Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lewis C.S.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lewis C.S.. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 stycznia 2026

Narnia

Ale biorąc rzecz w ogólności, posłuchajcie mojej rady i kiedy spotkacie kogoś, kto zamierza być człowiekiem, a jeszcze nim nie jest, albo kiedyś był człowiekiem, a już nim być przestał, albo też powinien być człowiekiem, a nim nie jest — to nie spuszczajcie go z oka i przypomnijcie sobie, gdzie macie siekierę.
***

-Ciiicho! Nie tak głośno. Po co straszyć dziewczyny? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co robimy?
-A co? — spytał Piotr, zniżając głos do szeptu.
-Idziemy za przewodnikiem, o którym nic nie wiemy. Skąd możemy wiedzieć, po czyjej stronie jest ten ptak? A może prowadzi nas w pułapkę?
-To wredny pomysł. To przecież drozd... We wszystkich opowieściach, jakie czytałem, drozdy są zawsze dobrymi ptakami. Jestem pewien, że drozd nie mógłby być po złej stronie.
-Jeżeli już o to chodzi, to która strona jest naprawdę dobra?
***

- Och! — zawołała Zuzanna. — Myślałam, że jest człowiekiem. Czy on... nie jest groźny? Obawiam się, że może mi się zrobić słabo, kiedy spotkam lwa.
-Nie ma wątpliwości, że ci się zrobi słabo, moja kochana — odezwała się pani Bobrowa. — Jeżeli jest ktoś, kto może stanąć przed Aslanem, nie trzęsąc się przy tym ze strachu, to albo jest najdzielniejszym z dzielnych, albo jest po prostu głupi.
-A więc on jest groźny? — zapytała Łucja.
-Groźny? — powtórzył pan Bóbr. — Nie słyszałaś, co powiedziała moja żona? Oczywiście, że jest groźny. Ale jest dobry. Powiedziałem wam, że on jest Królem.
***

-Piotrze, Synu Adama — powiedział Święty Mikołaj.
-Jestem, panie — odpowiedział Piotr.
- To są prezenty dla ciebie. I pamiętaj, że to nie są zabawki. Być może czas, w którym ich użyjesz, nie jest już tak daleki. Niech ci służą.
Mówiąc to, wręczył Piotrowi tarczę i miecz. Tarcza była koloru srebra, z wymalowanym na niej lwem stojącym na tylnych łapach, tak jaskrawoczerwonym jak poziomki, kiedy się je zrywa. Miecz miał złotą rękojeść; była też pochwa i pas, wszystko, co powinno być przy mieczu, a jego rozmiary i waga sprawiały wrażenie, jakby był zrobiony specjalnie dla Piotra. Przyjął te dary w milczeniu i z powagą, ponieważ czuł, że nie jest to zwykły prezent na Boże Narodzenie.
- Zuzanno, Córko Ewy — powiedział Święty Mikołaj — to dla ciebie.
I wręczył jej łuk z kołczanem pełnym strzał oraz mały róg z kości słoniowej.
- Możesz użyć tego łuku tylko w wielkiej potrzebie, bo nie masz brać udziału w bitwie. Ten łuk nie chybia. A kiedy zadmiesz w róg, zawsze, gdziekolwiek będziesz, zjawi się jakaś pomoc.
Wreszcie powiedział:
- Łucjo, Córko Ewy. — I Łucja podeszła do niego. Dał jej buteleczkę z czegoś, co wyglądało jak szkło (ale później opowiadano, że była z diamentu) oraz mały sztylet.
-W tej butelce — wyjaśnił — jest lek zrobiony z soku jednego z Ognistych Kwiatów, które rosną w Górach Słońca. Gdyby któreś z was było ranne, wystarczy kilka kropel z tej buteleczki, a rana zniknie. A ten sztylet jest do obrony własnej, i to tylko w największym niebezpieczeństwie. Ty również nie będziesz brała udziału w bitwie.
-Dlaczego, proszę pana? — zapytała Łucja. — Myślę... no, nie wiem... ale myślę, że byłabym dzielna.
-Nie w tym rzecz — odpowiedział. — Po prostu bitwy nie wyglądają zbyt ładnie, gdy biorą w nich udział kobiety.
***


C.S. Lewis - Opowieści z Narnii

sobota, 20 kwietnia 2024

Prawda, Dobro i Piękno

Tym, co ostatecznie przekonuje mnie, że Lewis mógł podzielać ujęcie, zgodnie z którym błąd niewiary jest czymś więcej niż intelektualną pomyłką, jest to, że Lewis wprost wykazał, iż jest świadomy, jak dokonywanie przez człowieka rozumowania mającego wykazać, że Bóg istnieje, może z łatwością wywołać iluzję, iż „wiara w Boga” lub „zawierzenie Bogu” jest po prostu kwestią intelektualnego uznania prawdziwości zdania głoszącego, że istnieje taki standard i taka osoba”. Taki rodzaj wiary [belief] lub niewiary [unbelief] jest niewystarczający dla wystąpienia wiary polegającej na relacji |faith]. Wiara, że Bóg istnieje, nie musi być tym samym co wiara w Boga. Wiara polegająca na relacji jest wiarą innego rodzaju (zob. Jk 2,19).

Nawiązując do tej ostatniej pomyłki, Kierkegaard, kryjący się pod pseudonimem Johannes Climacus, mówi, że „wiara jest pasją”. W tekście „Punkt widzenia dotyczący mojej działalności jako pisarza” Kierkegaard pisze: „w całej swej twórczości jako pisarz w szczególności zajmuję się zasadniczym problemem »stawania się chrześcijaninem [...] posługując się bezpośrednią i pośrednią metodą polemiczną, adresowaną przeciwko temu złudzeniu [...], że w takim kraju jak nasz wszyscy są jakiegoś rodzaju chrześcijanami””. Kierkegaard uważa, że jego zadaniem jako autora jest rozwianie iluzji, że wiara chrześcijańska nie różni się istotnie od innych rodzajów wiary; że jedyna różnica polega na tym, co jest przedmiotem tej wiary, że wiara w Boga nie różni się istotnie od wiary w kogokolwiek lub cokolwiek innego. W swoich tekstach stara się przedstawić to, na co zwracał uwagę Wittgenstein, że wiara w Boga — jeśli nie jest tym samym co przekonanie o istnieniu Boga — zasadniczo różni się od wiary w cokolwiek innego dokładnie z tego powodu, że jest wiarą w Boga.

Ale jak można rozwiać taką iluzję? Nie wystarczy tylko powiedzieć: „Spójrz, to jest iluzja. A naprawdę rzeczywistość wygląda tak...” Ta iluzja nie jest bowiem iluzją optyczną, ale intelektualną. Sama argumentacja jej nie rozwieje, ponieważ iluzja ta polega na myśleniu, że samo uznanie słuszności wniosku w argumentacji na rzecz istnienia Boga lub racjonalności wiary w Boga sprawia, iż ktoś staje się „jakiegoś rodzaju chrześcijaninem”. Ponieważ większość czytelników Kierkegaarda ulega tej iluzji, jego metoda dowodzenia musi mieć postać dowodu nie wprost, musi polegać bardziej na pokazywaniu niż mówieniu. Kierkegaard musi pokazać swoim czytelnikom, dokąd prowadzi ich sposób myślenia, ukazując postacie literackie (włącznie z ich pseudonimowymi autorami), którzy mówią i myślą to, co mogliby mówić i myśleć jego czytelnicy. Kierkegaard zaangażował się w to przedsięwzięcie z pasją Jana Chrzciciela lub starotestamentowego proroka. Iluzja ta dotyczy bowiem samej natury wiary oraz tego, co to znaczy „stać się chrześcijaninem” . Iluzję tę można wyrazić następująco: Ludzie myślą, że rozumieją chrześcijaństwo i z tego powodu żyją w iluzji, że są chrześcijanami. Iluzja ta czyni ich odpornymi na, powiedzmy, Jezusa Chrystusa. Wciąż słuchają i powtarzają, co Jezus powiedział, tak iż z czasem przez samo to powtarzanie wypowiedzi te stają się przeszkodą niepozwalającą usłyszeć Słowa. Iluzja taka jest wynikiem błędu, który łatwo popełnić — ale trudno go zauważyć — polegającego na pomieszaniu rozumienia jakiegoś twierdzenia (tezy, stwierdzenia albo teorii) z rozumieniem nakazu (zaproszenia, żądania albo prośby), szczególnie jeśli pochodzi on od kogoś wiarygodnego i kochającego. Kiedy ten drugi rodzaj rozumienia myli się z pierwszym, w życiu danej osoby nie dokonuje się żadna radykalna zmiana, nie ma przemiany. A „stawanie się chrześcijaninem”, mówi Kierkegaard, jest „jakościowym skokiem” od jednego sposobu życia — jednego „sposobu istnienia” — ku innemu. Wyznanie chrześcijańskie nie polega na wyznawaniu wiary w wieczną szczęśliwość, ale na przemianie swojego sposobu istnienia, by stało się wyznawaniem chrześcijaństwa.

