Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katolicyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katolicyzm. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 kwietnia 2023

Świadectwo nawróconego księdza

Miliony, może nawet większość katolików to katolicy z nazwy, z wychowania, siłą bezwładu. Nasza rodzina była katolicka z przekonania. Dobrze rozumieliśmy i pilnie wcielaliśmy w życie naukę kościoła, widząc w nim „jedyny prawdziwy kościół” założony przez Jezusa Chrystusa. Bez wahania uznawaliśmy wszystko, czego uczyli księża. Wówczas, jeszcze przed II soborem watykańskim, powszechnie wierzono, że „poza kościołem rzymskokatolickim nie ma zbawienia”. Dawało nam to poczucie bezpieczeństwa, słuszności naszego stanowiska. Było nam dobrze w ramionach „Świętej Matki Kościoła”.
Kiedy zmarł ojciec (nie miałem jeszcze 10 lat), matka zaczęła co dzień uczęszczać na mszę i przez ponad 24 lata nie opuściła ani jednej. Co wieczór cała rodzina wytrwale odmawiała różaniec; zachęcano nas też do częstego nawiedzania „przenajświętszego sakramentu”. Katolickie wychowanie nie kończyło się na domu, szkoły bowiem, do których uczęszczaliśmy, też były katolickie. Ksiądz prałat Hubert Cartwright i inni księża z naszej parafii — katedry Św. Piotra i Pawła w Filadelfii — mawiali, że nasza rodzina jest bardziej katolicka niż sam Rzym.

Nic dziwnego, że jako nastolatek poczułem powołanie kapłańskie. Miast jednak zostać księdzem diecezjalnym i służyć Bogu w parafiach, postanowiłem ubiegać się o przyjęcie do Karmelitów Bosych, starego zakonu monastycznego o jednej z surowszych reguł. Od pierwszego dnia w Holy Hill (Wisconsin) pokochałem życie religijne, i miłość ta motywowała mnie do przedzierania się przez zakamarki łaciny i innych przedmiotów, których nauka szła mi z trudem. Bezprzykładne oddanie ze strony księży wykładowców uświadamiało mi, iż warto ponieść każdą ofiarę, aby dostąpić święceń kapłańskich.
Podczas czterech lat nauki w niższym seminarium duchownym, dwu lat nowicjatu, trzech lat studiowania filozofii i czterech lat studiów teologicznych (te ostatnie już po święceniach) otrzymałem bardzo gruntowne przygotowanie. Wytrwale stosowałem rozmaite umartwienia, nigdy też nie wątpiłem w swe powołanie ani w nic, czego mnie uczono. Złożyłem śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, wyrażając wolę oddania całego życia Bogu. Głosem Boga był dla mnie głos kościoła.

Inny Chrystus

Święcenia kapłańskie przyjąłem w waszyngtońskim Sanktuarium Niepokalanego Poczęcia Maryi, siódmym co do wielkości kościele Świata. Kiedy „Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup” John M. McNamara kładł dłonie na mojej głowie cytując słowa Psalmu 110,4: „Tyś kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka”, ledwo doszedłem do siebie, świadomy, że odtąd jestem pośrednikiem między Bogiem a ludźmi. Namaszczenie i związanie mych rąk stułą znaczyło, że zostają one namaszczone, by zmieniać chleb i wino w prawdziwe (dosłownie) ciało i krew Jezusa, aby we mszy nieustannie powtarzać ofiarę Golgoty i być szafarzem zbawiennej łaski w pozostałych sakramentach katolickich, jak chrzest, spowiedź, bierzmowanie, małżeństwo i namaszczenie chorych. W chwili święceń ksiądz katolicki ma otrzymać niezatarte znamię, pozwalające mu pełnić obowiązki kapłańskie „na wzór Chrystusa” (adter Ghristus), jako ktoś będący „w osobie Chrystusa” (in persona Christi). Przekonanie to było tak silne i powszechne, że zaraz po święceniach podchodzono do nas i całowano świeżo namaszczone dłonie.
Po ostatnim roku teologii, ostatecznie przygotowującym do głoszenia kazań i wysłuchiwania spowiedzi (oraz udzielania rozgrzeszenia), spełniło się moje długoletnie marzenie: aby zostać misjonarzem na Filipinach.

