poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Sola gratia

Czy miesiąc miodowy musiał się skończyć? Mój się skończył. Przeżywałem miesiące potężnych chwil z Bogiem, ale to wszystko się skończyło. Jednak pamiętajcie, że to nie Bóg zakończył ten miesiąc miodowy. Ja to zrobiłem poprzez legalizm. Podejrzewam, że to przytrafia się większości chrześcijan. Rozpoczynamy nasze życie z Chrystusem całkowicie poprzez łaskę, dar sprawiedliwości. Ale później nie możemy pozostać w tym miejscu i tam wzrastać. Łaska jest zbyt radykalna jest diametralnie inna od systemu, w którym jesteśmy zanurzeni w tym świecie. Nasz świecki system definiuje wartość człowieka głównie ze względu na jego produktywność, piękno, władzę czy bogactwo. Dlatego nie czujemy się pewnie w stosunku do łaski i ponownie chwytamy się legalistycznych osiągnięć jako podstawy do bycia zaakceptowanym. Legalizm to jakakolwiek, podjęta z naszej strony, oparta na prawach próba uzyskania usprawiedliwienia dla nas w oczach Boga. Legalizm to w istocie samousprawiedliwienie. Jest to nasza próba stania się wystarczająco dobrym, aby kontrolować Boga.
Ale Bóg wykorzystuje tutaj twardość naszej czaszki! Ból i pycha naszego legalizmu ostatecznie prowadzą nas z powrotem do usprawiedliwienia z wiary. Począwszy od Rzymian 3:20 widzimy podstawy tego procesu.
(...)
Faktem jest, że już niemal od czterdziestu lat widzę, jak to przesłanie łaski prowadzi do posłuszeństwa. Możliwe jest zachęcenie do posłuszeństwa i oglądanie, jak piękne posłuszeństwo rozwija się w życiu ludzi dzięki przesłaniu łaski, nie uciekając się do legalizmu, przymuszania czy manipulacji. Możemy głosić przekonywające przesłania, przyprawione obfitą łaską.
Mam nadzieję, że jest to jasne w tej książce, że usprawiedliwienie w oczach Boga poprzez łaskę nie oznacza, że nie mamy już więcej potrzeby duchowego rozwoju czy uświęcania się. Nie ma mowy. (...) Prawdziwe posłuszeństwo to nie jest zwykłe wykonywanie mechanicznych zasad (aby otrzymać błogosławieństwo lub aby uniknąć kary), lecz jest odpowiedzią na Bożą łaskę, pełne mocy Ducha Świętego.
(...)
Ludzkie psychologiczne metody walki przeciwko prawdziwemu poczuciu winy są jak pistolety na wodę walczące z płonącym lasem. Arsenał psychologii humanistycznej obejmuje hasła: „Hej, wszyscy mamy wady”, „Hej, nie ma prawdy absolutnej ”, „Powiedz sobie, że jesteś w porządku i że wszyscy inni też są w porządku”, „Przebacz sobie” lub „To jest wina twoich rodziców”.
Powiem wam, że to nie działa! Ale wy prawdopodobnie już o tym wiecie. Psychologia humanistyczna ostatecznie jest bezbronna, jeśli chodzi o usunięcie poczucia winy. (...) Biblia mówi: „Bez rozlania krwi nie ma odpuszczenia” (Hbr 9:22).

Jeff Harkin - Łaska Boża i nic więcej

sobota, 9 kwietnia 2016

Koniec początkiem

On jest obecny na tych wszystkich wysypiskach: smród beznadziei. Gdybyśmy - ja albo ty - odwiedzili to miejsce, zobaczylibyśmy i poczulibyśmy smutek. Chavez usłyszał - i usłyszał nie to, co było, ale to, co mogło być. Usłyszał muzykę wyłaniającą się z nędzy. Muzykę nadziei. Orkiestra znana jest obecnie jako Landfill Harmonic (Harmonia Wysypiska Śmieci - przyp. tłum.). Ta nazwa ma pokazać, że można żyć w norze, ale nadal mieć poczucie humoru. Oto orkiestra stworzona z dzieci, które żyją na złomowisku i grają na instrumentach zrobionych z odpadów. Możesz odpalić komputer i obejrzeć to w tym momencie na YouTube. Ty i ja żyjemy w kulturze wyrzucania. Nigdy nie pomyślelibyśmy o tym, że można otrzymać piękno z recyklingu - nie wtedy, gdy pod nosem mamy strony internetowe z pięknymi, błyszczącymi, nowymi rzeczami. Zniszczysz coś? Wyrzucasz. Zastępujesz. Wracam jednak do czytania ewangelii i towarzyszy mi ścieżka dźwiękowa. Wydaje się, jakby muzyka Landfill Harmonic rozbrzmiewała na każdej stronie. Słyszę ją, ponieważ znam całą historię i widzę powiązania. Jezus opuścił tron w niebie dla ziemskich slumsów na wysypisku śmieci. Zrezygnował z doskonałości na rzecz złamania i bólu. I powiedział: „Stwórzmy orkiestrę!". Usłyszał płacz i zawodzenie i zamienił je w śmiech. Nazwali Go głupcem, błędnie myślącym fanatykiem. Otaczała Go beznadzieja, ale nawet jeśli dałbym ci możliwość stukrotnego zgadywania, nigdy nie wymyśliłbyś pełnego obrazu tego, co Jezus może zrobić, gdy kopie w tym obrzydliwym wzgórzu i natyka się na odrzucone, zniszczone fragmenty życia.
(...)
My jesteśmy tymi ludźmi, którzy spędzają godziny na portalach społecznościowych, starając się przekonać innych, że nasze życie jest lepsze niż ich. Większość z nas gdzieś w głębi serca ma świadomość, że wiele elementów wydaje się szwankować. Ale zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby uniknąć prawdy o naszej prawdziwej kondycji. W naszej głowie jest zbyt wiele głosów, które mówią, żeby nie przejmować się małymi rzeczami, a to wszystko są małe rzeczy. Zapytaj kilku znajomych na Facebooku, a oni w kilku słowach przekonają cię, że wcale nie jesteś złamany. Kilkuset znajomych na portalu społecznościowym nie może się mylić, prawda? W naszej głowie jest zbyt wiele głosów, które mówią, żebyśmy zachowali pozory, bo inaczej nasze życie się rozpadnie. Zbyt wiele głosów mówi nam, żebyśmy się bawili, a jeśli nie będziemy myśleć o złych rzeczach, to one w końcu odejdą. Dlatego właśnie ludzie naszych czasów stali się mistrzami iluzji, ekspertami w ukrywaniu bólu, ludźmi nadużywającymi leków, niewolnikami długów finansowych, naśladowcami fanaberii, szukającymi pocieszenia w samotności. Wszystko to dlatego, że nie rozumiemy, że jedynym rozwiązaniem dla bycia złamanym jest... złamanie. Przez złamanie rozumiem przyznanie się do niego, pełną i niezachwianą akceptację tego, że jesteśmy bankrutami, ubogimi w duchu i nie mamy niczego do zaoferowania. W naszej kulturze jest to sprzedaż agresywna. Niewielu ludzi zapłaci setki dolarów za uczestnictwo w seminarium, które pomoże im doświadczyć złamania. Mogą nie chcieć wziąć w nim udziału, nawet jeśli otrzymaliby za to setki dolarów. Złamanie nie jest trendem na Twitterze. Nie ma go w niczyim CV i nie jest również strategią biznesową. Jest jednak jedyną nadzieją, jaką ma dla nas Jezus. Odwróconą do góry nogami i wywróconą na lewą stronę drogą, która jest jednocześnie jedyną właściwą ścieżką prowadzącą w górę. Zaakceptuj ten paradoks: złamanie jest drogą do całości.