Istota problemu polega właśnie na mieszaniu ze sobą tych znaczeń. Problemem jest nie samo wskazanie faktu tego pomieszania, ale znalezienie rozwiązania, jak pomóc w dokonaniu takiej przemiany, o jakiej pisze Johannes Climacus. Nie chodzi po prostu o sprawienie, by ludzie zrozumieli, co to znaczy stać się chrześcijaninem, ale by pomóc im rzeczywiście stać się chrześcijanami. Kierkegaard wiedział, że aby być pomocnym, nie może jedynie mówić, ale musi pokazać. Tylko bowiem przedstawiając różne możliwe sposoby życia (włącznie z każdym ze sposobów wyrażającym bycie chrześcijaninem), mógłby ukazać „patos” lub ten rodzaj cierpienia, jaki wiązałby się z każdym z tych sposobów. Dlatego Kierkegaard tak często posługuje się przypowieściami i dlatego wszyscy pseudonimowi autorzy kreowani przez niego przedstawiają pewien „sposób istnienia", mniej lub bardziej przypominający to, z czym mielibyśmy do czynienia w przypadku prawdziwego ucznia Chrystusa. W przypadku wizji takich sposobów Życia czujemy się zmuszeni do oceny swojego życia w relacji do Chrystusa.

***
Nawet ateistyczny filozof Bertrand Russell opisywał pewne powracające niesamowite doznanie w sposób, który przypomina niezaspokojone pragnienie. W szczególności wszystkie cztery punkty, na które Lewis zwraca uwagę, opisując niezaspokojone pragnienie, są wyrażone w opisie tego doznania przedstawionym przez Russella, czyli: (a) że jest to pragnienie lub tęsknota — trudno je opisać lub wyrazić; (b) że sama ta tęsknota jest czymś wartym pożądania; (c) że pragnienie to jest wywoływane przez różne przedmioty i doświadczenia i (d) że przedmiot tego pragnienia nie jest tożsamy z żadnym przedmiotem lub zdarzeniem, które wywołują takie pragnienia:
„Wszystko, co mówimy, to bezowocne wysiłki, aby powiedzieć coś jeszcze — coś, co zapewne z samej swej natury nie może być powiedziane. Wiem, że przez całe życie usiłuję powiedzieć coś, i nigdy się nie nauczę, jak to powiedzieć. I tak samo jest z tobą. Tak jest ze wszystkimi, którzy spędzają życie na poszukiwaniu czegoś nieuchwytnego, a jednak wszechobecnego, subtelnego i zarazem nieskończonego. Szuka się tego w muzyce, morzu i zachodach słońca; czasami wydawało mi się, że jestem bardzo blisko tego w tłumie ludzi, kiedy czułem silnie to, co oni odczuwali; przede wszystkim szuka się tego w miłości. Jeśli jednak wyobrazimy sobie, że znaleźliśmy to, pojawi się na pewno okrutna ironia i wykaże nam, że naprawdę tak nie jest”.

W innym liście Russell stwierdza:
„Ośrodkiem moim jest zawsze i wiecznie straszny ból — osobliwie dziki ból - poszukiwanie czegoś, co jest poza światem, czegoś przeistoczonego i nieskończonego — uszczęśliwiającej wizji — Boga — nie znajduję tego, myślę, że nie można tego znaleźć — ale to pragnienie jest moim życiem”.

Oczywiście Russell podważa doznanie pewnej tęsknoty jako mającej pokazywać, że nie istnieje żadna inna rzeczywistość. W przeciwieństwie do tej postawy Edgar Allan Poe wyrażał bardziej pozytywną ocenę tego niezaspokojonego pragnienia. Pisał, że ten rodzaj pragnienia jest podstawą poezji:
„Poezja bierze się z pragnienia dzikszego piękna niż to, jakie daje nam Ziemia; poezja jest niedoskonałą próbą, by zaspokoić to nieśmiertelne pragnienie poprzez nowe kombinacje pięknych form (kolokacje form) fizycznych lub duchowych; i to pragnienie, gdy nawet częściowo jest zaspokojone, to uczucie, gdy spotyka choćby tylko niedoskonałą odpowiedź, wywołuje emocje, w stosunku do których wszystkie inne ludzkie emocje jawią się jako mdłe i nieistotne. [...] jeśli odrzucamy to uczucie jako nieważne, jako niegodne wzniosłej duchowości (która ma swoje źródło w poczuciu Boskości), to o ile bardziej powinniśmy odrzucić wszystko inne?

Zatem podczas gdy Russell lekceważy to doznanie niezaspokojonego pragnienia jako niepomagające w żaden sposób zrozumieć kondycji człowieka, Poe (w tym entymemacie) odmawia odrzucenia go — jak wyraźnie widać w jego niewypowiedzianej przesłance, nie jest on bowiem chętny, by odrzucić całą resztę.

***
Przechodząc do zaprezentowania formalnej postaci argumentu Lewisa, trzeba odnieść się do dwóch spraw. Po pierwsze, co dokładnie głosi wniosek tego argumentu? Niektórzy sugerują, że argument z Pragnienia to argument na rzecz istnienia nieba (Peter Kreeft), nieśmiertelności (Kreeft i Stratford Caldedott), czegoś nieskończonego (Robert Hoyler) lub czegoś transcendentnego (Trent Dougherty). Tu jednak przedstawimy ten argument jako przede wszystkim prowadzący do wniosku o fałszywości naturalizmu (lub materializmu filozoficznego), a w drugiej kolejności jako argument na rzecz istnienia Boga.

***
Dla Lewisa piękno było czymś obiektywnym, jak logika lub moralność, a zespalały się one w jedność w samym sercu rzeczywistości. Kontakt człowieka z tą rzeczywistością jest, zdaniem Lewisa, konieczną pierwszą zasadą filozofii:

„Musimy zatem przyznać, że rzeczywistość ma strukturę logiczną; musimy, jeśli chcemy zachować jakiekolwiek standardy moralne, przyznać jej również wymiar moralny. Nie ma też żadnego powodu, byśmy nie mogli powiedzieć tego samego o standardach piękna. Nie ma powodu, by nasza reakcja na piękno krajobrazu nie była odpowiedzią, chociażby po ludzku niewyraźną i częściową, na coś, o już istnieje w rzeczywistości”.

Jeśli, jak przekonuje Lewis, nasze doświadczenie piękna jest percepcją prawdziwej rzeczywistości, to jest ono źródłem wiedzy, nawet jeśli nie zawsze potrafimy wyciągnąć lekcję z tego poznania. „Skoro nasza religia ma być obiektywna”, przekonuje Lewis, „to nie wolno nam odwracać oczu od tych elementów, które wydają nam się niezrozumiałe albo odpychające — bo właśnie to, co niezrozumiałe lub odpychające, zasłania owo coś, czego jeszcze nie wiemy, a trzeba, byśmy się dowiedzieli”.