Misje i powiew wolności

Zamiana uporządkowanego klasztornego życia na prostotę i wolność życia
misjonarskiego była wyzwaniem, na które nie byłem gotowy. Bardzo lubiłem podróże do niektórych spośród osiemdziesięciu paru prymitywnych barrios, osiedli stanowiących moją parafię, z zapałem prowadziłem też lekcje religii w liceum karmelickim w miasteczku. Dotąd moje życie toczyło się niemal wyłącznie wśród mężczyzn; teraz z zaciekawieniem przyglądałem się, jak roześmiane dziewczęta flirtują z chłopcami. Niebawem spostrzegłem, że moja uwaga skupia się na jednej z pilniejszych uczennic. Młoda, bardzo ładna dama wydawała się dojrzalsza od innych, zapewne z powodu obowiązków, jakie musiała przejąć po zmarłej matce. Chętnie, acz nieśmiało, wdawała się w rozmowy ze mną po lekcjach religii. Było to zupełnie nieznane mi przeżycie, i rychło doszedłem do wniosku, że nowo odkryte przeze mnie uczucie to miłość.
Nic dziwnego, że biskup — choć rezydował wiele kilometrów ode mnie — wkrótce się o tym dowiedział i co prędzej odesłał mnie do Stanów. Bolesność kary była trudna do zniesienia dla nas obojga — ale życie, jak to ono potoczyło się dalej.
Po przeżyciach i posmakowaniu wolności na Filipinach nie chciałem już wracać do życia klasztornego. Ojciec prowincjał pozwolił mi pracować w parafii Karmelitów Bosych w Arizonie, i praca ta sprawiała mi przyjemność. Rzym jednak dał mi dyspensę na opuszczenie zakonu i posługę księdza diecezjalnego w wielkiej parafii w San Diego (Kalifornia). Zadanie nie okazało się tak atrakcyjne; toteż poprosiłem o pozwolenie na posługę kapelana w Marynarce Stanów Zjednoczonych. Dano mi je. W nowym miejscu nowe perspektywy, porządek i podróże stały się dla mnie ucieczką od coraz jałowszego, zrytualizowanego i zsakramentalizowanego życia w parafii.

Moja religijność ubogaciła się dzięki kontaktom z kapelanami protestanckimi. Po raz pierwszy poruszałem się po obszarze kultury niekatolickiej W ekumenicznej atmosferze moja postawa niepostrzeżenie neutralizowała się. A gdy II sobór watykański otworzył okna rygorystycznej tradycji i wpuścił nieco świeższego powietrza, wziąłem głęboki, orzeźwiający oddech. Nastał czas zmian. Niektórzy liczyli na ich radykalność, inni woleli nieznaczną tylko modernizację.

Rzym traci blask

Zadaniem wielu wiara katolicka nie dawała odpowiedzi na najpowszedniejsze problemy współczesności. Wielu nękała samotność, niezrozumienie. Zwłaszcza księży. Kapłaństwo traciło blask. Wykształcenie księdza niekoniecznie już uważano za lepsze niż wykształcenie zwykłego parafianina; nie był tez już ksiądz ceniony wyżej niż większość wiernych. Księża dużo częściej, niż byli skłonni się do tego przyznać, przeżywali kryzys tożsamości. Działo się to nawet w środowisku kapelanów.
Przeżyłem kolosalny wstrząs na wieść, że niektórzy katoliccy kapelani spotykają się z dziewczętami. Z ciekawością przysłuchiwałem się swobodnym dyskusjom o nieżyciowości obowiązku celibatu. Wkrótce zdobyłem się na odwagę, by podważyć zdanie władz mojego kościoła, obstających przy tradycji będącej wśród księży przyczyną wielu rozterek moralnych. Po raz pierwszy zwątpiłem w autorytet mojej religii, i to nie powodowany intelektualną pychą, ale z głębi sumienia, szczerze.
W ramach przygotowań do kapłaństwa zapoznano nas dokładnie ze starą tradycją rzymską nakazującą kapłanowi celibat. Wiedzieliśmy, że nieliczni księża, którzy dostali od Watykanu pozwolenie na małżeństwo, nie mogli nadal pełnić posługi. Ale czasy się zmieniały. Kwestie, o których dotąd milczano, były dziś podnoszone na II soborze watykańskim. Zdaniem wielu żonaci księża posiadaliby — jak protestanccy pastorzy — większą wrażliwość i zrozumienie spraw małżeńskich i rodzinnych. Dyskusje na te tematy były nieuniknione, ilekroć zebrała się razem grupka księży; toczyły się też w moim mieszkaniu poza terenem bazy, które zajmowałem wraz z mamą.

Mama nie stroniła od tych rozmów. Posiadała dużą wiedzę, była inteligentna; ceniłem sobie jej zdanie. Pamiętam jej zdumienie na wieść, że w szkołach katolickich naucza się teorii ewolucji i że Rzym nawiązał dialog z komunistami. Od dawna dręczył ją rozdźwięk między zasadami wyłożonymi w Piśmie świętym a brakiem zasad przejawianym przez wielu przywódców naszego kościoła. Dawno temu prałat Cartwright pocieszał mamę przypomnieniem, że choć kościół ma wiele problemów, to Jezus obiecał, że „bramy piekielne nie przemogą go”. Mama zawsze traktowała Biblię z wielką atencją. Choć czytywała ją regularnie od lat, to w tym czasie poświęciła się jej ze szczególnym zapałem. I gdy wśród mych kolegów obserwowałem tendencję ku liberalizmowi religijnemu, mama zaczęła podążać w całkiem odwrotną stronę. Było to dla mnie niepojęte. Gdy inni wyrażali nadzieję na liberalizację i poluźnienie tradycyjnych zasad i rytuałów, mama nie kryła pragnienia, aby kościół kładł większy nacisk na Biblię, na sprawy duchowe i na Jezusa, na osobistą z Nim więź.