Kyle Idleman - Koniec mnie

Nawróceni księża

Wtedy właśnie zacząłem powoli dostrzegać światło, i to mimo pozostawania w kościele katolickim. Dobiegały końca moje studia teologiczne, ale z pewnością to nie one pozwalały mi dostrzegać to światło, nie pochodziło ono też od moich wykładowców, nie wynikało z rutynowych modlitw ani z posłuszeństwa papieżowi. To pewne. Bóg posłużył się faktem, że czytałem i studiowałem Biblię, Jego Słowo. Już wcześniej czułem niewytłumaczalny pociąg ku Słowu Bożemu, dostrzegając tam coś czystego i prawdziwego, coś, co przemawia do serca i co mogę zrozumieć, coś więcej niż dzieło człowieka. Więc czytałem i studiowałem Biblię z całą uwagą, a czyniąc to zacząłem sobie uświadamiać, że podstawowa różnica między chrześcijaństwem a religiami pogańskimi tkwi zasadniczo nie tyle w przykazaniach i doktrynach, co w Osobie Jezusa Chrystusa. Zacząłem rozmyślać nad tym, co Pismo ma do powiedzenia o Nim i o Jego dziele odkupienia, i zaczął się On dla mnie stawać coraz bardziej realny. Powoli, niby wschodzące słońce, Chrystus wznosił się coraz wyżej ponad horyzont mego życia. Choć nadal trzymałem się wielu doktryn rzymskich, to działo się ze mną coś niezwykłego. E.L.

(...)

Dopóki Bóg w swojej łasce nie zbawił mnie, nikt nie potrafiłby mnie przekonać do wyjścia z katolicyzmu. Kiedy jednak Pan mnie zbawił i objawił swą wielką miłość, gdy po raz pierwszy usłyszałem jego cichy, łagodny głos, nietrudno było mi zastosować się do Jego polecenia i wyjść z kościoła katolickiego. Miłuję Go bardzo, bo to On pierwszy mnie umiłował. Był czas, gdy uważałem Kościół rzymski za jedyny prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa na ziemi. Kiedy w mojej obecności jakiś nominalny protestant zauważył: „Cóż tam takiego — religia. Jedna jest taka sama dobra jak druga", odpowiadałem: „Owszem, jedna religia może być równie dobra jak druga, ale tylko jedna religia jest prawdziwa, a jest nią katolicyzm". Dziękuję Bogu, że otworzył mi oczy. Dziś wiem, że Kościół, który szczyci się posiadaniem widzialnej głowy (papież rzymski), widzialnych znaków łaski (sakramenty), widzialnych następców apostołów (biskupi i kapłani), Kościół, który wymaga obecności obrazów i posągów, aby przypominały o Bogu - nie może być prawdziwym kościołem Jezusa Chrystusa. Prawdziwy Kościół jest zbudowany na wierze — wierze w nieomylne Słowo Boże. Prawdziwie na nowo narodzeni chrześcijanie nie potrzebują „widzialnego" papieża, gdyż mają już Pana — niewidzialnego, Głowę prawdziwego Kościoła. Wierzący otrzymali zapewnienie: „Gdy bowiem będziecie je [wymienione cechy] mieli i to w obfitości, nie uczynią was one bezczynnymi ani bezowocnymi przy poznawaniu Pana naszego Jezusa Chrystusa" (2P 1,8). Są oni podobni do Mojżesza, który „widział Niewidzialnego" (Hbr 11,27). Wierzący tacy nie potrzebują też widzialnych znaków łaski, jak msza i sakramenty, bo ich zbawienie zostało wypisane w ich sercach przez Ducha Świętego, kiedy złożyli całkowitą ufność w Jezusie Chrystusie jako swym Zbawcy. Nie potrzebują też widzialnych następców apostołów, gdyż z Pisma Świętego wiadomo im, że to Bóg sam powołuje duchowych przywódców według swej woli, gdy pragnie, by to oni karmili jego Kościół bezcennym Słowem Bożym. Wierzący ci nie potrzebują obrazów i posągów, które przypominałyby im o Bogu, bo wierny wizerunek Chrystusa mają w Słowie Bożym - Biblii. Poza tym Bóg potępił - jako bałwochwalstwo - czynienie i czczenie obrazów i posągów (Wj 20,3-5). R.J.

(...)

Świadectwo nawróconego księdza Guida Scalziego

Nasz rodzinny dom w Mesoraca stał w niewielkiej osadzie zwanej Filippa, położonej w sąsiedztwie klasztoru Franciszkanów, usytuowanego na szczycie malowniczego wzgórza. Tam właśnie chadzałem na mszę.

Uniesienie i klasztor

Jednego poranka wzruszyłem się szczególnie głęboko na dźwięk kościelnych organów —budziła się akurat wiosna, a ja czułem powiew czegoś, co nowe i nieznane. Zrodziła się we mnie niezwykła tęsknota, uczucie wydające się sięgać głębin duszy. Pomyślałem, jak cudnie byłoby spędzić resztę życia w klasztorze, w jedności z Bogiem i przyrodą. Gdy matka wracała z kościoła, wyszedłem jej naprzeciw wołając: „Mamo! Jak by to było dobrze, gdybym został księdzem!” Była wniebowzięta- i to mało powiedziane! Jej szczęście rosło w następnych dniach, gdy upewniałem ją, że coraz bardziej utwierdzam się w tym, co uznałem za Boże powołanie. Przekonałem mamę, żeby poszła ze mną do klasztoru porozmawiać z ojcem przełożonym. Ojciec przełożony wydał się usatysfakcjonowany powagą moich zamiarów i oznajmił matce, że któregoś dnia na pewno zostanę kapłanem. W końcu dyrektor seminarium franciszkańskiego, zwanego „Uczelnią Serafińską”, przyjął mnie do swojej szkoły. 28 września 1928 roku rozstałem się z rodziną i w towarzystwie ojca Carla pojechałem do seminarium, do prowincji Cosenza.