Na początku widzimy, że prace Lewisa cechuje zaufanie do wartości podejmowania tematu piękna w rozważaniach filozoficznych. W „Brzemieniu chwały” Lewis przekonuje, że pragnienie piękna „to nie jakaś neurotyczna zachcianka”, ale podobnie jak nakazy moralności ma swoje źródło w Bogu (Lewis dokonuje paraleli ze swoim argumentem z księgi pierwszej „Chrześcijaństwa po prostu”). Lewis pisze, że możemy dążyć do piękna „z niezłomną pewnością, że w ten sposób albo realizujemy wizję, jaką Bóg ma wobec nas, albo pośrednio pomagamy w tym innym”. Potwierdzenie przez Lewisa obiektywności piękna stanowi, metodologicznie rzecz ujmując, wstępną odpowiedź na sceptycyzm Johna Hicka wobec odwołania do wyobrażeń estetycznych. Nawet jeśli nie potrafimy dokładnie określić, jak kwestia piękna wpisuje się w problematykę teodycei, to idąc tropem argumentacji Lewisa, możemy w tym miejscu uznać, że zdecydowanie warto podejmować się badań nad pięknem, by w ten sposób powiększyć swoją wiedzę o dobroci Boga. Ograniczanie teodycei przez jakiegoś filozofa jedynie do kwestii czysto moralnych może świadczyć o braku zaufania w istnienie silnych więzów łączących piękno i dobro.

Uważam także, że wizja teodycei, jaką miał Lewis, w udany sposób odpowiada na wyrażone wprost wątpliwości takich filozofów jak Hick poprzez pokazanie różnych sposobów splecenia ze sobą różnych wymiarów: moralnego i estetycznego, a także wymiaru osobowego, który przenika się z wymiarem kosmicznym. Moja teza, ujmując ją wprost, głosi, że Lewis korzysta z odwołania do piękna stworzonego świata, by w ten sposób wskazać na dobroć Boga. Choć brak miejsca nie pozwała na pełne oddanie głębi poglądów Lewisa, chcę zarysować dwa kluczowe obszary w teodycei (eschatologię oraz tworzenie duszy), dla których dokonane przez Lewisa odwołania do stworzonego piękna okazują się bardzo pomocne, i zakończyć wykazaniem, że Lewis w udany sposób korzysta w teodycei z „motywu estetycznego”, który jest silnie krytykowany przez Hicka.

***
Niemniej włączenie piękna do dyskursu teologicznego także wiąże się z pewnymi trudnościami. Piękno to pojęcie nieostre, a jednak przykuwa naszą uwagę z taką samą siłą, z jaką wymyka się naszemu opisowi. Hans Urs von Balthasar mówi o pięknie, że jest „ostatnią rzeczywistością, na którą może ważyć się myślący rozum, ponieważ jako niepojęty blask otacza ono podwójną gwiazdę prawdy i dobra”. Obraz tańca ponownie wskazuje na pociągający, a jednocześnie nieuchwytny charakter tego, co stanowi centrum estetyki. Cechy te odpowiadają prawdopodobnie za rozpowszechnioną obojętność akademickiej teologii względem estetyki. Trudno zatańczyć z pięknem — łatwo jest je spowalniać, nadepnąć mu na pięty i wybić z rytmu. Teologowie uprawiający teodyceę często posługują się intelektem pełnym wysublimowanych rozważań, gdy misternie opracowują swoje koncepcje. Nie mają też śmiałości, być może z powodu ostrzeżenia ze strony Balthasara, by zająć się kwestią piękna.

***
Według Tolkiena ludzka „mythopeia” (tworzenie mitów) ma wyjaśnienie teologiczne. Choć „wyobcowany” i „zhańbiony” człowiek zachowuje tę zdolność tworzenia mitów i podlega prawu, „zgodnie z którym go uczyniono”. W swoim eseju Tolkien to właśnie objaśnia, przekonując, że cała ludzka zdolność do tworzenia mitów i wszelkiej aktywności została zachowana, choć jest skażona (ale nie jest zniszczona) przez Upadek. Jak pisze: „tworzymy na swą własną miarę i na swój własny, wtórny sposób, ponieważ my także zostaliśmy stworzeni, i to na obraz, i podobieństwo naszego Stwórcy”.
Opowieść, jaką głosi chrześcijaństwo, nie jest, zdaniem Tolkiena, „wtórstworzeniem”, ale „jej artyzm nosi najbardziej przekonujące piętno pierwotnej sztuki — aktu Stworzenia”. Jest to dzieło Autora pierwotnego świata, który tę opowieść uczynił prawdziwą historią. Stąd:

„Ewangelia to przecież [...] wzniosła opowieść, która jest samą istotą baśni. Mówi o wielu cudach, osobliwie artystycznych, pięknych i poruszających: „mitycznych” w swej doskonałości i pełni. Pośród tych cudów znajdzie się i owa największa, najpełniejsza eucatastrophe”.
Eucatastrophe to w terminologii Tolkiena nagła zmiana na dobre. Przeciwieństwo tragedii.

C.S. Lewis jako filozof. Prawda, Dobro i Piękno - red. David J. Baggett, Gary R. Habermas, Jerry L. Walls

piątek, 19 marca 2021

Człowiek nowego rodzaju

Świat ludzi miłych, zadowolonych z siebie i nie dążących do niczego więcej, ludzi odwróconych od Boga — taki świat potrzebowałby zbawienia nie mniej rozpaczliwie od świata pełnego nieszczęść, a wręcz mógłby się okazać trudniejszy do zbawienia. Dzieje się tak dlatego, że zwykła poprawa to nie odkupienie, choć odkupienie zawsze poprawia ludzi, nawet na tym świecie, a ostatecznie udoskonali ich w stopniu dla nas niewyobrażalnym. Bóg stał się człowiekiem, aby przemienić stworzenia w synów — nie po to, aby ulepszać starych ludzi, ale by stworzyć człowieka nowego rodzaju. Nie chodzi o to, żeby nauczyć konia skakać wyżej niż dotąd, ale by go przemienić w istotę skrzydlatą. Taka skrzydlata istota będzie w stanie szybować nad przeszkodami, których nigdy nie zdołałaby przeskoczyć, i w ten sposób oczywiście przewyższy konia z całą jego skocznością. Jednak gdy skrzydła dopiero zaczynają rosnąć, będzie to niemożliwe — rosnące zaś wybrzuszenia na plecach (patrząc na nie, nikt by się nie domyślił, że mają z nich wyrosnąć skrzydła) mogą mu wręcz nadać wygląd niezgrabny. Ale być może zbyt długo zatrzymaliśmy się nad tą kwestią. Jeśli szukasz tylko argumentów przeciwko chrześcijaństwu (a dobrze pamiętam, jak gorliwie ich szukałem, kiedy ogarnął mnie lęk, że być może chrześcijaństwo jest prawdziwe), z łatwością znajdziesz jakiegoś tępego, pośledniego chrześcijanina i stwierdzisz: „Więc oto i ów sławetny nowy człowiek! No cóż, jeśli wolno, ja poproszę o starego. Ale kiedy zaczniesz dostrzegać, że chrześcijaństwo okazuje się z innych powodów prawdopodobne, w głębi serca poczujesz, że tylko robisz uniki. Co też właściwie możesz wiedzieć o duszy innego człowieka — o jego pokusach, możliwościach, zmaganiach? Znasz tylko jedną duszę z całego stworzenia — a jest to zarazem jedyna dusza, której los został złożony w twoich własnych rękach. Jeśli Bóg istnieje, w jakimś sensie jesteś sam w Jego obecności. Nie odsuniesz Go spekulacjami na temat sąsiadów zza płotu ani wspomnieniami odbytych lektur. Ileż będzie warta cała ta paplanina z drugiej ręki, kiedy rozproszy się owa znieczulająca mgła, którą nazywamy „naturą” albo „realnym światem”, a Obecność, w której zawsze pozostawałeś, stanie się namacalna, bezpośrednia i nieunikniona?