Rzym traci wiarygodność


Z początku nie rozumiałem, co się dzieje, ale później zacząłem dostrzegać w mamie cudowną zmianę. To pod jej wpływem dojrzałem w Biblii drogowskaz wiary. Nieraz rozmawialiśmy o różnych rzeczach: prymat Piotrowy, nieomylność papieża, kapłaństwo, chrzest niemowląt, spowiedź, msza, czyściec, niepokalane poczęcie Marii i jej wniebowzięcie. Z czasem zauważyłem, że o naukach tych nie tylko nie ma mowy w Biblii, ale są one sprzeczne z jej jasnym poselstwem. W końcu pękła bariera powstrzymująca mnie przed posiadaniem swoich przekonań. Nie miałem już wątpliwości co do poglądów zgodnych z Pismem — lecz jak wpłynie to na moje kapłaństwo?
Szczerze wierzyłem, że Bóg powołał mnie do swojej służby — ale stałem wobec dylematu sumienia. Co miałem począć? Owszem, byli księża, którzy nie wierzyli w każdy dogmat Rzymu. Owszem, byli księża cichcem zawierający małżeństwa, posiadający dzieci. Owszem, mogłem pozostać katolickim kapelanem i nadal pełnić posługę bez głośnego wyrażania przekonań. Mogłem dalej otrzymywać wynagrodzenie i cieszyć się przywilejami przynależnymi mej randze wojskowej. Mogłem dalej otrzymywać zasiłek i inne świadczenia dla matki. Było wiele racji, dla których powinienem był zostać, zarówno zawodowych jak i materialnych — ale byłoby to obłudne i nieetyczne. Od młodości starałem się postępować uczciwie; tak też postanowiłem uczynić i teraz.

Zerwanie z katolicyzmem


Choć biskup dał mi pozwolenie na dwadzieścia lat pracy w wojsku, zrezygnowałem po zaledwie czterech. Bez rozgłosu przenieśliśmy się z mamą w sąsiedztwo mojego brata Paula i jego żony, w okolice Zatoki San Francisco. Na krótko przed przeprowadzką mama zerwała na dobre więzy z katolicyzmem i ochrzciła się u Adwentystów Dnia Siódmego. Wiedziałem, że studiuje Biblię wraz z jednym z pracowników tego kościoła, o chrzcie powiedziała mi jednak dopiero wtedy, gdy postanowiłem porzucić kapłaństwo.
Decyzja o rezygnacji z kapłaństwa okazała się trudna. Twierdzenie Rzymu, że nie istnieją obiektywne powody, aby opuścić „jedyny prawdziwy Kościół”, dało mi oczywiście wiele do myślenia. Dla tradycjonalnych katolików jestem „Judaszem”, „potępionym, wyklętym, od którego należy trzymać się z dala”. Owszem, opuszczenie bezpiecznej owczarni rzymskokatolickiej wiązało się z licznymi przeszkodami, przekonałem się jednak, iż Jezus nigdy nie zawodzi.

Autorytet Biblii

Strząsnąwszy z sandałów rzymski proch, stanąłem przed doniosłą kwestią: Gdzie więc szukać autorytetu? Metodą eliminacji doszedłem do wniosku, iż jedynym trwałym autorytetem jest Biblia. Wiele systemów- w tym i katolicki — próbowało już podważać jej wystarczalność, skuteczność, doskonałość, a nawet to, iż powstała nie z woli człowieka, że spisywali ją mężowie Boży z natchnienia Ducha świętego. „Nie z woli bowiem ludzkiej zostało kiedyś przyniesione proroctwo, ale kierowani Duchem świętym mówili <od Boga> święci ludzie” (2P 1,21BT). Cóż za szczęśliwy byłby to dzień, gdyby wszyscy, którzy wzywają imienia Jezusa Chrystusa, pojęli, że Biblia to jedyne niezmienne źródło autorytetu. Jest to autorytet ostateczny z racji swej pełnej identyfikacji z niezmiennym Autorem. Bóg wyraził się jasno. Tragedią jest więc, że katolicyzm, a także większość tradycjonalnego protestantyzmu oraz wiele grup zielonoświątkowych i innych odrzuca wystarczalność Biblii; wolą ufać niepewnej tradycji, wizjom, objawieniom, „proroctwom”. Tymczasem nie tylko nie można dowieść, iż źródła te są „od Boga”, ale wiele z nich wręcz przeczy nauce Biblii.
Przyczyną, dla której wielu uważa Biblię za źródło niepełne, jest fakt, iż nie przestudiowali jej dość starannie. Notatki z 13 lat nauki w zakonie Karmelitów Bosych pokazują, iż przebyłem jedynie 12 godzin kursu biblijnego. Już to dowodzi, iż nie Pismo święte jest podstawą nauczania kościoła rzymskiego.