Lód zamiast mydła, religijność miast miłości

Podczas podróży myśli wędrowały ku najbliższym, których opuściłem. Później po kryjomu często ocierałem łzy płynące mi po policzkach. Pierwsze dni w seminarium minęły w pośpiechu i zamieszaniu. Przybywali nowi i zrobił się bałagan, bo nie każdy chłopiec umiał prędko przystosować się do rygorów nowego życia, tak różnego od dotychczasowej swobody. Gdy nadeszła zima, dokuczały mi odmrożenia, grypa i inne dolegliwości. Szkoła nie była ogrzewana. Z samego rana na dźwięk dzwonka przemierzaliśmy otwarty dziedziniec, by obmyć twarze przy studni, bo bieżącej wody nie było. Woda zamarzała w miskach, tak że trzeba było rozbijać lód; lodu używaliśmy zresztą jako mydła. Bywało, że dopiero po dwu, trzech dniach odważaliśmy się na kolejną toaletę twarzy. Ciężkie to było życie. Zimno działało zniechęcająco, mój zapał stygł z dnia na dzień. Usiłowałem przezwyciężać te trudności, a jednak coraz bardziej zamykałem się w sobie. Ze zdumieniem zauważałem, że mimowolnie uderzam w płacz. W takich chwilach nikt nie umiał mnie pocieszyć. Jednego razu ojciec Carlo, zdenerwowany moimi „fochami”, podszedł i zaczął mnie bić dłońmi, potem pięściami, a w końcu kopać. Muszę przyznać, że bezlitosne ciosy osiągnęły zamierzony cel: Postanowiłem, że przebrnę przez to seminaryjne życie, nawet jeśliby miało stać się jeszcze okropniejsze.

„Brat Szczęśliwy”

Szybko nauczyłem się, że nie mogę ufać nikomu i że nie istnieje nikt taki jak przyjaciel. Wydawało się, że szpieg stoi za każdym rogiem. Z pierwszych czterech lat seminarium nie pozostało mi wiele wspomnień. We wrześniu 1932 roku wyjechałem do klasztoru, gdzie spędziłem rok w nowicjacie. Według reguły nowicjatu Zakonu Braci Mniejszych św. Franciszka w dniu wstąpienia do zakonu otrzymuje się nowe imię. Od tamtej pory znano mnie zatem jako „brata Felice” (czyli „Szczęśliwego”). Do dziś pamiętam straszliwą nudę męczącą nowicjuszy. Wynikała z wymuszonego próżnowania spowodowanego sztucznie wytworzoną samotnością. Mimo że nowicjusze to ludzie mający wzrastać w poznaniu dróg Bożych, to w rzeczywistości patrzą na siebie spode łba, zazdrośni o drobnostki, gotowi do kłótni i obelg.

Bolesne rozczarowanie

Rok w nowicjacie zakończył się 4 października 1933 roku obrzędem ślubów zwykłych. 7 lipca 1940 roku przyjąłem święcenia kapłańskie. Gratulacje złożył mi biskup, przełożeni i obecni przy ceremonii księża. Byłem szczęśliwy i nad wyraz radosny. W końcu przecież zostałem księdzem. Jednakże podczas pierwszej odprawianej przez siebie mszy czułem się jak oszust, jak aktor w roli, do której mnie przypisano. Nie było we mnie radości ani zadowolenia. Gdzież podziała się ta obecność Boża, którą — jak mi obiecywano — miałem się namacalnie rozkoszować każdego dnia? Była to czcza formalność, tylko pustka. Po kilku latach w klasztorze św. Franciszka z Asyżu, gdzie uczyłem włoskiego, historii, geografii i religii na poziomie gimnazjum, przeniosłem się do klasztoru w Bisignane (Cosenza), a potem do Reggie Calabria. Tam właśnie pierwszy raz spotkałem chrześcijan ewangelikalnych.

Źródło wody żywej

Gdy 15 sierpnia 1945 roku mijałem Ewangelikalny Kościół Baptystyczny w Reggie Calabria, naszła mnie chęć spotkania się z pastorem. Jednego więc dnia zdobyłem się na odwagę i napisałem do niego list z prośbą o spotkanie. „Proszę bardzo, z przyjemnością zobaczę się z księdzem w dogodnym terminie” — odpowiedział Salvatore Tortorelli. Podczas rozmowy zachęcił mnie do czytania Biblii. „Proszę czytać z otwartym sercem i bez odgórnych uprzedzeń” — poradził. Po powrocie do klasztoru zabrałem się do lektury włoskiego przekładu Pisma Świętego. Dla mojego ducha i duszy było to jak źródło wody dla spragnionego, przejrzenie dla ślepca. Każda stronica przynosiła niespodzianki i nowe światło, jak gdyby ktoś otworzył okna w ponurym więzieniu. „Jak to możliwe?” — mówiłem sam do siebie. — „Jak to możliwe, że przeżyłem tyle lat nic nie wiedząc o tych wspaniałościach?” Pewnego dnia zwierzyłem się ze swych przeżyć pastorowi Tortorellemu. „To Pan cię wzywa, abyś zerwał z kłamstwem. Zostaw wszystko i nawróć się na Ewangelię Jezusa Chrystusa”. Przed opuszczeniem klasztoru powstrzymywały mnie jednak dwie sprawy. Po pierwsze, bałem się piętna osoby wzgardzonej, księdza pozbawionego godności kapłańskiej. Po drugie, lękałem się wejścia w nieznany świat bez żadnego zabezpieczenia, pracy. To ostatnie było szczególnie ważne, gdyż artykuł 5 konkordatu zawartego przez państwo włoskie z Watykanem zabraniał zatrudniania byłych księży. W takiej sytuacji nie potrafiłem się zdecydować na opuszczenie zakonu.