C.S. Lewis - Chrześcijaństwo po prostu

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Cud nie łamie praw natury

Popełniamy zatem błąd, jeśli definiujemy cud jako coś, co łamie prawa natury. Wcale tak nie jest. Jeśli wystukam popiół z fajki, zmienię pozycję olbrzymiej liczby atomów na dłuższą metę i na bardzo małą skalę wszystkich istniejących atomów. Jednak natura harmonijnie i bez wysiłku w mgnieniu oka asymiluje to zdarzenie ze wszystkimi innymi zdarzeniami Są to kolejne zdarzenia, gdzie mogą zadziałać prawa natury, i owe prawa zaczynają działać. Dorzuciłem po prostu jeszcze jedno zdarzenie do całej rzeki zdarzeń, a ono znajduje tam swoje miejsce i dostosowuje się do innych. Jeśli Bóg unicestwia, tworzy lub zmienia jakiś fragment materii, tworzy w tym momencie nową sytuację. Cała natura natychmiast obejmuje tę nową sytuację, przyjmuje ją i dostosowuje do niej wszystkie inne zdarzenia. Sytuacja zaś dostosowuje się do wszystkich praw. Jeśli Bóg tworzy cudowny plemnik w ciele dziewicy, to w konsekwencji nie niszczy żadnych praw! Natychmiast zaczynają one działać. Natura jest gotowa, następuje ciąża ze wszystkimi naturalnymi następstwami i dziewięć miesięcy później rodzi się dziecko. Codziennie możemy zaobserwować, że fizyczna natura doskonale sobie radzi z ciągłym dopływem zdarzeń natury biologicznej bądź psychologicznej. Poradzi sobie z nimi też wtedy, gdy będą pochodzić spoza natury jako takiej. Natychmiast podąży do miejsca inwazji i zaraz zajmie się „nowo przybyłym". A ten, gdy tylko znajdzie się w jej obrębie, dostosuje się do wszystkich jej praw. Można się będzie upić cudownym winem, cudowne poczęcie wywoła zwykłą ciążę, natchnione księgi będą żółknąć i niszczeć jak wszystkie inne, a cudowny chleb będzie podlegał trawieniu. Boska sztuka wywoływania cudów nie polega na zawieszaniu wzoru, do którego dostosowują się zdarzenia, ale na włączaniu weń nowych zdarzeń. Przyjmuje przybysza w dobrze sobie znany sposób. Jest bowiem doświadczoną gospodynią. Należy zdecydowanie podkreślić, że cud nie jest zdarzeniem bez przyczyn i skutków. Jego przyczynę stanowi działalność Boga, a skutki dostosowują się do praw natury. Następnie, zaraz po tym, jak nastąpi, splata się on z całą naturą, tak jak każde inne zdarzenie. Jego wyjątkowość polega na tym, że nie dzieje się tak, kiedy spojrzymy wstecz, gdyż wówczas nie daje się wpleść w całą wcześniejszą historię natury. I tego właśnie nie potrafią znieść niektórzy ludzie. Dzieje się tak dlatego, że zakładają, iż natura stanowi całą rzeczywistość. Są też pewni, że cała rzeczywistość musi być ze sobą powiązana i spójna. Zgadzam się z nimi. Obawiam się jednak, że robią błąd, traktując częściowy system w obrębie rzeczywistości, czyli naturę, tak jakby była całością. Jeśli tak, to cud i wcześniejsza historia natury mimo wszystko mogą być ze sobą powiązane, ale nie tak, jak spodziewają się tego naturaliści, tylko w mniej jednoznaczny sposób. Wielkie złożone zdarzenie nazywane naturą i nowe pojedyncze zdarzenie, które wprowadził do niej cud, są ze sobą powiązane, gdyż jedno i drugie pochodzi od Boga i bez wątpienia gdybyśmy dysponowali odpowiednią wiedzą, potrafilibyśmy docenić Boży zamysł i dzieło i wiedzielibyśmy, że natura, która miałaby inną historię, byłaby inna naturą i miałaby inne cuda, albo też byłaby ich całkowicie pozbawiona. W tym sensie cuda i wcześniejsza historia natury są ze sobą powiązane tak jak inne zdarzenia, tyle, że by zrozumieć to, co je łączy, musimy wrócić do ich Stwórcy. Nie znajdziemy tego w obrębie natury.

C. S. Lewis - Cuda

poniedziałek, 30 września 2019

Nowy Socjalistyczny Rząd Światowy

Ulegli niewolnicy dobroczynnego państwa1 (1958) 
Postęp oznacza zmierzanie w pożądanym kierunku, lecz to, czego każdy z nas pragnie dla rodzaju ludzkiego, często się od siebie różni. W rozdziale zatytułowanym „Możliwe światy”2 prof. Haldane przedstawił przyszłość, w której człowiek przewidziawszy, że Ziemia wkrótce nie będzie się nadawać do zamieszkania przygotował się do wędrówki na Wenus, drastycznie modyfikując swoją fizjologię oraz porzucając sprawiedliwość, litość i szczęście. Jego jedynym pragnieniem stało się przetrwanie. Mnie natomiast znaczniej bardziej obchodzi jakość ludzkiego życia niż jego długość. Postęp według mnie oznacza zmierzanie ku coraz większej dobroci i szczęściu w życiu poszczególnych jednostek. Sama długowieczność gatunku, podobnie jak i pojedynczych ludzi, wydaje mi się ideałem godnym pogardy. Posunę się więc jeszcze dalej niż C. P. Snow w odsuwaniu bomby wodorowej z centrum naszego zainteresowania na dalszy plan. Podobnie jak on, nie mam pewności, czy zagłada za jej sprawą jednej trzeciej ludzkości (tej części, do której również i ja należę) byłaby czymś złym dla tych, którzy przeżyją. Podobnie jak on, nie sądzę, byśmy wszyscy mieli zostać przez nią uśmierceni. Przypuśćmy jednak, że tak się stanie. Jako chrześcijanin z góry zakładam, że historia ludzkości pewnego dnia się zakończy. Nie próbuję jednak doradzać Wszechwiedzącemu, jaka byłaby ku temu najodpowiedniejsza data. Bardziej interesuje mnie to, jaki wpływ bomba wywiera na nas w obecnej chwili. 
Można spotkać młodych ludzi, którzy z powodu zagrożenia nią zatruwają sobie każdą przyjemność i unikają wszelkich obowiązków. Czyżby nie wiedzieli, że i tak wszyscy umierają, bądź to od bomby, bądź od czegoś innego (a wielu w sposób pożałowania godny)? Nic tu nie pomoże grymaszenie i dąsanie się. 
Nie zagłębiając się w temat, w moim mniemaniu poboczny, wracam do istoty zagadnienia. Czy ludzie stają się, lub są w stanie stać się lepsi i szczęśliwsi? Oczywiście, odpowiedzi na to pytanie można udzielić tylko i wyłącznie w formie przypuszczenia. Większość indywidualnych doświadczeń (a nie ma wszak żadnych innych) nigdy nie pojawia się w wiadomościach, a już na pewno nie w książkach historycznych. Człowiek nie potrafi w pełni pojąć nawet swoich własnych. Pozostają nam tylko ogólniki. Wszelako i wśród nich trudno jest zachować równowagę. Sir Charles wylicza wiele dowodów autentycznej poprawy. Musimy jednak przeciwstawić im Hiroszimę, oddziały Black and Tan3, gestapo, GPU, „pranie mózgów” i sowieckie łagry. Być może stajemy się bardziej życzliwi w stosunku do dzieci. Jednocześnie jednak gdzieś zapodziewa się nasza życzliwość wobec starców. Każdy lekarz powie nam, że nawet ludzie zamożni nie chcą się opiekować sędziwymi rodzicami. „Czy nie można umieścić ich w jakimś domu?” powiada Goneril4
Sądzę, że pożyteczniejszą rzeczą niż próba wprowadzenia równowagi będzie przypomnienie sobie, iż większość wspomnianych zjawisk, zarówno dobrych jak i złych, wynika z dwóch przyczyn. Obydwie prawdopodobnie zadecydują o tym, co będzie się z nami działo przez najbliższy czas. 
Pierwsza z nich to postęp i coraz intensywniejsze wdrażanie nauki. Jeśli chodzi o interesujące mnie cele, stanowi to dziedzinę neutralną. Będziemy w stanie leczyć, a z drugiej strony generować coraz więcej chorób (to wojna bakteriologiczna, a nie bomby, może przyczynić się do ostatecznej zagłady), przynosić coraz większą ulgę i zadawać coraz więcej cierpień, gospodarować coraz większą ilością zasobów lub je marnotrawić czy wręcz unicestwiać. Możemy stać się albo większymi dobroczyńcami, albo gorszymi szkodnikami. Domyślam się, że będziemy czynić zarówno pierwsze, jak i drugie naprawiać jedno, a psuć inne, likwidować state nieszczęścia, stwarzać zaś nowe, wystrzegać się jednej rzeczy, narażając się na inną. 