Przedwczesna decyzja


Opuszczając kościół rzymskokatolicki pragnąłem studiować Biblię. Byłem człowiekiem „kościelnolubnym” i nie miałem oporów, aby przystać do innej denominacji. Po przyjrzeniu się kilku wspólnotom protestanckim ze smutkiem spostrzegłem, iż w swej ekumenicznej naiwności stawiają współpracę z Rzymem ponad biblijną prawdę. Zetknięcie z mnóstwem najróżniejszych kościołów to dla byłego katolika, poszukującego prawdy, przeżycie nieraz załamujące, a nawet niebezpieczne.
Ale spotkanie z adwentystami — przyjaciółmi mamy — okazało się przemiłym doświadczeniem. Byli to ludzie zapaleni w wierze, a ich umiłowanie Pisma współbrzmiało z moim pragnieniem, aby oddać się jego studiowaniu. To zadecydowało o nieco pochopnej decyzji przyłączenia się do Adwentystów Dnia Siódmego. Pastor, który mnie chrzcił, postarał się, aby Rada Południowej Kalifornii tego kościoła posłała mnie na rok do seminarium — na Uniwersytet Andrews.
Szykując się do wyjazdu, poznałem Ruth. Już od około roku modliłem się o żonę, żywiąc nadzieję, że ją znajdę. I od pierwszej chwili, gdy Ruth zjawiła się w naszym kościele, wiedziałem, że to właśnie będzie moja towarzyszka. Pobraliśmy się na krótko przed wyjazdem do seminarium.

Narodzony z Ducha

Ruth też zapisała się do adwentystów i jak wszyscy znajomi uważała, że skoro chcę iść od seminarium, to jestem chrześcijaninem. Ale raz, uświadomiwszy sobie, że nigdy nie wspominałem o swym nowym narodzeniu, zapytała: „Bart, a kiedy ty zostałeś chrześcijaninem?”. Odpowiedź wprawiła ją w osłupienie: „Ja się urodziłem jako chrześcijanin!” W rozmowach, jakie potem prowadziliśmy, usiłowała wyjaśnić, że każdy rodzi się grzesznikiem i że w pewnym punkcie życia musi dostrzec, iż potrzebny mu Zbawiciel. Że musi duchowo narodzić się na nowo, w wierze, i tylko Chrystus może uwolnić go od skutków grzechu. Gdy odparłem, że zawsze wierzyłem w Boga, przypomniała mi o Liście Jakuba 2,19: „Ty wierzysz, że Bóg jest jeden ? Dobrze czynisz; demony również wierzą i drżą.”

Dzięki takim rozmowom i dzięki uniwersyteckim kursom z Listów do Rzymian, Galacjan i Hebrajczyków pojąłem, iż polegam na własnej sprawiedliwości i wysiłkach religijnych, nie zaś na dokonanej, w pełni wystarczającej ofierze Jezusa Chrystusa. Religia rzymskokatolicka nie pokazała mi, że moja własna sprawiedliwość jest cielesna i nie liczy się przed Bogiem, nie nauczono mnie też, iż muszę zaufać tylko sprawiedliwości Chrystusa — bo On uczynił już dla wierzącego wszystko, co konieczne. Jednego dnia podczas nabożeństwa Duch święty zachęcił mnie do nawrócenia i przyjęcia daru Bożego.
Jako zakonnik w klasztorze, wierzyłem, że łaskę dadzą mi sakramenty i że one mnie zbawią, ale teraz z Bożej łaski narodziłem się na nowo, duchowo: zostałem zbawiony. Dotąd, nie wiedząc nic o sprawiedliwości Bożej, niby Żyd w czasach apostoła Pawła chciałem budować na fundamencie własnej sprawiedliwości, nie zważając na sprawiedliwość Bożą (Rz 10,2-3)

Nie znam Cię, Czytelniku, i nie wiem, jaka więź łączy Cię z Bogiem; ale pozwól zadać sobie najważniejsze pytanie w życiu: Czy jesteś chrześcijaninem biblijnym? Czy zaufałeś tylko doskonałej ofierze Jezusa, tylko na jej mocy oczekując odpuszczenia grzechów? Jeśli nie, może nadeszła chwila, by rzecz tę uporządkować? Jak w niezwykłej uroczystości zaślubin, obiecaj Mu miłość, oddanie i ufność. Przyjęcie Jezusa jako Zbawcy w niczym nie przypomina religijnego rytuału, to decyzja o powierzeniu Mu życia na zawsze. Gdy dokonamy tego wyboru, Chrystus zamieszka w nas jako Ten najważniejszy, a my otrzymamy życie wieczne dostępując odpuszczenia całego naszego grzechu. Zaczną się zmiany. W Biblii czytamy: „Mając tę pewność, że ten, który rozpoczął w was dobre dzieło, będzie je też pełnił aż do dnia Chrystusa Jezusa” (Flp 1,6; BW).