„Jezus chce cię zbawić”

Niebawem przeniesiono mnie do klasztoru w Staletti. Idąc raz ulicą, usłyszałem, że ktoś mnie woła. Odwróciłem się i ujrzałem, że jakiś chłop daje mi znaki. Chciałem przekazać pozdrowienia od pastora baptystów z Reggie Calabria. Byłem tam w zeszłym tygodniu, i powiedział mi, że jest u nas teraz ksiądz Guido Scalzi, który sympatyzuje z chrześcijaństwem ewangelikalnym. Wyjaśnił, że należy do wspólnoty w pobliskiej Gasperinie, sześć kilometrów od Staletti, a jego pastor Domenico Fulginiti chciałby się ze mną spotkać. Odparłem, że z radością przyjdę. Spotkanie nastąpiło po paru dniach. Wieczorem poszedłem pod wskazany adres. Dom był niewielki i skromnie urządzony, typowe domostwo kalabryjskich wieśniaków: stół, parę krzeseł, piec, przy nim blachy piekarskie i dwa sita do przesiewania mąki na chleb; na ścianie wisiały garnki, patelnie. Przez otwarte drzwi dojrzałem drugi pokój, służący za sypialnię. Pastor nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Nosił skromniutki garnitur bez krawata; widać było, że to zwykły chłop. „To ci dopiero pastor” — myślałem sobie, gdy się przedstawiał. Myślałem, że lada chwila wyjmie swoją Biblię i zacznie mnie nawracać, ale on patrząc na mnie z wielką życzliwością rzekł: — Wiesz już, co trzeba, o Słowie Bożym. Teraz trzeba ci tylko zbawienia. Jezus chce cię zbawić. Umarł na krzyżu, by zbawić twoją duszę. Dalej mówił coś o „nowym narodzeniu”, którego dostępuje się przez wiarę w zbawczą krew Jezusa. Opowiedział też historię Nikodema, który przyszedł zobaczyć się z Jezusem nocą. I powtórzył pod moim adresem słowa Mistrza: — Ty jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz? „Nowe narodzenie. . . Gdybym tylko mógł się narodzić na nowo” — myślałem. — „Gdyby tylko zatrzeć bolesną przeszłość, wszystkie błędy, złudzenia, grzechy, cały brud i błoto, w jakim od lat tkwi moja dusza. . . Gdybym tylko mógł zacząć nowe życie, czyste w oczach Boga i ludzi. Gdybym tylko mógł się na nowo narodzić. . . ”

Modlitwa wiary

— Musisz się na nowo narodzić — powtórzył ciepło wieśniak. Nie wiedziałem, co odrzec, ale cieszyłem się, że zgadzam się z nim we wszystkim, co mówi z takim wielkim przekonaniem. Mówił prosto; w jego słowach nie było wyższości ani też śladu profesorskiej swady. Po chwili wstał i powiedział:

— Jeśli się zgodzisz, moglibyśmy się pomodlić, zanim się rozejdziemy.

— Oczywiście — odparłem.

Ukląkł wznosząc ręce ku niebu i zamknąwszy oczy pogrążył się w modlitwie. Moje oczy były szeroko otwarte. Zaczął dziękować Bogu za to, że mogłem usłyszeć Ewangelię zbawienia. Prosił Boga, żeby oczyścił moje serce z wszelkiego grzechu i obmył mą duszę bezcenną krwią Jezusa, swego Syna Jednorodzonego, który umarł na krzyżu, aby zapłacić za me odkupienie. Modlił się jakiś czas. Klęczałem, zakłopotany, z pewnym dystansem słuchając go i uśmiechając się pod nosem, gdy wspomniał o mych grzechach. Jakie mógł mieć o tym pojęcie? Patrzyłem: miał wciąż zamknięte oczy i wznosił ku górze ręce w błagalnym geście. Cała jego sylwetka świadczyła o żarliwości modlitwy. Była to zaprawdę modlitwa wiary; jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś tak się modlił. A przecież właśnie to musiała być najautentyczniejsza modlitwa, w pełni zgodna ze słowami Jezusa, który przestrzegał przed mechanicznym wielomówstwem, a zachęcał do modlitw o potrzeby chwili. Cóż było w tej chwili potrzebniejsze niż zbawienie mojej duszy?

Życie wieczne w Jego Synu

Zamknąłem oczy i wzrokiem duszy ujrzałem całe swe życie. Wady, pychę, pożądliwość, obłudę, kłamstwa i wiele innych spraw; ujrzałem na sobie każdy możliwy grzech, byłem jak trędowaty pokryty ohydną przypadłością. Wystraszyłem się stanu swej duszy. Załamany, rozmyślałem, jak wyrwać się z tego strasznego położenia, ze wszystkich moich grzechów. I przypomniały mi się słowa, które przed chwilą padły w modlitwie: „Krew Jezusa oczyszcza nas z wszelkiego grzechu”. Pojąłem, co to znaczy: być naprawdę wolnym. Oddałem się bez reszty w ręce Jezusa, Zbawcy, rozpaczliwie wyczekując Jego pomocy: „Panie, zmiłuj się nade mną, grzesznym. Zbaw moją duszę”. Doznawałem wielkiej rozterki. Widziałem swe dotychczasowe życie, przyjemności, zaszczyty, jakie ono daje; widziałem krewnych, przyjaciół i wszystkich, którzy mnie cenią. A z drugiej strony czekało życie nieznane i pełne trudu i wyrzeczeń. Lecz widziałem tam Jezusa, który wyczekuje mnie z otwartymi ramionami, gotów mnie przyjąć, dać nowe serce, nową duszę i nowe życie, pełne Jego łaski, pokoju i miłości. Pismo mówi: „A toć jest świadectwo, iż nam Bóg dał żywot wieczny; a ten żywot jest w Synu jego” (1J 5,11).

Zawierzyć Jezusowi

Poczułem, jak pokój napełnia mi serce. Pierwszy raz w życiu odczułem obecność Jezusa. Był tam z nami, w tej chłopskiej izbie. Uznał moją skruchę, wziął mnie do Siebie i przemówił do mnie. Jego głos brzmiał w mych uszach jak muzyka. Ukoił niepokój serca, a z umysłu znikła ciemność. Jego obecność była tak namacalna, iż zdawało mi się, że gdybym wyciągnął rękę, dotknąłbym Jego szaty. To był On. Mój Pan i mój Mistrz. Jezus. Brat Fulginiti zrozumiał, że dzieje się ze mną coś ważnego i że Pan odpowiedział na jego modlitwę. Objął mnie i rzekł: — Pan dotknął twego serca. Uwierz tylko w Niego i nie odkładaj tego na później. Kto wie, czy otrzymasz następną okazję, by przyjąć Jego zaproszenie? Nieprzyjaciel zawsze będzie się starał powstrzymać cię od wejścia na drogę zbawienia. — Bracie, postanowiłem służyć Panu na śmierć i życie — odparłem z oczyma pełnymi łez. „Ale Chrystus odkupił nas z przekleństwa zakonu, stawszy się za nas przekleństwem, (albowiem napisane: Przeklęty każdy, który wisi na drzewie)” (Ga 3,13).

Od czasu nawrócenia i odejścia od katolicyzmu miałem zaszczyt pracować jako pastor-misjonarz, ewangelista, a także założyciel i dyrektor radia „La Voce Della Speranza” (Głos Nadziei), nadającego za pośrednictwem wielu stacji w Stanach Zjednoczonych i Europie.

