej praw. Można się będzie upić cudownym winem, cudowne poczęcie wywoła zwykłą ciążę, natchnione księgi będą żółknąć i niszczeć jak wszystkie inne, a cudowny chleb będzie podlegał trawieniu. Boska sztuka wywoływania cudów nie polega na zawieszaniu wzoru, do którego dostosowują się zdarzenia, ale na włączaniu weń nowych zdarzeń. Przyjmuje przybysza w dobrze sobie znany sposób. Jest bowiem doświadczoną gospodynią. Należy zdecydowanie podkreślić, że cud nie jest zdarzeniem bez przyczyn i skutków. Jego przyczynę stanowi działalność Boga, a skutki dostosowują się do praw natury. Następnie, zaraz po tym, jak nastąpi, splata się on z całą naturą, tak jak każde inne zdarzenie. Jego wyjątkowość polega na tym, że nie dzieje się tak, kiedy spojrzymy wstecz, gdyż wówczas nie daje się wpleść w całą wcześniejszą historię natury. I tego właśnie nie potrafią znieść niektórzy ludzie. Dzieje się tak dlatego, że zakładają, iż natura stanowi całą rzeczywistość. Są też pewni, że cała rzeczywistość musi być ze sobą powiązana i spójna. Zgadzam się z nimi. Obawiam się jednak, że robią błąd, traktując częściowy system w obrębie rzeczywistości, czyli naturę, tak jakby była całością. Jeśli tak, to cud i wcześniejsza historia natury mimo wszystko mogą być ze sobą powiązane, ale nie tak, jak spodziewają się tego naturaliści, tylko w mniej jednoznaczny sposób. Wielkie złożone zdarzenie nazywane naturą i nowe pojedyncze zdarzenie, które wprowadził do niej cud, są ze sobą powiązane, gdyż jedno i drugie pochodzi od Boga i bez wątpienia gdybyśmy dysponowali odpowiednią wiedzą, potrafilibyśmy docenić Boży zamysł i dzieło i wiedzielibyśmy, że natura, która miałaby inną historię, byłaby inna naturą i miałaby inne cuda, albo też byłaby ich całkowicie pozbawiona. W tym sensie cuda i wcześniejsza historia natury są ze sobą powiązane tak jak inne zdarzenia, tyle, że by zrozumieć to, co je łączy, musimy wrócić do ich Stwórcy. Nie znajdziemy tego w obrębie natury.

C. S. Lewis - Cuda

środa, 18 grudnia 2019

Ewnagelizować przez sztukę?

Wszystko, co robimy, ma być z myślą o innych. Nasza przyszłość i zbawienie pozostają w ręku Jezusa Chrystusa, nawet jeśli nie udało nam się stworzyć czegoś użytecznego i przydatnego, bądźmy więc spokojni, otwarci. Twórz ze wszystkich swoich sił i daj z siebie to, co najlepsze. Artysta słyszy nieraz zdanie: „Bycie artystą to dobra rzecz, jeśli twoja twórczość może być użyta do ewangelizacji”. I sztuka staje się częstokroć narzędziem ewangelizacji. Przyjrzyjmy się jednak bliżej tej kwestii. Właściwie nie ma w tym nic niestosownego, ale musimy sobie uświadomić, że twórczość artystyczna nie powinna służyć do udowodniania wartości chrześcijaństwa; powinno być raczej na odwrót. Chrześcijaństwo jest prawdą; wszystkie sprawy, jakie mają miejsce na ziemi -fakty, wydarzenia, ludzkie cierpienie czerpią znaczenie ze swego związku z Bogiem. A skoro Chrystus przyszedł, by dać nam nowy wymiar człowieczeństwa, to człowieczeństwo i sens tworzenia sztuki znalazły w Nim swój fundament. l dlatego sztuka nie powinna być na usługach ewangelizacji, nawet jeśliby była jej pomocna. Wielu artystów, aby służyć dziełu ewangelizacji, wyrzeka się charakterystycznych rysów swojej twórczości i tym samym ją ogałaca. Haendel ze swoim „Mesjaszem”, Bach z ,,Pasją według św. Mateusza”, Rembrandt z „Zaparciem się św. Piotra” czy budowniczowie kościołów cysterskich nie ewangelizowali ani nie robili z własnych dzieł narzędzi ewangelizacji - oni tworzyli na chwałę Boga. Nie poszli na kompromis ze „światem”, nie wynajdowali nowych środków do propagowania religii ani też nie robili świętej reklamy. I dlatego posiadali głębię i treść. Ich prace nie były też jakimś akcentem końcowym ani siecią na dusze, lecz miały swój własny wyraz i zamykały się same w sobie, były dla Bożej chwały, przekazywały coś z Miłości, która rozpala i nadaje sens. Zbyt często sztuka dzisiejsza jest nieszczera i ma niską jakość w swych usiłowaniach przemawiania do wszystkich i komunikowania tak, że niczego nie komunikuje. Krótko mówiąc twórczość artystyczna ma własną wartość i znaczenie, z pewnością też w obrębie chrześcijaństwa. O tym chcę więcej powiedzieć później. Sztuka chrześcijańska - w głębokim tego słowa sensie -musi być chrześcijańska, musi uzewnętrzniać owoc Ducha wyrażający się w pozytywnej mentalności i radości z danego nam życia, co nie oznacza, że obiekty tej sztuki mają być „chrześcijańskie” w wąskim znaczeniu tego słowa. „Koncerty Brandenburskie” Bacha nie były mniej chrześcijańskie od jego „Pasji”, a „Żydowska Oblubienica” Rembrandta od postaci biblijnych jego pędzla. Istotnie, prosić artystę, by był ewangelistą to totalne nieporozumienie wynikające z niezrozumienia znaczenia sztuki, a tym samym też innych form ludzkiej działalności. Jesteśmy chrześcijanami bez względu na to, czy śpimy, jemy, pracujemy nad jakimiś zagadnieniami wszystko czynimy jako Boże dzieci. Nasze chrześcijaństwo nie zamyka się wyłącznie w pobożnych uroczystościach albo w dobrych uczynkach. Celem życia nie jest też ewangelizowanie, ale szukanie Królestwa Bożego.