Przekręcanie Ewangelii


Pod koniec mojego czwartego roku u adwentystów kilku braci namówiło mnie na udział w spotkaniach charyzmatycznych, mówiąc, iż dziś, w czasie poprzedzającym powrót Chrystusa, Duch święty przełamuje bariery między wyznaniami. Spragniony wszystkiego, co Bóg ma dla mnie w zanadrzu, wszedłem do sali modlitewnej — i otrzymałem „dar języków”. Byłem jednak nastawiony dość podejrzliwie, zwłaszcza że nie doznałem wcale uczuć, jakie wielu opisywało. Prywatnie modliłem się językami, ale nie mogłem się zmusić do tego, by zachęcać innych do uczestnictwa w ruchu. Za dużo ważniejsze uznałem zachęcanie do czytania Biblii, głoszenia innym Chrystus i życia według Pisma świętego. Ruch charyzmatyczny zaintrygował mnie głównie dlatego, iż wydawał się rodzić w ludziach troskę o innych. Właśnie to oraz spontaniczność i zapał robiły na mnie wrażenie, przypominając o biblijnym stylu życia, którego w wielu kościołach wydawało się brakować.
Wkrótce po mojej ordynacji u Adwentystów Dnia Siódmego Rada Południowej Kalifornii rozpoczęła promocję pism Ellen G. White, jednej z twórców adwentyzmu, uważanej przez ten Kościół za prorokinię. Kursy dla pastorów wydały się mnie i Ruth ciekawe i pomocne... aż do ostatniej ich części. Wykładowca, przybyły z Rady Generalnej w Waszyngtonie, wygłosił stwierdzenia, z których kilka mocno nas zatrwożyło, a jedno stało się dla mnie punktem zwrotnym. Orzekł bowiem, że pisma Ellen G. White są „równie natchnione jak pisma Mateusza, Marka, Łukasza i Jana”. Wzburzony, porozumiałem się z pewną bardzo szacowną osobistością, ale rozmowa ta nijak nie pomogła mi zgodzić się z tą tezą. Już wcześniej dostrzegłem w adwentyzmie elementy legalizmu i elitaryzmu — teraz jednak musiałbym się jeszcze pogodzić z dodawaniem do objawienia samego Pisma świętego. Gdy postanowiłem, że cykl spotkań pod hasłem „Sukcesja świadectwa” w naszym kościele nie odbędzie się, niektórzy członkowie zaprotestowali. Wkrótce nabrałem w sumieniu przekonania, że nie mogę dalej być pastorem adwentystów. Gdyby nie wsparcie i pomoc kilku przyjaciół — także duszpasterzy, ale nie adwentystów — ta zmiana w moim życiu okazałaby się nader trudna do przebrnięcia.

Przez kolejne cztery lata, gdy sprawowałem opiekę duszpasterską nad dwoma kościołami, rosła prędko moja znajomość Biblii, zauważyłem też, jak trudno zajmować się ludźmi, którzy nie żyją w systemie autorytarnym. Miałem wiele sposobności składania świadectwa; nabrałem też przeświadczenia, że Bóg „uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył [mnie] do posługi” — ale że nie będzie to posługa duszpasterska.

Misja dla katolików

Po modlitwie o tę sprawę postanowiłem wrócić do San Diego, gdzie pracowałem kiedyś jako kapelan. Wiedząc, że po II soborze watykańskim wielu katolików przeżywa zamęt i rozczarowanie, pomyślałem, że wesprę ich w staraniach o wyjście z katolicyzmu. Nie minęło dużo czasu, a Pan dał mi sposobność zabierania głosu. Ludzie pytali, jak się nazywa nasza misja; odpowiadaliśmy, że jest to rodzaj misji dla katolików.
Wzrastając duchowo, zwróciliśmy wraz z Ruth uwagę na ekumeniczny charakter ruchu charyzmatycznego i postanowiliśmy ten ruch opuścić. Mniej więcej wtedy natknęliśmy się na biblijnych fundamentalistów, którzy szczerze wierzyli poselstwu Biblii i wiernie wprowadzali je w czyn. Choć mieliśmy wielu przyjaciół w niezależnych kościołach biblijnych, przystaliśmy do pewnego fundamentalistycznego kościoła baptystycznego, w którym też ordynowano mnie na kaznodzieję.


 Mission To Catholics International (Międzynarodową Misję dla Katolików) zarejestrowano jako organizację o charakterze niedochodowym. Rozpowszechniliśmy już miliony broszur, książek i taśm ukazujących różnice między katolicyzmem a Biblią i prezentujących biblijne zbawienie. Każdy ofiarodawca może na życzenie otrzymywać nasz comiesięczny list informacyjny. Pan dał nam pewne możliwości w radio i telewizji; cieszę się też, że ukazała się moja książka „Pielgrzymka z Rzymu” i że jej wersja angielska i hiszpańska spotkały się z doskonałym przyjęciem. (Przekład polski ukazał się nakładem Fundacji Chrześcijańskiej Kultury i Oświaty; przyp. tłum.). Organizujemy spotkania w wielu krajach i zawozimy tam literaturę biblijną; codziennie też z naszego domowego biura w San Diego wysyłamy pocztą zamówione materiały.
Wielość spotkań nie pozostawia nam wiele czasu; często przez 13 tygodni non stop objeżdżamy Stany Zjednoczone czy inne kraje. Szkoła Ewangelizacji wśród Katolików (A School of Roman Catholic Evangelism) organizuje tygodniowe i dłuższe intensywne kursy dla pastorów i innych osób chcących tworzyć wyspecjalizowane misje, skutecznie świadczące wśród społeczności rzymskokatolickiej. Do udziału w zajęciach zachęcamy też misjonarzy i byłych katolików (zwłaszcza byłych księży i byłe zakonnice, by przygotować ich dobrze do posługi w środowisku biblijnego fundamentalizmu).
W Misji dla Katolików żywimy przekonanie, iż nie jest miłością ukrywanie prawdy przed tymi, którzy są w ciemności. Katolicy potrzebują zachęty do zastanowienia się nad tym, w co wierzą, do studiowania Biblii i porównywania treści swojej religii z prawdą Pisma świętego. Jedynie wtedy będą mogli doświadczyć wolności i światłości prawdy Bożej.
... „I poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi” (Jana 8,32).