Guido Scalzi, nawrócony ksiądz

Włoch Guido Scalzi jest obecnie w bardzo podeszłym wieku, a może nawet już u Pana. Przez wiele lat pracował jako ewangelista, nauczyciel oraz twórca i szef programu radiowego „Głos Nadziei”

Daleko od Rzymu, blisko Boga - świadectwa 58 nowonarodzonych księży

czwartek, 4 lutego 2016

Louis Zamperini (1917 - 2014) - biegacz

Billy Graham był u kresu sił. Przemawiał do wielotysięcznych tłumów po kilka godzin dziennie siedem dni w tygodniu, a każde kazanie było jak forsowny trening (...) Wstawał o piątej rano i do późnej nocy doradzał zbłąkanym duszom. Tracił na wadze, a pod oczami miał ciemne półkola. (...) Marzył o zakończeniu kampanii, ale jej sukces upewnił go, że Opaczność miała inne plany.
***
Na skórze Louiego perlił się pot. Czuł się sądzony, zepchnięty do narożnika, owładnęło nim gorączkowe pragnienie ucieczki. Gdy Graham poprosił zebranych, aby skłonili głowy i przymknęli oczy, wstał nagle i ruszył do wyjścia, ciągnąc za sobą Cynthię. — Wszyscy zostają na miejscach — zarządził Graham. — Możecie wychodzić w trakcie kazania, ale teraz nie. Proszę wszystkich o spokój i ciszę. A teraz wszyscy niech skłonią głowy i przymkną oczy. Poprosił wiernych, aby podeszli do przodu. Louie przeciskał się obok osób stojących w jego rzędzie w kierunku wyjścia. Jego umysł się kruszył. Czuł się wściekły, rozsierdzony, bliski eksplozji. Chciał kogoś uderzyć. Gdy dotarł do przejścia między rzędami, stanął osłupiały. Cynthia, rzędy pochylonych głów, trociny pod stopami, ściany namiotu — wszystko zniknęło. Dawno stłumione wspomnienie, przed którym uciekł zeszłej nocy, dopadło go znowu. Był na tratwie. Przed nim leżał skulony Phil, a obok Mac, oddychający szkielet. Jak okiem sięgnąć, ciągnął się nieskończony ocean, paliło ich słońce, w pobliżu krążyły cierpliwie rekiny. Był na tratwie, umierał z pragnienia. Czuł, jak jego spuchnięte wargi układają się w szept i wypowiadają rzuconą w niebo obietnicę, niespełnioną obietnicę, którą pozwolił sobie zapomnieć aż do teraz: "Jeśli mnie ocalisz, będę Ci służył do końca moich dni." I wtedy, pod cyrkowym namiotem w bezchmurną noc w centrum Los Angeles, poczuł na sobie krople deszczu. Był to ostatni bolesny powrót do przeszłości w jego życiu. Puścił ramię Cynthii i obrócił się w stronę Grahama. Czuł się żywy jak nigdy dotąd. Ruszył do przodu. - O to właśnie chodzi - powiedział Graham. - Bóg do ciebie przemówił. Chodź. Cynthia nie odrywała od niego wzroku przez całą drogę do domu.


 Laura Hillenbrand - Niezłomny

sobota, 16 stycznia 2016

Zadawaj pytania!

Twoim najważniejszym celem jako lidera powinno być pracowanie odpowiednio ciężko i strategicznie, żeby mieć więcej, niż potrzebujesz, i móc się dzielić z innymi. Zbliżając się do siedemdziesiątki, rozumiem to dzisiaj, jak nigdy dotąd. Wierzę, że Bóg dal mi dobry start w życiu. Zacząłem wcześnie i przez całe życie plano-wałem, siałem i pracowałem w pocie czoła. Dzisiaj zaś zbieram plony, jakich się nawet nie spodziewałem. Mam wpływ na ludzi większy, niż na to zasługuję i kiedykolwiek sobie wyobrażałem, więc przez ten czas, który mi jeszcze został, chcę przelać to wszystko na liderów, którzy pomnożą to jeszcze bardziej. Mam nadzieję, że zanim przyjdzie mój dzień, zdołam oddać innym wszystko, co sam otrzymałem. Być może Ty wcale nie zacząłeś tak wcześnie, jak ja. To bez znaczenia. W którymkolwiek momencie życia jesteś, rób to, co właściwe w danym sezonie. Dawaj z siebie wszystko i nie martw się o rezultaty. Z czasem, jeśli zrozumiesz zasadę sezonów i będziesz pracować w odpowiednim rytmie, plony też się pojawią.
***
Mark Cole z kolei powiedział mi, że on wykorzystuje spotkania rodzinne przy kolacji do zadawania regularnie pytań całej rodzinie. Mówi, że pytania, które on i jego żona zadają, czasami są szalone  i zupełnie błahe, a czasami strategiczne i bardzo celowe. Mark mówi: „Pytania pozwalają naszym córkom odkrywać prawdy życiowe oraz ich osobiste wartości. Zadajemy pytania, które budzą w nas marzenia i takie, które zmuszają do przemyśleń". Kiedy Mark niedawno spytał: „Co Wam się najbardziej podoba z tych rzeczy, które robimy całą rodziną?", jego siedmioletnia córka Macy odpowiedziała: „Zadawanie pytań przy kolacji!".
***
Gdyby spytać ludzi, czego wymaga sukces, większość wskazałaby przede wszystkim na talent, możliwości, ciężką pracę. Charakter jest równie istotny, co te elementy. Dlaczego? Charakter chroni Twój talent. Dopiero w połączeniu z charakterem te wszystkie atrybuty pomagają liderowi odnieść sukces. Brak charakteru jest największą potencjalną przeszkodą, jeśli mowa o przewodzeniu sobie albo innym. Charakter jest sumą wszystkich Twoich codziennych wyborów.  Sprowadza się do wcielania w życie właściwych wartości każdego dnia. Przejawia  się zgodnością wartości, ideałów, myśli, słów i czynów.


John C. Maxwell - Skuteczni liderzy zadają trafne pytania. Twoje fundamenty skutecznego przywództwa