Drugą przyczyną jest zmiana stosunków między rządem a poddanymi. Sir Charles wzmiankuje o naszym nowym podejściu do przestępczości. Ja natomiast wspomnę o pociągach wypełnionych po brzegi Żydami, których zwożono do niemieckich komór gazowych. Sugestia, że istnieje tu wspólny element, wydaje się szokująca, lecz uważam ją za ściśle zgodną z prawdą. Według filozofii humanitaryzmu, wszelkie przestępstwa mają charakter patologiczny i wymagają nie kary, ale leczenia. Pogląd ten oddziela pomoc okazywaną przestępcy od koncepcji sprawiedliwości i zasłużonej kary, a sprawiedliwe leczenie jest wszak bez sensu. 
Zgodnie z dawnym podejściem, opinia publiczna mogła zaprotestować przeciwko zbyt rygorystycznemu wyrokowi (protestowała na przykład przeciwko naszemu staremu prawu karnemu), gdy wykraczał poza to, na co dany człowiek „zasłużył”. Kara stanowiła zagadnienie etyczne, na temat którego każdy mógł wyrazić swoją opinię. Terapeutyczne traktowanie przestępcy można oceniać jedynie na podstawie prawdopodobieństwa odniesionego sukcesu. Jest to zagadnienie techniczne, o którym mogą się wypowiadać tylko eksperci. W ten sposób przestępca przestaje być traktowany jako osoba mająca prawa i obowiązki, a staje się jedynie przedmiotem, nad którym może pracować społeczeństwo. Na tym właśnie w swojej istocie polegało traktowanie Żydów przez Hitlera. Byli oni przedmiotami zabijanymi nie dlatego, że zasłużyli na karę, lecz ponieważ według jego teorii stanowili chorobę społeczną. Skoro społeczeństwo może naprawiać, przerabiać i zmieniać ludzi według swojego widzimisię, to owo widzimisię może oczywiście być nie tylko humanitarne, lecz także mordercze. Powyższe rozróżnienie jest nadzwyczaj ważne. Tak czy inaczej, władcy stali się właścicielami. 
Zwróćmy uwagę, jak mogłoby funkcjonować „humanitarne” podejście do przestępczości. Skoro zbrodnie są chorobami, dlaczego choroby miałyby być traktowane inaczej niż zbrodnie? A kto potrafi zdefiniować chorobę, jeśli nie ekspert? Jedna ze szkół psychologii już uznaje moją religię za nerwicę. Jeśli owa nerwica stanie się kiedyś niewygodna dla władzy, czy coś mogłoby stanąć na przeszkodzie, aby poddać mnie przymusowemu „leczeniu”? Jak to czasami bywa, może ono być bolesne. Nic jednak nie pomoże pytanie: „A co ja zrobiłem, by na to zasłużyć?” Funkcjonariusz, który nas „naprostowuje”, odpowie: „Ależ panie kolego, nikt pana nie obwinia. My nie wierzymy już w sprawiedliwość opartą na zasłużonej karze. My poddajemy pana leczeniu”. 
Takie podejście jest niczym więcej, jak skrajnym zastosowaniem politycznej filozofii zadomowionej w większości współczesnych społeczeństw. Wkradła się ona do nas bez naszej wiedzy. Dwie wojny wymusiły ogromne ograniczenia wolności, a my, choć wśród narzekania, przyzwyczailiśmy się do naszych pęt. Coraz większa złożoność oraz ryzyko naszego życia ekonomicznego zmusiły rząd do tego, by przejąć władzę nad wieloma sferami działalności, które niegdyś zależały od dobrej woli lub przypadku. Nasi intelektualiści ulegli najpierw niewolniczej filozofii Hegla, potem Marksowi, a wreszcie lingwistycznym analitykom. 
W rezultacie obumarła klasyczna teoria polityczna wraz ze swoimi stoickimi, chrześcijańskimi i naukowo-prawniczymi podstawowymi koncepcjami (prawo naturalne, wartość jednostki, prawa człowieka). Współczesne państwo istnieje nie po to, żeby strzec naszych praw, lecz by świadczyć nam dobro, lub czynić nas dobrymi ludźmi tak czy owak, by robić coś dla nas lub zrobić coś z nas. Z tego powodu nowy przydomek „przywódca” został nadany tym, którzy niegdyś byli „władcami”. Staliśmy się bardziej ich podopiecznymi, uczniami lub zwierzętami domowymi. Nie zostało nam już nic, o czym moglibyśmy im powiedzieć: „To nie wasz interes”. Całe nasze życie bowiem jest ich interesem.
Używam słowa „oni”, ponieważ byłoby dziecinadą nie zdawać sobie sprawy z tego, że faktyczna władza ma, i zawsze musi mieć, charakter oligarchiczny. Nasi panowie muszą być liczniejsi niż jedna osoba oraz mniej liczni niż ogół. Oligarchowie jednak zaczynają na nas patrzeć w nowy sposób. 
Tu, jak sądzę, mamy do czynienia z prawdziwym dylematem. Prawdopodobnie nie potrafimy, i z pewnością nie będzie nam się chciało, wracać do naszego pierwotnego stanu. Jesteśmy niczym oswojone zwierzęta (czasem należące do dobrych, a czasem do okrutnych panów) i prawdopodobnie zginęlibyśmy z głodu, gdybyśmy wydostali się z naszej klatki. Na tym polega trudność naszego dylematu.Ile jednak cennych dla mnie wartości może przetrwać w coraz dokładniej zaprogramowanym społeczeństwie? Oto trudność druga. 
Wierzę, że człowiek jest szczęśliwszy, a jego szczęście staje się bogatsze, gdy posiada „umysł człowieka wolnego”. Wątpię jednak, czy może go posiąść bez ekonomicznej niezależności, którą nowe społeczeństwo chce obalić. Ekonomiczna niezależność bowiem pozwala na edukację nie kontrolowaną przez władze. W dorosłym życiu ten, kto niczego nie potrzebuje, nie chce nic od władzy, może krytykować jej posunięcia i okazywać lekceważenie jej ideologii. Czytajmy Montaigne'a: oto głos człowieka na swojej własnej zagrodzie oraz jedzącego baraninę i rzepę wyhodowaną na własnym polu. Kto jeszcze może tak powiedzieć, gdy państwo jest dla wszystkich dyrektorem i pracodawcą? Bez wątpienia, nim ludzie zostali ujarzmieni, taką wolnością cieszyło się tylko niewielu. Wiem o tym. Dlatego z przerażeniem podejrzewam, że nasz jedyny wybór to albo społeczeństwa z nielicznymi ludźmi wolnymi, albo społeczeństwa nie mające ich w ogóle. 
Nowa oligarchia, w swoim dążeniu do tego, by nas zaprogramować, musi coraz bardziej działać w oparciu o swoje roszczenia do wiedzy. Skoro mamy doznawać matczynej opieki, to matka powinna o wszystkim wiedzieć najlepiej. Oznacza to, że władza musi w coraz większym stopniu konsultować się z naukowcami, aż w końcu politycy w ścisłym tego słowa znaczeniu staną się marionetkami uczonych. Technokracja stanowi formę rządów, do której musi zmierzać zaprogramowane społeczeństwo. Panicznie boję się specjalistów u steru władzy, ponieważ zabierają głos w kwestiach wykraczających poza ich specjalność. Niech uczeni mówią nam o nauce. Władza natomiast obejmuje kwestie dotyczące dobra człowieka, sprawiedliwości oraz winna wyznaczać cele, do jakich warto zmierzać i jakim kosztem. Wykształcenie naukowe nie dodaje rangi opiniom wypowiadanym na takie tematy. Do lekarza należy zwrócenie mi uwagi, że jeśli nie uczynię tak a tak, umrę. Na pytanie jednak, czy warto żyć, może równie dobrze odpowiedzieć każdy inny człowiek. 