Bartholomew F. Brewer
https://missiontocatholics.org/
bart@mtc.org



inne świadectwa: lion-system.blogspot.com


Daleko od Rzymu, blisko Boga - świadectwa 58 nowonarodzonych księży

czwartek, 21 stycznia 2021

Czy jesteśmy razem?

W roku 2009 wydany został nowy dokument pt. „Deklaracja manhattańska. Wołanie chrześcijańskiego sumienia”. Była to kolejna próba wypracowania wspólnego stanowiska odnośnie do takich zagadnień jak świętość życia, tradycyjne małżeństwo czy wolność religijna. Sygnatariuszami byli członkowie Kościołów ewangelikalnych, katolicy i wyznawcy prawosławia. Wiele aspektów dokumentu było podobnych do inicjatywy ECT (Ewangelicy i katolicy razem) z 1994r., w prace nad nim zaangażowane były po części te same osoby. Niestety w dokumencie ponownie wyrażono aprobatę wobec Kościoła rzymskokatolickiego jako wspólnoty chrześcijańskiej. W Deklaracji manhattańskiej ogłoszono: „Chrześcijanie są spadkobiercami dwutysiącletniej tradycji głoszenia Słowa Bożego.” Kim jednak są chrześcijanie, o których mówi się w deklaracji? Dokument odnosi tradycję do „prawosławnych, katolików i ewangelikalnych chrześcijan”. Ponadto wzywa chrześcijan, by jednoczył się w imię „Ewangelii”, „Ewangelii drogocennej łaski" i „Ewangelii Jezusa Chrystusa”, i mówi o tym, że naszym obowiązkiem jest głosić tę Ewangelię zarówno „w porę, jak i nie w porę”. Dokument ten wprowadza zamieszanie co do Ewangelii i zaciera różnicę w zasadniczej kwestii: kto jest chrześcijaninem, a kto nie. Nie wierzę bowiem w to, że Kościoły rzymskokatolicki i prawosławny głoszą tę samą Ewangelię co ewangelikalni chrześcijanie. Z tych właśnie powodów nie mogłem podpisać Deklaracji manhattańskiej, nie mogli tego również zrobić tacy duchowni jak John MacArthur, Michael Horton czy Alistair Begg. Zgadzaliśmy się z dziewięćdziesięciu dziewięcioma procentami zawartości tej deklaracji; wszyscy stanowczo wspieramy świętość życia, tradycyjne małżeństwa czy wolność religijną. Nie możemy jednak zgodzić się z jej ekumenicznymi twierdzeniami. Zakrawa na ironię to, że twórcy ECT chcieli między innymi przezwyciężyć relatywizm w kulturze. Jednakże to oni ostatecznie zrelatywizowali najważniejszą prawdę ze wszystkich - Ewangelię.

***

Kościół posłużył się zdolnością do nieomylnego rozpoznaną i usankcjonowania ksiąg nieomylnych. Można zilustrować różnicę pomiędzy protestanckim a rzymskokatolickim stanowiskiem, wyobrażając sobie, że Bóg dał nam dziesięć ksiąg, przy czym pięć z nich było nieomylnych, a pięć pozostałych zawierało błędy, i nałożył na nas obowiązek określenia które z nich są nieomylne. Jeśli jesteśmy omylni, możemy poprawnie wskazać cztery z pięciu nieomylnych ksiąg. Możemy również zidentyfikować jedną omylną księgę jako nieomylną. Nasze decyzje oczywiście nie mogą zmienić natury ksiąg. Nieomylna księga, której nie wybraliśmy, w dalszym ciągu będzie nieomylna, nawet jeśli pomyliliśmy się i nie umieściliśmy jej w naszym „kanonie”. Podobnie księga omylna, którą wybraliśmy, nie może stać się nieomylna ponieważ jesteśmy omylni, nasze decyzje nie mogą mieć w tej materii takiego skutku.
Oczywiście, gdybyśmy byli nieomylni, to poprawnie zidentyfikowalibyśmy pięć nieomylnych ksiąg, nie pomijając żadnej z nich i nie włączając do kanonu żadnej księgi omylnej. Nie moglibyśmy popełnić omyłki, ponieważ mielibyśmy nieomylną zdolność do rozpoznania nieomylności. Do tej właśnie zdolności Kościół rzymski rości sobie prawo w dziedzinie historycznego wybrania i zgromadzenia ksiąg Biblii.