czwartek, 19 listopada 2015

Agape

Ponieważ Bóg jest miłością (agape), wobec tego miłość musi być tą jedyną wszechpotężną zasadą rządzącą w Bożym wszechświecie. W przeciwnym bowiem razie Bóg nie mógłby być Bogiem. Sylogizm ten można ująć następująco: Bóg jest wszechpotężny. Bóg jest miłością. Dlatego też i miłość jest wszechpotężna. Z prawdy tej wypływa wniosek, że miłość jest potrafiącą wszystko przetrwać, wiecznie istniejącą i najwyższą zasadą rządzącą wszechświatem. Szatan przeciwstawił się tej zasadzie, ale przegrał.
***
Według ‘satanistycznej biblii’ krucyfiks symbolizuje „żałosną niemoc wiszącą na drzewie”. W ‘satanistycznych rytuałach’ Szatan nazywany jest „niesamowitym Księciem Ciemności, który rządzi ziemią”. Dalej jest przedstawiany jako ten, który przejmuje inicjatywę od Chrystusa, nazywanego „nieskończoną obrzydliwością z Betlejem”, „przeklętym Nazarejczykiem”, „nieudolnym królem”, „przemijającym i niemym Bogiem”, „podłym i wstrętnym pretendentem do chwały Szatana”.
Szatan opisany jest jako „Lucyfer rządzący ziemią”, który pośle „chrześcijańskich sługusów na zagładę”. Opisany jest również jako „Pan Światła” – a aniołowie, cherubiny i serafiny Chrystusa „kulą się i drżą przed nim ze strachu” oraz „płaszczą się przed nim”, podczas gdy on „rozwala bramy niebios”.W Księdze Objawienia znajdujemy całkowicie odmienny opis wydarzeń. Przedstawiona jest tam walka pomiędzy dziką bestią reprezentującą ślepą siłę i zabitym Barankiem. Walka kończy się ostatecznym zwycięstwem nad zwierzęciem i objęciem tronu wszechświata przez Baranka i Oblubienicę jako współrządzącą u Jego boku. Zwycięża miłość!Kiedy niebiosa przeminą z trzaskiem, a żywioły rozpalone stopnieją, ziemia i dzieła ludzkie na niej spłoną; kiedy „stare przeminie, a ziemskie trony i królestwa upadną”, kiedy nowe niebiosa i nowa ziemia, w których mieszka sprawiedliwość, zastąpią stary wszechświat, pozostanie jedynie to, co pojednało się z miłością. Miłość ta nawet teraz, w tym niespokojnym czasie, jest najwyższym prawem wszechświata i przetrwa, i przeżyje wszystkich swoich przeciwników.
***

Ponieważ jest to prawdą, najwyższym celem życia na ziemi jest nauczenie się miłości agape ucieleśnionej w Chrystusie. Taki właśnie jest cel wszystkiego, czego Bóg oczekuje od swoich dzieci. Głównym zajęciem Boga w tym wieku nie jest kierowanie wszechświatem przy pomocy przemożnej siły, ale uczenie członków Jego wybranej Oblubienicy miłości agape, aby przygotować ją do objęcia tronu. Bóg nie czyni nic w sferze odkupienia, co nie miałoby związku z tym zadaniem. Dlatego też każde pojedyncze wydarzenie, czy to radość, czy smutek, nieszczęście czy błogosławieństwo, ból czy przyjemność, wszystko bez wyjątku, Bóg wykorzystuje w celu zdobycia Oblubienicy i doprowadzenia w niej do pełności miłości agape. Tak więc najważniejszym celem życia na ziemi nie jest szukanie przyjemności, sławy, bogactwa czy jakiejkolwiek innej formy światowego sukcesu, lecz uczenie się miłości agape. W ostateczności, w Królestwie Bożym o czyjejś pozycji nie będzie decydował talent, wybitna osobowość, bystrość umysłu, sukces ziemski czy powodzenie, ale tylko jedno – miłość agape.


Paul Billheimer - Nie marnuj swoich łez

wtorek, 10 listopada 2015

Watergate

Ameryka nigdy dotąd nie widziała czegoś takiego jak afera Watergate. Wyglądało to tak, jakby kraj zamarł na kilkanaście miesięcy, kiedy trwały przesłuchania, reporterzy wyciągali brudy, a prezydent, człowiek nastawiony na sukces tak samo jak Chuck Colson, czuł, jak wszystko przecieka mu przez palce - wszystko, na co pracował przez całe swoje życie. Dwa lata po przytłaczającym zwycięstwie wyborczym, musiał stawić czoło wyborowi między procedurą impeachmentu (oficjalna procedura odsunięcia od władzy prezydenta) a rezygnacją z urzędu.
Colsona pochłonęła fala ogólnonarodowego gniewu. Jedyne, co mógł zrobić, to wrócić do praktyki prawniczej. W samym środku kryzysu poszedł na spotkanie ze starym przyjacielem i klientem Tomem Phillipsem, prezesem Raytheon Company (jeden z największych koncernów zbrojeniowych w USA i na świecie). Chuck darzył go szacunkiem jako człowieka ze swego pokolenia, który podziela jego etykę pracy. Był zaskoczony, widząc, jak opanowany i spokojny był Tom. A więc prawdą było to, że jego życie wyszło na prostą - pomyślał. Krążyły plotki, że Tom doświadczył jakiegoś przeżycia religijnego. Chuck zapytał go, co się stało. Przyjaciel był dość powściągliwy. Popatrzył przed siebie i odparł: Znalazłem Jezusa. Moje życie teraz należy do Niego.
Tam, skąd pochodził Chuck takie stwierdzenie uchodziło za wariactwo. Można od czasu do czasu pójść do kościoła, ale nikt nie będzie mówił o "znalezieniu Jezusa" lub poddaniu Mu swojego życia. A potem Chuck znowu musiał spokornieć - został przesłuchany przez sąd przysięgłych. Jego nazwisko zostało sponiewierane przez największe media. Spokój jego przyjaciela był czymś nader pożądanym. Nieco później Chuck zadzwonił do Toma i poprosił o spotkanie.
- Chcę usłyszeć coś więcej o tej religijnej przygodzie, która ci się przydarzyła - powiedział.
Usiedli na werandzie i Tom opowiedział, jak poszedł na ewangelizację Billy'ego Grahama. Wyciągną książkę pt. 'Chrześcijaństwo po prostu' C.S. Lewisa i odczytał fragment o tym, co Lewis nazywa 'wielkim grzechem' - o pysze. Słowa były błyskotliwe i pełne intelektualnej głębi, a myśl w nich zawarta przewróciła świat Chucka do góry nogami. Nauczono go myśleć, że duma to wielka wartość, że trzeba być dumnym z pracy i ze swego nazwiska, szczycić się swoimi osiągnięciami. Teraz zobaczył, że duma miała również ciemną stronę. Pycha jest w stanie zbyt mocno popychać człowieka do szukania własnego dobra. Może uczynić go aroganckim i pełnym pogardy w stosunku do innych. To książka o mnie - pomyślał Chuck - Taki byłem. W obliczu tych słów poczuł się nagi i bezsilny. Sąd nie mógłby potraktować go surowiej i zadać mu więcej bólu, niż zrobiły wspomniane słowa. Płatny zabójca został rozbrojony. Tom zaproponował, że pomodli się z nim, aby poprowadzić go ku nowemu życiu. Chuck nie był na to gotowy, ale zgodził się pożyczyć książkę C.S. Lewisa. W drodze do domu wołał do Boga. Jego niepokój był tak głęboki, że obawiał się, iż rozbije samochód. Zjechał na pobocze i zaczął rozmawiać z Bogiem, na co nigdy wcześniej nie miał czasu. Ogarnęło go cudowne uczucie, że Bóg go słuchał. Czegoś takiego nigdy wcześniej nie doświadczył. Chuck był typem masywnego, twardo stąpającego po ziemi faceta. Czyżby oszalał? Następnego ranka zorientował się, że wszystko się uspokoiło. Odzyskał trzeźwość myślenia. Czuł za to ekscytację z powodu nowych idei - oraz pokój, prawdziwy pokój, prawdziwe uwolnienie od okropnego brzemienia bycia Chuckiem Colsonem - człowiekiem, który musiał mieć nadzwyczajne wyniki, być mistrzem, który zdoła przetrzymać wszystkich.
Teraz widział swój grzech i swoją słabość i - o dziwo - było to uwalniające. już go to nie rujnowało, ponieważ wszystko mógł u stóp Boga. Zatopił się w lekturze C.S. Lewisa - czytał, powracał do przeczytanych już fragmentów, podkreślał, rozmyślał. Powziął decyzję. Od tego dnia jego życie należało do Chrystusa. Ale co zrobić z problemami z prawem? Myślał o tym i znalazł zarzut, do którego mógł się przyznać. Zaproponował, że przyzna się do winy i podda się karze więzienia.
Nie był zaskoczony, że media dowiedziały się o jego nawróceniu i obróciły to w szyderstwo. Oczywiście wszystko to było wybiegiem - twierdzili eksperci. Ale to nie miało dla niego znaczenia. Pomimo całego tego publicznego zgiełku Chuck Colson wiedział, że stał się nowym stworzeniem. Władza jego dawnych bożków została usunięta, a on sam wiedział, co było prawdziwym źródłem władzy. To dziwne, myślał, kiedy prowadzono go do celi. Dziwne, że człowiek może iść za kraty, a jednocześnie czuć się bardziej wolny niż kiedykolwiek wcześniej.