Po trzecie, nie podobają mi się aspiracje władzy, a więc powody, dla których wymaga ode mnie posłuszeństwa. Sięgają one bowiem zbyt daleko. Nie odpowiadają mi magiczne ambicje czarownika, ani boskie prawa Bourbonów. Nie tylko dlatego, że nie wierze w magię i w politykę Bossueta5. Wierzę w Boga, lecz nie znoszę teokracji. Każda władza bowiem składa się jedynie z ludzi, i gdy przyjrzymy się jej dokładnie, stanowi ona tylko środek zastępczy. Jeśli dodaje do swych nakazów słowa „tak mówi Pan”, kłamie, i to w sposób bardzo niebezpieczny. 
Z tych samych powodów drżę na wieść o władzy w imię nauki. W ten sposób dochodzą do głosu tyrani. W każdym wieku ludzie chętni do trzymania nas pod kontrolą, jeśli mają trochę rozsądku, wysuwają pewne tezy, które dzięki nadziejom i obawom epoki wydają się niezwykle przekonujące. Zbijają na nich swój kapitał. Raz była to magia, innym razem chrześcijaństwo. W obecnym czasie z pewnością będzie to nauka. Być może prawdziwi uczeni nie traktują zbyt poważnie „nauki” tyranów. Nie traktowali poważnie ani teorii rasistowskich Hitlera, ani biologii Stalina. Można im jednak nałożyć kaganiec. 
Musimy podkreślić ważność słów sir Charlesa, przypominających nam, że miliony ludzi na Wschodzie wciąż głodują. Dla nich moje obawy wydawałyby się czymś mało istotnym. Głodny człowiek myśli o jedzeniu, a nie o wolności. Musimy podkreślić również wagę twierdzenia, że nic prócz nauki, i to zastosowanej w sposób globalny, a więc wprowadzającej bezprecedensową kontrolę ze strony władzy, nie może napełnić żołądków i zapewnić medycznej pomocy całej ludzkiej rasie. Mówiąc krótko, nie może tego zapewnić nic prócz światowego państwa dobroczynnego. Przyznawanie pełnej racji tym prawdom mówi mi o skrajnym niebezpieczeństwie, na jakie narażona jest ludzkość w obecnym czasie. 
Z jednej strony doświadczamy rozpaczliwej potrzeby: głodu, choroby i strachu przed wojną. Z drugiej natomiast, wierzymy, że istnieje jakaś koncepcja, która mogłaby ją zaspokoić - wszechwładna globalna technokracja. Czyż nie stwarza ona idealnej możliwości powstania niewolnictwa? Właśnie tak pojawiało się ono w przeszłości: poprzez istnienie ogromnej potrzeby (prawdziwej lub pozornej) u jednej ze stron, oraz zdolności (prawdziwej lub pozornej), by ją zaspokoić u drugiej. W świecie starożytnym poszczególne jednostki sprzedawały się w niewolę, aby móc się wyżywić. Podobnie dzieje się ze społeczeństwem. Oto mamy znachora, który może wybawić nas od czarowników, wojownika od barbarzyńców oraz Kościół od piekła. Dajmy im to, czego żądają, i powierzmy się ślepo w ich ręce. Oby nas tylko wyratowali! Być może straszliwa transakcja odbędzie się raz jeszcze. Nie możemy winić ludzi za to, że się na nią godzą. Trudno byłoby im tego odmawiać. Z drugiej jednak strony, trudno byłoby znieść, gdyby tak uczynili. 
Zagadnienie postępu zmusza nas do zadania sobie pytania, czy potrafimy znaleźć jakikolwiek sposób, by podporządkować się światowemu systemowi paternalistycznej technokracji bez utraty całej osobistej prywatności i niezależności. Czy istnieje możliwość, by zdobyć cały miód oferowany przez dobroczynne superpaństwo, unikając jednocześnie jego żądła? 
Nie dajmy się na to nabrać. Szwedzki smutek to tylko przedsmak. Życie na swój własny sposób, nazywanie swego domu własnym zamkiem, radość z owoców swojej pracy, kształcenie własnych dzieci zgodnie z sumieniem, możność oszczędzania, by mogły żyć w pomyślności po śmierci rodziców - oto życzenia głęboko zakorzenione w białym i cywilizowanym człowieku. Ich spełnienie jest prawie tak samo niezbędne dla naszych cnót, jak i dla naszego szczęścia. Ich całkowite udaremnienie może spowodować katastrofalne skutki, zarówno moralne, jak i psychologiczne. 
Wszystkie te niebezpieczeństwa czyhają na nas nawet wtedy, gdy struktura społeczeństwa, na którą wskazują nasze potrzeby, okaże się bezprecedensowym sukcesem. Czy jednak jest on czymś pewnym? Jaką mamy gwarancję, że panujący nad nami ludzie dotrzymają, lub potrafią dotrzymać obietnicy, która pierwotnie zainspirowała nas, aby się im zaprzedać? Nie dajmy się oszukać przez sformułowania mówiące, iż „człowiek bierze los w swoje ręce”. Tak naprawdę może stać się tylko jedno: pewne osoby wezmą w swoje ręce los innych. Będą to tylko ludzie, z których każdy ma jakieś wady, a niektórzy będą odznaczać się chciwością, okrucieństwem i nieuczciwością. Im dokładniej zostaniemy zaprogramowani, tym bardziej staną się oni potężni. Czyżbyśmy odkryli jakiś nieznany powód, dlaczego tym razem władza nie miałaby doprowadzać ludzi do zepsucia, tak jak to czyniła w przeszłości? 

Przypisy: 
1  Od czasów rewolucji francuskiej do wybuchu I wojny światowej w roku 1914 powszechnie zakładano, że postęp ludzkości jest nie tylko możliwy, lecz nieunikniony. Dwie straszliwe wojny oraz wynalezienie bomby wodorowej spowodowało, że ludzie zaczęli poddawać w wątpliwość to ufne założenie. „The Observer” zaprosił pięciu znanych pisarzy, aby odpowiedzieli na następujące pytania: „Czy człowiek w dzisiejszych czasach się rozwija? Czy postęp jest nadal możliwy?”. Niniejszy artykuł, jako drugi z kolei, stanowi odpowiedź na pierwszy z nich, autorstwa C. P. Snowa pt. Człowiek w społeczeństwie, „The Observer”, lipiec 1958. 
2 Jest to jeden z esejów z książki J.B.S. Haldane’a pt. Possible Worlds and other Essays, Londyn 1927. Patrz też: „The Last Judgement” w tej samej książce. 
3  Odznaczające się okrucieństwem oddziały brytyjskie, wysłane do Irlandii w celu zdławienia rewolucji Sinn Fein w latach 1919-1921; przyp. tłum.
4 Z Króla Leara W. Szekspira. 
5 Jacques Bcnigne Bossuet, Politique tiree des propres paroles de l’Ecriture-Sainte, Paryż 1709.