***

Kościół rzymskokatolicki uznaje jednak historycznie dwa źródła objawienia: Pismo i tradycję. Zagadnienie to koncentruje się wokół deklaracji Soboru Trydenckiego, jak również stwierdzeń, które padły podczas XX-wiecznych debat prowadzonych na ten temat. W wyniku rozwoju tak zwanej nouvelle thćologie, „nowej teologii", w postępowym skrzydle Kościoła rzymskokatolickiego wyrażano chęć odejścia od teorii dwóch źródeł objawienia. Dziwnym trafem dyskusję tę sprowokował uczony anglikański, który podczas pracy nad doktoratem na temat historycznych podstaw Soboru Trydenckiego natknął się na pewne znaczące informacje. Zauważył, że w pierwszym szkicu czwartej sesji Soboru Trydenckiego zapisano, że Boża prawda częściowo znajduje się w Piśmie, a częściowo w tradycji. W szkicu tym powtarzało się łacińskie sformułowanie partim, partim, wskazujące na to, że objawienie częściowo zawarte zostało w Piśmie, a częściowo w tradycji, i mówiące wprost o dwóch źródłach objawienia. Jednakże ostateczny szkic nie zawierał słów partim, partim, ale po prostu słowo et, czyli „i” - a zatem stwierdzono, że Boża prawda zawarta jest w Piśmie i w tradycji (Vatikaans Concilie). Istotne jest pytanie, dlaczego zmieniono słowa w dokumencie soborowym, usuwając formułę partim, partim na rzecz bardziej niejednoznacznego et. Jeśli Boża prawda zawarta jest w Piśmie i w tradycji, czy możemy również powiedzieć, że zawarta jest w Piśmie i w Westminsterskim wyznaniu wiary? Jako prezbiterianin wierzę, że Westminsterskie wyznanie wiary odpowiednio wyraża wiarę chrześcijańską i zawiera Bożą prawdę - Pismo jest w nim cytowane i objaśniane. Jednakże nie uważam, że Westminsterskie wyznanie wiary jest natchnione lub nieomylne. Podobnie uważam, że Bożą prawdę można znaleźć w kazaniu czy wykładzie, ale nie znaczy to, iż znajduje się tam jej źródło. Et może zatem wskazywać na to, iż Boża prawda znajduje się w Piśmie i w tradycji, ale że tradycja nie jest źródłem objawienia.
Dalsze studia ujawniły, że gdy pojawił się pierwszy szkic czwartej sesji soboru, dwóch rzymskokatolickich teologów zaprotestowało przeciwko użyciu sformułowania partim, partim. Podstawą ich zastrzeżeń było to, że użycie tych słów zniszczy unikalność i wystarczalność Pisma Świętego. W tym momencie sesja soboru została przerwana przez wojnę. Zapisy debaty czwartej sesji soboru w tym miejscu się kończą, dlatego nie wiemy, dlaczego parim, partim zostało zamienione na et. Czy uczestnicy soboru ugięli się przed protestem dwóch uczonych, czy też et pozostawiono specjalnie jako zamierzoną niejednoznaczność?

***

XVI-wieczna niezgoda co do autorytetu i kanonu Pisma istnieje zatem do dzisiaj, stanowiąc barierę nie do przejścia w zjednoczeniu protestantów z Rzymem. Jeśli protestanci i katolicy zgodziliby się, że istnieje tylko jedno źródło objawienia, Pismo Święte (bez apokryficznych ksiąg w Biblii rzymskokatolickiej), to moglibyśmy zasiąść do dyskusji na temat znaczenia tekstów biblijnych. Jednak już od Soboru Trydenckiego wszelkie próby dyskusji protestantów i katolików na temat Biblii obracały się wniwecz ze względu na encykliki papieskie lub orzeczenia soborów.

***

To część problemu związanego z dyskusjami pomiędzy Kościołem rzymskokatolickim a grupami protestanckimi. Wiele z tych ostatnich nie troszczy się zbytnio o różnice doktrynalne, stąd ich przedstawiciele są chętni do tego, by rozpoczynać dyskusje i podpisywać ekumeniczne uzgodnienia z Rzymem. Jeśli jednak potraktujemy poważnie biblijną doktrynę usprawiedliwienia, o zbliżeniu stanowisk w tej kwestii nie może być mowy. Nie może być jedności dopóty, dopóki nie ustąpi któraś ze stron - te dwa stanowiska są ze sobą po prostu sprzeczne. Ktoś ma rację, a ktoś się myli, ten zaś, kto znacząco narusza Ewangelię Nowego Testamentu, zasługuje na potępienie. Zgadza się to ze słowami apostoła Pawła skierowanymi do Galacjan: „Lecz choćbyśmy nawet my albo anioł z nieba głosił wam ewangelię inną od tej, którą wam głosiliśmy, niech będzie przeklęty” (Ga 1:8, UBG). Jedna bądź druga strona, protestantyzm bądź katolicyzm, zasługuje na Bożą anatemę.


R. C. Sproul - Czy jesteśmy razem? Katolicyzm okiem protestanta

Wielka tajemnica wiary

Filozoficzne metody poszukiwania odpowiedzi na pytania przypominają mi metody działania tajnych służb śledczych. Podobnie jak: „dajcie nam człowieka, a my znajdziemy na niego paragraf”, filozofia uczy: „powiedzcie, co mamy udowodnić, a my to udowodnimy. Jeśli dogmat papieża nie zgadza się z Pismem Świętym, Watykan uznaje dogmat za ważniejszy, czyli tym samym Pismo Święte za herezję. Ciągle aktualna encyklika papieża Leona XIII Providentissimus Deus (O studiowaniu Biblii) z 18 listopada 1893 roku nakazuje wprost katolickim badaczom Biblii tak ją tłumaczyć i objaśniać, by pasowała ideologicznie do nauk Watykanu. Wystarczyło niekiedy zmienić tylko jedno słowo, by zmienił się sens całego przesłania.