Kyle Idleman - Wojna bogów

piątek, 27 lutego 2015

Córeczko!

DO ESTHER EDWARDS BURR 
Stockbridge, 28 marca 1753 roku
Drogie Dziecko, 
Cieszymy się, że masz się lepiej, lecz martwi nas Twoje przewlekłe słabe zdrowie. Z zadowoleniem przyjąłem wiadomości z Twojego listu do matki, zwłaszcza o tym, że dobrowolnie ofiarowałaś się na służbę Bogu i doznałaś duchowego pocieszenia w swoim cierpieniu, wynikłym z ogromnego osłabienia i dokuczliwych bólów. Powinnaś za to dziękować, jak również za niestrudzoną serdeczność i troskliwą opiekę Twojego małżonka (Aaron Burr -zm. 1757 r. - pastor Kościoła prezbiteriańskiego w Newark w stanie New Jersey; był też rektorem College'u New Jersey; ożenił się z Esther Edwards w 1752 roku.), o czym nam pisałaś. Nie chciałbym, abyś dziwiła się temu doświadczeniu: taki jest porządek rzeczy, że najpierw świat się uśmiecha, a potem napełnia smutkiem. W samą porę Bóg udzielił Ci w ten sposób ostrzeżenia, abyś nie polegała na doczesnej pomyślności. Dlatego, jeśli tylko Bóg będzie chciał przywrócić Ci zdrowie, radziłbym, abyś nie szukała szczęścia na ziemi. Póki żyjesz, staraj się służyć Bogu i zdziałać tyle dobrego, ile zdołasz, pracuj na rzecz pomnażania chwały Bożej i dla dobra swojej duszy. Ciesz się, mogąc czynić i znosić to wszystko, do czego Bóg powołał Cię na tej pustyni, i nie oczekuj, że świat okaże się czymś innym niż tylko pustynią. Podejmij swoją wędrówkę w trudzie, w cierpieniu i w znoju i wypatruj odpoczynku oraz nagrody w przyszłym życiu, kiedy umarli w Panu odpoczną po swoich trudach i wejdą do radości swego Pana. Możliwe, że jeśli uda Ci się zwalczyć tę chorobę, resztę życia spędzisz w dużym oddaleniu od rodziców, ale nie troskaj się tym. Nawet gdybyś mieszkała nieopodal, i tak przecież w niedługim czasie wszyscy wydamy ostatnie tchnienie i nasz proch powróci do ziemi, do czego przybliża nas każda chwila. Nieskończenie ważniejsze jest, by żyć przed obliczem wiekuistego Ojca i zmierzać do domu niebieskiego. Starajmy się postępować tak, aby się tam kiedyś spotkać. Co zaś się tyczy medykamentów dla Ciebie, to udało nam się zdobyć tylko jednego grzechotnika. Wiem, że specyfik z jego jadu pomógł Ci wcześniej, dlatego nadal powinnaś go zażywać. Jeśli Twój żołądek jest słaby i wrażliwy, musisz pić jedynie małe dawki. Posyłamy Ci też żeń-szeń. Najlepiej spróbuj przygotować go na różne sposoby: weź go tyle, ile uznasz za stosowne ze względu na Twój żołądek, i sporządź wywar wodny. Możesz też namoczyć go w winie: w dobrej maderze lub bordo; jeśli zaś byłyby za mocne, zastąp je jakimś dobrym białym winem. Obojętnie, czy będziesz żeń-szeń gotować, czy moczyć w winie, najlepiej pokroić go na cieniutkie plasterki lub utłuc w żelaznym moździerzu. Do wyciągu dodaj przyprawy namoczone w takim winie, jakie lubisz i jakie nie podrażnią Ci żołądka. A przede wszystkim, jeśli czujesz się na siłach, przy dobrej pogodzie spróbuj jeździć konno, ale nie za długo, żeby się nie przemęczyć. Musisz też być bardzo ostrożna i unikać przeziębienia. Najlepiej nie zważaj na porady lekarzy i lecz się sama, słuchając tych, którzy dobrze znają Twoje przypadłości. Pragnąłbym, abyś razem z panem Burrem doradzała niekiedy Timmy'emu (Najstarszy syn Edwardsa, Timothy Edwards -1738-1813, uczył się w tym czasie w College'u New jersey) w sprawach jego duszy. Polecam Cię opiece Bożej, o którą modlimy się dla Ciebie codziennie. 
Twój kochający ojciec Jonathan Edwards
PS. Twoja matka chciałaby, żebyś zrobiła sobie konfitury z rodzynek funt białego cukru na funt rodzynek bezpestkowych. Zmieszaj je z gałką muszkatołową, cynamonem, goździkami, skórką pomarańczową i zmiel w młynku. Jedna gałka na pół funta konfitur, inne przyprawy w podobnej proporcji. Jedz te konfitury po trochu, tyle by nie podrażnić żołądka: rano, godzinę przed obiadem i po południu. Te same przyprawy oraz skórka pomarańczowa nadają się do korzennego wina, ale staraj się je zażywać same, odcedzone z wina. Zauważyliśmy, że przyprawy te są tak silne, iż mogą wywołać gorączkę, dlatego najlepiej rozcieńczyć je wodą, aby osłabić ich działanie. Twoja matka twierdzi, że powinnaś też od czasu do czasu pić herbatkę z liści przymiotna - może w Newmark znane jest pod tą samą nazwą. Podobno bardzo to jej pomogło i wzmocniło ją, gdy była osłabiona. Do pozdrowień dołącza się cała rodzina.