   C.S. Lewis - Nieodparte racje

środa, 10 kwietnia 2019

Julia i Aslan

— Czy chce ci się pić? — zapytał Lew.
— UMIERAM z pragnienia —powiedziała Julia.
— A więc pij.
— Czy mogłabym... czy byłoby... czy mógłbyś odejść, kiedy będę pić? — wyjąkała Julia.
Lew  tylko  na nią popatrzył, a w jego gardle odezwało się coś, co mogło być początkiem straszliwego ryku. Patrząc na jego cielsko, Julia pojęła, że równie dobrze mogłaby prosić górę, aby się przesunęła.
Cudowny, pluszczący śpiew strumienia doprowadzał ją do szału.
— Czy przyrzekniesz, że nie... że nic mi nie zrobisz, jeśli się zbliżę?
— Ja nie przyrzekam — powiedział Lew. Julia była już tak spragniona, że zrobiła krok do przodu, nawet o tym nie wiedząc.
— Czy ty zjadasz dziewczynki?
— Połykałem już dziewczynki i chłopców, kobiety i mężczyzn, królów i cesarzy, miasta i państwa — powiedział Lew. Nie powiedział tego tak, jakby się chwalił albo jakby tego żałował, albo jakby był zły. Po prostu to powiedział.
— Nie mam odwagi, aby podejść i pić — odezwała się Julia.
— A więc umrzesz z pragnienia — rzekł Lew.
— Och, nie! — zawołała Julia, robiąc jeszcze jeden krok w jego stronę.
— Czy nie mogłabym pójść i poszukać sobie innego strumienia?
— Nie  ma  innego  strumienia — odpowiedział Lew.
C.S. Lewis - Opowieści z Narnii

poniedziałek, 29 maja 2017

Transpozycja

Opowiedzmy bajkę. Wyobraźmy sobie, że pewna kobieta zostaje wtrącona do lochu i tam rodzi oraz wychowuje syna. Chłopiec dorasta, widząc wokół siebie tylko mury lochu, słomę na podłodze i niewielki skrawek nieba za okratowanym okienkiem, umieszczonym zbyt wysoko, aby zobaczyć przez nie cokolwiek innego. Nieszczęsna kobieta jest plastyczką i w chwili aresztowania udaje jej się przemycić blok rysunkowy i pudełko kredek. Nie tracąc nadziei na uwolnienie, opowiada synowi o zewnętrznym świecie, którego nigdy nie oglądał. W dużej mierze pomaga sobie obrazkami. Rysuje mu pola, rzeki, góry, miasta, fale i plażę. On pilnie słucha i ze wszystkich sił stara się uwierzyć, że zewnętrzny świat jest o wiele ciekawszy i wspanialszy niż to, co widzi w lochu. Czasami mu się udaje. W zasadzie pojmuje wszystko stosunkowo dobrze, lecz pewnego dnia mówi coś, co zmusza matkę do zastanowienia. Przez minutę lub dwie nie mogą się dogadać. Aż w końcu dociera do niej, że przez wszystkie lata chłopak żył w błędzie. „Myślisz, że w realnym świecie są linie zakreślone kredką?”, pyta go. „A nie?" dziwi się chłopak. "Nie ma śladu kredek?”. Nagle koncepcja realnego świata zaczyna napawać go przerażeniem. Nie ma pojęcia, co zastępuje linie, które były tylko transpozycją kołyszących się drzew, światła migoczącego na wodzie, kolorowej, trójwymiarowej rzeczywistości, która nie jest zakreślona liniami, lecz w każdej chwili tworzy własne kształty, tak subtelne i różnorodne, że nie jest tego w stanie oddać żaden rysunek. Dochodzi do przekonania, że świat realny musi być w pewnym sensie mniej widzialny, mniej oczywisty niż matczyne rysunki. A przecież rzeczywistość nie ma linii obrysowujących, bo sama w sobie jest nieporównywalnie bardziej oczywista i widzialna. Z nami jest podobnie. „Jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy”, ale możemy mieć pewność, że będziemy czymś więcej a nie mniej niż na ziemi. Nasze naturalne przeżycia (zmysłowe, emocjonalne i te z wyobraźni) przypominają rysunki kreską na płaskim papierze i jeśli w życiu wyższym ich nie będzie, to tak jak nie ma linii kredek w naturalnym krajobrazie - ale nie znikną jak płomyk świecy, który został zdmuchnięty, lecz jak płomień, którego blask zniknął, bo ktoś rozsunął zasłony i wpuścił do wnętrza promienie wschodzącego słońca. 
Można do tego podejść od dowolnej strony. Można powiedzieć, że dzięki transpozycji nasze człowieczeństwo, nasze zmysły i inne rzeczy mogą być przekaźnikami piękna. Można też powiedzieć, że dzięki transpozycji niebiańskie piękno znalazło ucieleśnienie na tym świecie i w naszym doczesnym życiu. Ten drugi sposób wydaje się lepszy. Nasze obecne życie jest miniaturą, symbolem, uproszczeniem, czymś w rodzaju „Wegetariańskiego”, substytutu. Jeśli ciało i krew nie są w stanie przyjąć Królestwa, to nie dlatego, że są zbyt konkretne, zbyt oczywiste, zbyt wyraźne, zbyt „spełnione w swoim istnieniu”. One są zbyt nietrwałe, przemijalne i nierzeczywiste.

C.S. Lewis - Brzemię chwały

sobota, 20 grudnia 2014

Przyjaźń

Pycha jest naturalnym zagrożeniem związanym z przyjaźnią. Ponieważ przyjaźń jest najbardziej duchową z miłości, zagrażające jej niebezpieczeństwo jest również duchowej natury. Można wręcz powiedzieć, że przyjaźń jest uczuciem anielskim — jednak człowiek, który chciałby bezkarnie spożywać chleb anielski, musi w trójnasób uzbroić się w pokorę. Może teraz łatwiej nam będzie pokusić się o odpowiedź, dlaczego Pismo Święte tak rzadko używa przyjaźni jako obrazu najwyższej miłości. Otóż przyjaźń jest z natury zbyt duchowa, aby móc służyć za dobry przykład rzeczy duchowych. To, co najwyższe, nie zdoła ustać bez tego, co najniższe. Bóg może bezpiecznie przedstawiać się nam jako Ojciec albo Oblubieniec, bo chyba tylko szaleniec uznałby, że Bóg jest naszym ojcem w sensie fizycznym albo że związek Boga i Kościoła może mieć charakter inny niż mistyczny. Jeśli jednak posłużymy się jako Jego obrazem przyjaźnią, moglibyśmy pomylić symbol z rzeczą symbolizowaną. Wpisane w naturę przyjaźni niebezpieczeństwo wzmogłoby się jeszcze bardziej. Nie da się zaprzeczyć, że przyjaźń jest bliska życiu niebiańskiemu, jednak jest to bliskość w sensie podobieństwa. Gdyby ją traktować jako symbol Miłości Najwyższej, łatwo można by ją pomylić z bliskością w sensie stopnia przybliżenia do Boga. Przyjaźń zatem, tak jak każda miłość przyrodzona, nie jest zdolna zbawić samej siebie. Przeciwnie, ze względu na swój duchowy charakter przyjaźń staje w obliczu subtelniejszego wroga i tym bardziej musi się oddawać pod boską opiekę, o ile chce uniknąć zepsucia. Zauważmy, jak wąska jest prawdziwa droga przyjaźni. Z jednej strony nie wolno jej się przeradzać w towarzystwo wzajemnej adoracji, ale z drugiej strony trudno byłoby nazwać prawdziwą przyjaźnią uczucie, które nie byłoby pełne wzajemnego podziwu, to jest miłości płynącej z docenienia innych. O ile bowiem nie chcemy, aby nasze życie uległo strasznemu zubożeniu, z naszymi przyjaźniami musi być tak, jak się to zdarzyło z Chrześcijanką i jej towarzyszkami w siedemnastowiecznym poemacie Johna Bunyana pt. Wędrówka pielgrzyma: „Jedna na drugą patrzyła zdjęta grozę, bo żadna w sobie samej dostrzec nie mogła owej chwały, którą w pozostałych widziała. Teraz zatem każda traktowała inne z szacunkiem większym niźli siebie samą. Tyś jest piękniejsza ode mnie, rzekła jedna; nie, tyś nadobniejsza, odrzekła jej druga.” Na dłuższą metę jest tylko jeden sposób, aby móc bez ryzyka zakosztować tego wspaniałego doświadczenia. Bunyan wspomina o nim w tym samym fragmencie: otóż kobiety mogą zobaczyć się nawzajem w nowym świetle dopiero wtedy, kiedy w domu Tłumacza zostaną wykąpane, opatrzone symboliczną pieczęcią i otrzymają białą szatę. Aby nie popadać w pychę, musimy stale pamiętać o tym darze kąpieli, pieczęci i białej szaty. Im wznioślejsze jest podłoże, na którym wyrosła nasza przyjaźń, tym bardziej trzeba o tym pamiętać. Zwłaszcza w przyjaźni wyrastającej na gruncie religijnym zapominać o tym byłoby rzeczą zabójczą. Jeśli bowiem zapomnimy o tym darze, może nam się wydać, że to my — nasza czwórka czy piątka — wybraliśmy się nawzajem; że dostrzegamy piękno pozostałych dzięki własnej szlachetności; że to przyrodzone siły wyniosły nas ponad resztę ludzkości. inne rodzaje miłości nie są podatne na tego rodzaju złudzenie. Przywiązanie rzecz jasna wymaga pokrewieństwa lub przynajmniej bliskości, która nigdy nie opiera się na wolnym wyborze. Jeśli chodzi o miłość erotyczną, co drugi poemat miłosny i co druga piosenka na świecie powie, że twoja miłość była nieuchronna i zapisana w gwiazdach, że masz nad nią taką samą kontrolę jak nad gromem uderzającym z jasnego nieba, bo „nie w naszych silach jest kochać ani nienawidzić". O miłości decydują strzały Kupidyna, geny, wszystko, tylko nie my sami. Jednak w przyjaźni, która jest wolna od podobnej konieczności, może nam się wydawać, że sami wybraliśmy się nawzajem. W rzeczywistości kilka lat różnicy wieku, kilka mil odległości między naszymi domami, wybór tej uczelni a nie innej, przypadek, który zadecydował, że przy pierwszym spotkaniu w rozmowie pojawił się taki a nie inny temat — gdyby nie te przypadkowe zdarzenia, być może nigdy nie stalibyśmy się przyjaciółmi. Jednak ściśle rzecz biorąc, dla chrześcijanina nie istnieją przypadki. Działał tu tajemny Mistrz Ceremonii. Chrystus, który swoim uczniom powiedział: „To nie wyście mnie wybrali, ale ja was wybrałem", mógłby powiedzieć każdej grupie przyjaciół-chrześcijan: „To nie wyście się wybrali, ale ja was wybrałem dla siebie nawzajem". Przyjaźń nie jest nagrodą za nasz dobry gust, który pozwolił nam się odszukać wśród innych. Przyjaźń to narzędzie, którym Bóg ukazuje każdemu z przyjaciół piękno pozostałych. Nie jest to piękno większe niż tysiąca dowolnych innych ludzi — jednak w przyjaźni Bóg otwiera nam na nie oczy. Jak każde piękno, pochodzi ono od Boga, a kiedy przyjaźń jest dobra, Bóg przez tę przyjaźń owo piękno potęguje, tak aby z niego uczynić narzędzie nie tylko swego objawienia, ale i tworzenia.