Posłużmy się metaforą; sztuka nie jest kaznodziejstwem. Największe dzieło sztuki ciągle będzie miernym kaznodzieją. Można ją raczej porównać do nauczyciela, który musi mówić o matematyce, geografii, historii, botanice, a czasem, lecz raczej rzadko, o religii. Najlepszym jednak obrazem funkcji sztuki byłby system rur i wodociągów we współczesnym mieszkaniu. Tak jak instalacje sanitarne o czym często zapominamy - bez wątpienia są niezbędne w naszych domach, tak sztuka, niejednokrotnie niepostrzeżenie, spełnia ważną funkcję w naszym życiu w tworzeniu atmosfery, w określaniu słownictwa i ram poznania. Sama rzadko stanowi narzędzie propagandy, ale swego czasu miała wielki wpływ na kształtowanie się obecnych schematów myślowych i ogólnie przyjętych wartości. Często jesteśmy nieświadomi tego, że sztuka, podobnie jak instalacja sanitarna ma decydujący wpływ na bieg spraw w naszym otoczeniu. Sądzę, że nie mamy racji, gdy mówimy, że jest coś „poza" naszym działaniem. Najgłębsze dążenia, miłość i nienawiść, mądrość i głupota, wiedza i czucie, również krótkowzroczność i fałszywe ideologie wszystkie one -a i jeszcze inne nie istnieją „poza”, lecz „w” naszym działaniu. W związku z tym „tworzyć jako chrześcijanin” nie oznacza twórczości uzupełnionej chrześcijańskimi elementami. Malarstwo chrześcijańskie, jeśli już użyjemy takiego określenia, jeśli chce mieć jakieś wewnętrzne, głębokie znaczenie, nie może być malarstwem uzupełnionym o cechy chrześcijańskie. Nie musi ono być świątobliwe. Sztuka usprawiedliwia się, tłumaczy, sama przez się. Lecz ponieważ malarstwo jest dziełem człowieka i jako takie realizuje ludzką wyobraźnię, posiada charakter „duchowy” ukazując wnętrze człowieka. Rzeczy te są wzajemnie ze sobą powiązane - skomunikowane, ponieważ sztuka jest także łączeniem. A zatem wszystko, co ludzkie, świadczy o człowieku, a ten z kolei nigdy nie jest neutralny czy obojętny. Malarstwo jest obciążone treścią. Im jest lepsze, tym więcej niesie tego ładunku treściowego. Gdy przyjrzymy się bliżej jakiemuś dziełu, uświadomimy sobie, że materiały, technika, format i wszystkie inne techniczne elementy po to były dobierane, aby przy ich pomocy twórca mógł uzewnętrznić swoje myśli. Istnieje więc ścisła zależność między duchem i materią. Gdy więc ktoś twierdzi, że na przykład malarstwo jest właściwie tylko malarstwem w sensie samej umiejętności wytworzenia kolejnego przedmiotu, nie ma racji. Takie i podobne opinie mają na celu podkreślenie faktu, że nasza indywidualna duchowość nie ma z nim do czynienia, czyli że człowiek nie ma nic do powiedzenia, a człowieczeństwa samodzielnie istniejącego w dziele nie da się wyrazić. Staramy się jasno przedstawić, czym jest element chrześcijański w wytworach chrześcijanina nazywany przez Biblię owocem Ducha (List do Galacjan 5:22). Nie zapominajmy przy tym, że wymaga się od nas, by nasza twórczość nosiła znamiona realności i odzwierciedlała rysy naszej osobowości. Element chrześcijański nie przychodzi nigdy oddzielnie. Częstokroć zwracano się do mnie z pytaniem: „Co trzeba zrobić, by tworzyć jako chrześcijanin?” Mam wtedy odczucie, że ten ktoś chce się umieścić w pewnych sztywnych ramkach, jak gdyby chrześcijaństwo oznaczało trzymanie się pewnych zasad zwykle negatywnych. A gdy ktoś jeszcze pyta: „Czy mogę to zrobić? Czy to może być tak zrobione?” wtedy mi się wydaje, że człowiek ten traktuje swoją duchowość bardzo szablonowo. Nie jesteśmy przecież ludźmi z dodatkiem nadzwyczajnym zwanym chrześcijaństwem. Nasze człowieczeństwo reaguje na świat zewnętrzny i na Słowo Boże w sposób szczególny, właściwy dla naszej osobowości. Być chrześcijańskim twórcą oznacza szczególne powołanie do używania swego talentu na chwałę Boga jako aktu miłości do Niego oraz jako służby miłości wobec ludzi. Oznacza to też ciągłą wędrówkę, przygotowywanie się najlepiej jak potrafimy, szkolenie się we własnej „branży”, doskonalenie techniki i zasad tworzenia, uczenie się od innych na ich błędach, poszukiwanie własnego stylu, eksperymentowanie, osiąganie wytkniętych celów, ale też ponoszenie porażek. Pracować w taki sposób -całym sercem, umysłem i duchem, wykorzystując zdolności w otwartości i swobodzie działania, modląc się o mądrość i prowadzenie, myśląc przed rozpoczęciem działania -równa się przyjęciu na siebie swojej odpowiedzialności. Oczy wiście nie może nam też zabraknąć samokrytyki, ale być chrześcijańskim artystą nie oznacza być kimś doskonałym i nieomylnym. Chrześcijanie są często nierozsądni i popełniają błędy niekiedy z powodu grzeszności, a czasami dlatego, że zadanie jest ponad nasze siły lub źle nam doradzono w jakiejś sprawie, bo jesteśmy ludźmi i żyjemy w świecie napiętnowanym przekleństwem. Być dzieckiem Bożym nie znaczy być genialnym. Jeśli jesteś chrześcijaninem, nie wstydź się tego. Pracuj pełnią swoich możliwości, daj z siebie to, co najlepsze. Teraz jest czas bycia najlepszym. Wstydź się bycia gorszym i uważaj, bo okażesz się głupcem i zarozumialcem, jeśli będziesz starał się być kimś więcej, niż w istocie jesteś. Zachęcam cię do przeżywania wolności, lecz nie daj się pokonać przez grzech on odbiera wolność. Chodź Bożą drogą, lecz ma to wypływać z twoich przekonań, twego rozumowania, miłości i wolności. Droga ta nie jest listą zakazów i nakazów. Jest czymś o wiele bardziej realnym i prawdziwym. Jest oddaniem. Pracujmy więc najlepiej, jak tylko umiemy, gdyż czyniąc to uczestniczymy w działaniu i dokonujemy zmian.