Jonathan Edwards - Wybór pism

sobota, 20 grudnia 2014

Przyjaźń

Pycha jest naturalnym zagrożeniem związanym z przyjaźnią. Ponieważ przyjaźń jest najbardziej duchową z miłości, zagrażające jej niebezpieczeństwo jest również duchowej natury. Można wręcz powiedzieć, że przyjaźń jest uczuciem anielskim — jednak człowiek, który chciałby bezkarnie spożywać chleb anielski, musi w trójnasób uzbroić się w pokorę. Może teraz łatwiej nam będzie pokusić się o odpowiedź, dlaczego Pismo Święte tak rzadko używa przyjaźni jako obrazu najwyższej miłości. Otóż przyjaźń jest z natury zbyt duchowa, aby móc służyć za dobry przykład rzeczy duchowych. To, co najwyższe, nie zdoła ustać bez tego, co najniższe. Bóg może bezpiecznie przedstawiać się nam jako Ojciec albo Oblubieniec, bo chyba tylko szaleniec uznałby, że Bóg jest naszym ojcem w sensie fizycznym albo że związek Boga i Kościoła może mieć charakter inny niż mistyczny. Jeśli jednak posłużymy się jako Jego obrazem przyjaźnią, moglibyśmy pomylić symbol z rzeczą symbolizowaną. Wpisane w naturę przyjaźni niebezpieczeństwo wzmogłoby się jeszcze bardziej. Nie da się zaprzeczyć, że przyjaźń jest bliska życiu niebiańskiemu, jednak jest to bliskość w sensie podobieństwa. Gdyby ją traktować jako symbol Miłości Najwyższej, łatwo można by ją pomylić z bliskością w sensie stopnia przybliżenia do Boga. Przyjaźń zatem, tak jak każda miłość przyrodzona, nie jest zdolna zbawić samej siebie. Przeciwnie, ze względu na swój duchowy charakter przyjaźń staje w obliczu subtelniejszego wroga i tym bardziej musi się oddawać pod boską opiekę, o ile chce uniknąć zepsucia. Zauważmy, jak wąska jest prawdziwa droga przyjaźni. Z jednej strony nie wolno jej się przeradzać w towarzystwo wzajemnej adoracji, ale z drugiej strony trudno byłoby nazwać prawdziwą przyjaźnią uczucie, które nie byłoby pełne wzajemnego podziwu, to jest miłości płynącej z docenienia innych. O ile bowiem nie chcemy, aby nasze życie uległo strasznemu zubożeniu, z naszymi przyjaźniami musi być tak, jak się to zdarzyło z Chrześcijanką i jej towarzyszkami w siedemnastowiecznym poemacie Johna Bunyana pt. Wędrówka pielgrzyma: „Jedna na drugą patrzyła zdjęta grozę, bo żadna w sobie samej dostrzec nie mogła owej chwały, którą w pozostałych widziała. Teraz zatem każda traktowała inne z szacunkiem większym niźli siebie samą. Tyś jest piękniejsza ode mnie, rzekła jedna; nie, tyś nadobniejsza, odrzekła jej druga.” Na dłuższą metę jest tylko jeden sposób, aby móc bez ryzyka zakosztować tego wspaniałego doświadczenia. Bunyan wspomina o nim w tym samym fragmencie: otóż kobiety mogą zobaczyć się nawzajem w nowym świetle dopiero wtedy, kiedy w domu Tłumacza zostaną wykąpane, opatrzone symboliczną pieczęcią i otrzymają białą szatę. Aby nie popadać w pychę, musimy stale pamiętać o tym darze kąpieli, pieczęci i białej szaty. Im wznioślejsze jest podłoże, na którym wyrosła nasza przyjaźń, tym bardziej trzeba o tym pamiętać. Zwłaszcza w przyjaźni wyrastającej na gruncie religijnym zapominać o tym byłoby rzeczą zabójczą. Jeśli bowiem zapomnimy o tym darze, może nam się wydać, że to my — nasza czwórka czy piątka — wybraliśmy się nawzajem; że dostrzegamy piękno pozostałych dzięki własnej szlachetności; że to przyrodzone siły wyniosły nas ponad resztę ludzkości. inne rodzaje miłości nie są podatne na tego rodzaju złudzenie. Przywiązanie rzecz jasna wymaga pokrewieństwa lub przynajmniej bliskości, która nigdy nie opiera się na wolnym wyborze. Jeśli chodzi o miłość erotyczną, co drugi poemat miłosny i co druga piosenka na świecie powie, że twoja miłość była nieuchronna i zapisana w gwiazdach, że masz nad nią taką samą kontrolę jak nad gromem uderzającym z jasnego nieba, bo „nie w naszych silach jest kochać ani nienawidzić". O miłości decydują strzały Kupidyna, geny, wszystko, tylko nie my sami. Jednak w przyjaźni, która jest wolna od podobnej konieczności, może nam się wydawać, że sami wybraliśmy się nawzajem. W rzeczywistości kilka lat różnicy wieku, kilka mil odległości między naszymi domami, wybór tej uczelni a nie innej, przypadek, który zadecydował, że przy pierwszym spotkaniu w rozmowie pojawił się taki a nie inny temat — gdyby nie te przypadkowe zdarzenia, być może nigdy nie stalibyśmy się przyjaciółmi. Jednak ściśle rzecz biorąc, dla chrześcijanina nie istnieją przypadki. Działał tu tajemny Mistrz Ceremonii. Chrystus, który swoim uczniom powiedział: „To nie wyście mnie wybrali, ale ja was wybrałem", mógłby powiedzieć każdej grupie przyjaciół-chrześcijan: „To nie wyście się wybrali, ale ja was wybrałem dla siebie nawzajem". Przyjaźń nie jest nagrodą za nasz dobry gust, który pozwolił nam się odszukać wśród innych. Przyjaźń to narzędzie, którym Bóg ukazuje każdemu z przyjaciół piękno pozostałych. Nie jest to piękno większe niż tysiąca dowolnych innych ludzi — jednak w przyjaźni Bóg otwiera nam na nie oczy. Jak każde piękno, pochodzi ono od Boga, a kiedy przyjaźń jest dobra, Bóg przez tę przyjaźń owo piękno potęguje, tak aby z niego uczynić narzędzie nie tylko swego objawienia, ale i tworzenia.

C. S. Lewis - Cztery miłości