C. S. Lewis - Cztery miłości

niedziela, 22 kwietnia 2012

Sto procent z nas umrze

Trzeci wróg to strach. Wojna stwarza zagrożenie śmiercią i cierpieniem. Żaden człowiek - zwłaszcza chrześcijanin pamiętający o Ogrójcu - nie musi starać się o stoicką obojętność wobec tych rzeczy, możemy jednak wystrzegać się złudzeń powstających w naszej wyobraźni. Myślimy o realnej śmierci na ulicach Warszawy i zestawiamy ją z abstrakcją zwaną życiem. Ale dla żadnego z nas nie jest to kwestia śmierci albo życia, tylko śmierci takiej lub innej - od kuli karabinu maszynowego, czy czterdzieści lat później na raka. Jaki wpływ ma wojna na śmierć? Z pewnością nie czyni śmierci powszechniejszą. Sto procent z nas umrze i tego wyniku nie da się podwyższyć. Wojna sprawia jedynie, że w paru przypadkach śmierć następuje szybciej, ale nie przypuszczam, żeby to wywoływało nasz strach. Z pewnością gdy nadejdzie ta chwila, niewielkie znaczenie będzie miało ile lat mamy za sobą. Czy wojna zwiększa prawdopodobieństwo, że umrzemy w cierpieniach? Wątpię. Z moich obserwacji wynika, że śmierć, którą nazywamy normalną, zwykle poprzedza cierpienie, a pole bitwy to jedno z nielicznych miejsc, w których możemy liczyć na szybką śmierć bez bólu. Czy wojna pomniejsza nasze szanse na śmierć w pojednaniu z Bogiem? Nie sądzę. Jeśli czynna służba nie jest w stanie skłonić człowieka do przygotowania się na śmierć, to jaki splot okoliczności mógłby to uczynić? Jednakże wojna ma pewien wpływ na śmierć. Zmusza nas, aby o niej pamiętać. Nowotwór po sześćdziesiątce, albo paraliż po siedemdziesiątce nie przerażają nas tylko dlatego, że nie pamiętamy o nich. Wojna sprawia, że śmierć staje się dla nas czymś realnym, co przez większość wspaniałych chrześcijan z dawnych czasów uznane byłoby za błogosławieństwo, ponieważ uważali oni, że dobrze jest być stale świadomym swojej śmiertelności. Jestem skłonny przyznać im rację.
Cała zmysłowa strona naszego życia, wszystkie plany osiągnięcia szczęścia na tym świecie zawsze skazane są na doprowadzenie nas do frustracji. W zwyczajnych czasach zdają sobie sprawę z tego tylko ludzie mądrzy. Obecnie wiedzą o tym nawet najgłupsi. Wyraźnie dostrzegamy, na jakim świecie żyjemy, i musimy się z tym pogodzić. Jeśli mieliśmy niemądre, niechrześcijańskie nadzieje wobec ludzkiej kultury, to w tym momencie legły one w gruzach. Jeżeli sądziliśmy, że budujemy raj na ziemi i szukali czegoś, co doczesny świat zamieniłoby z miejsca pielgrzymki w satysfakcjonujące człowieczą duszę miasto stałego zamieszkania - w tym momencie musimy stracić złudzenia, i nie jest to ani o chwilę za wcześnie. Skoro jednak myśleliśmy, że dla niektórych dusz w pewnych czasach życie polegające na zdobywaniu wiedzy, pokornie poświęcone Bogu, stanowi - na swój skromny sposób - jedną z metod zbliżenia się do Boskiej rzeczywistości i Boskiego piękna, którymi mamy nadzieję cieszyć się w przyszłym życiu, to nadal możemy tak myśleć.


C.S. Lewis - Brzemię chwały

piątek, 20 stycznia 2012

Radość!

A co z radością? Bo przecież o niej przede wszystkim opowiada ta historia. Muszę wyznać, że temat ten prawie zupełnie przestał mnie interesować, odkąd zostałem chrześcijaninem. Nie mogę co prawda uskarżać się jak Wordsworth, że opuścił mnie przebłysk wizji. Jak sądzę (jeśli w ogóle warto o tym wspominać), od czasu mojego nawrócenia doświadczałem dawnego ukłucia Radości i jej słodko-gorzkiego smaku tak samo często i tak samo wyraźnie jak we wcześniejszych okresach mojego życia. Teraz wiem, że doświadczenie to, jako stan mojego umysłu, nie miało nigdy znaczenia, które mu kiedyś przypisywałem. Było ważne tylko o tyle, o ile wskazywało drogę ku czemuś innemu, na zewnątrz mnie. Dopóki wątpiłem o samym celu, ten znak wydawał mi się ze zrozumiałych powodów czymś wielkim. Kiedy zgubimy się w lesie, znalezienie drogowskazu jest dla nas wielkim wydarzeniem. Ten, kto zobaczył go pierwszy, woła innych, a oni gromadzą się wokół niego i przyglądają tabliczce. Ale kiedy odnaleźliśmy drogę i podążając nią, co jakiś czas mijamy drogowskazy, nie zatrzymujemy się, by na nie popatrzeć. Dodają nam otuchy i jesteśmy wdzięczni władzom, które kazały je ustawić. Nie zatrzymujemy się jednak i nie podziwiamy ich. Nie znaczy to oczywiście, że nie zdarza mi się czasem zatrzymywać w drodze i przyglądać rzeczom jeszcze mniej ważnym niż drogowskazy.

C.S. Lewis - Zaskoczony radością /autobiografia/

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Pies

Trzeba przyznać, że przypuszczenia co do tego, dlaczego Bóg robi to, co robi, najprawdopodobniej są niewiele więcej warte niż domysły mojego psa, który może się zastanawiać, co robię kiedy siedzę i czytam.

C.S. Lewis - Rozważania o psalmach