Hans Rookmaaker - Sztuka nie potrzebuje usprawiedliwienia 

czwartek, 21 listopada 2019

Ewangelia Jana, rozdział 6 | NPD










Nowy Przekład Dynamiczny - Nowy Testament we współczesnym języku polskim z komentarzem filologicznym, historycznym i teologicznym

niedziela, 3 listopada 2019

Uczeń wg Ewangelii Jana

W oryginalnym tekście Jan w ogóle nie używa rzeczownika „zaufanie” (wiara), natomiast stosuje czasownik „ufać” (wierzyć) aż 98 razy. Pokazuje to, że Jan nie rozpatruje wiary w kontekście zespołu przekonań intelektualnych. Nie są one dla niego podstawą do stwierdzenia, czy ktoś jest wierzący, czy nie. W swej relacji o Chrystusie pokazuje wiele osób, które rozumiały, że Jezus jest Mesjaszem (gr. Chrystusem), choć niewiele z nich było gotowych stać się Jego uczniami. Przedstawia także innych, którzy byli intelektualnymi zwolennikami Jezusa, a nawet jego wielbicielami, lecz ostatecznie nie potrafili się zdobyć na decyzję porzucenia wszystkiego i pójścia za Nim, a więc na przystąpienie do grupy Jego uczniów. Pokazuje też takich, którzy stali się uczniami, lecz po uczynieniu pierwszych kroków wiary nie wytrwali i odstąpili lub odwrócili się od Jezusa. Z przekazu Jana można więc wynieść wniosek, że jedynie naśladowanie postawy Jezusa oraz trwanie w całkowitej ufności do Niego i tylko do Niego jest w biblijnym sensie pełnią wiary chrześcijańskiej. W wierze tej nie ma miejsca dla innych „bogów”, innych „pośredników”, innych „świętych”. Jezus jest jedynym Zbawicielem (Dz 4,12), jedynym Pośrednikiem (1 Tm 2,5; Hbr 9,15) i jedynym Świętym (1 P 3,15), ponieważ On jest Bogiem bliskim (Mt 1,23; Ap 21,3) oraz Bogiem Wszechwładnym zasiadającym na Tronie w Niebiosach.

Dobra Wiadomość o ratunku w Chrystusie w relacji Jana (NPD)