***

Nieraz jednak ta papieska nieomylność postrzegana była nawet przez najgorliwszych katolików jako co najmniej niezrozumiała. Oto 14 mają 1999 roku Jan Paweł II, podczas wizyty delegacji irackiej w Watykanie, publicznie ucałował Koran, świętą księgę islamu! Zdjęcie papieża trzymającego w rękach i całującego Koran obiegło wtedy cały świat. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że papież zna bardzo dobrze cały Koran. Czyżby zatem oficjalnie podpisywał się on pod prawem zabijania innowierców (Koran, sura 5:17 oraz 48:29)? Dla mnie wyglądało to tak, jakby prezydent Izraela pocałował „Mein Kampf” Hitlera. Co czuli wtedy prześladowani w każdym islamskim kraju katolicy, widząc w gazetach ich papieża całującego Koran? Czy oni też krzyczą teraz: santo subito? Czy ktoś widział, żeby Jan Paweł II kiedykolwiek publicznie pocałował Pismo Święte, na którym podobno opiera się katolicyzm albo przynajmniej trzymał je w swoich rękach?


Jan Paweł II, również jako pierwszy papież w historii, przekroczył progi meczetu. 6 maja 2001 roku wszedł on do Wielkiego Meczetu Umajjadów w Damaszku. W imię międzywyznaniowego dialogu pokojowego Jan Paweł II pokłonił się wtedy Allahowi! Niewielu niestety zdaje sobie sprawę, że obowiązkowe zdjęcie butów przy wejściu do meczetu jest jak uklęknięcie przed krzyżem po wejściu do kościoła katolickiego. Meczet uważany jest przez muzułmanów za miejsce święte i bezwzględnie każdy MUSI tam oddać chwałę Allahowi.

***
Jednym z pierwszym papieskich dekretów wydanym ex cathedra, czyli z mocą nieomylności urzędu, był dogmat o nierozerwalności zbawienia wiecznego z przynależnością do Kościoła katolickiego ogłoszony przez papieża Innocentego III na Soborze Laterańskim IV w 1215 roku. Wkrótce potem w 1302 roku papież Bonifacy VIII potwierdził to swoim dogmatem o zbawieniu tylko przez poddanie się papieżowi w Rzymie. Miało to też na pewno podkład polityczny, bowiem w całej Europie szalał wtedy antyheretycki terror, zapoczątkowany przez papieża Urbana II. W 1095 roku podczas synodu w Clermont we Francji, wezwał on wszystkich chrześcijan do świętej wojny z heretykami, czyli przede wszystkim muzułmanami okupującymi Jerozolimę. Wyprawa na Jerozolimę zapowiadała się obiecująco, zwłaszcza że Urban II publicznie i uroczyście obiecał wtedy, iż każdy rycerz a nawet jego rodzice będzie miał odpuszczone grzechy, a jeśli polegnie na polu walki, pójdzie prosto do Nieba. Nie mogło być lepszej zachęty do walki co złupię u Żydów to moje, a jak zginę, pójdę prosto do Nieba. To samo jest dzisiaj mottem przewodnim dla czerpiących swe natchnienie z Koranu samobójców islamskich.
Dzięki tym obietnicom zgromadził Urban II kilkadziesiąt tysięcy ochotników, którzy w 1099 roku zdobyli Jerozolimę, krwawo rozprawiając się nie tylko z okupantami, ale i z Żydami. Do światowej historii przeszło na przykład spalenie żywcem prawie tysiąca izraelskich mężczyzn, kobiet i dzieci chroniących się w jerozolimskiej synagodze. Krzyżowcy grabili przy tym, co tylko się dało. Pokaźna część łupów zasiliła też wtedy papieski skarbiec. A wszystko to w imię uwalniania chrześcijaństwa z islamskiej nawałnicy. Za swoje osiągnięcia papież Leon XIII podniósł Urbana II w 1881 roku do rangi błogosławionego. Również następni papieże: Innocenty II (1130-1143), Celestyn II (1143-1144), Eugeniusz III (1145-1153) i Innocenty III (1198-1216) wsławili się wyprawami krzyżowymi nie tylko przeciwko muzułmanom, lecz także heretyckim sektom w całej Europie.
Wojny krzyżowe ciągnęły się przez około 250 lat, niosąc śmierć, grabieże i strach u wszystkich niepodzielających katolickiego światopoglądu. Z tego samego powodu w imię walki z heretykami lecz tylko na lokalnych, narodowych frontach, ukonstytuował wspomniany już papież Innocenty III, Świętą Inkwizycję. Jak Karol Marks był ojcem duchowym komunizmu, tak Innocenty III był ojcem duchowym inkwizycji. Dopiero jednak jego następca Grzegorz IX (1231-1233) wprowadził w życie papieską Inkwizycję jako walkę przeciwko wszystkim tym, którzy mogliby w jakikolwiek sposób zagrażać kościelnej dyktaturze. W majestacie papieskiego prawa torturowano i spalono na stosach setki tysięcy ludzi w całej zachodniej i centralnej Europie.

***

Rozpad Cesarstwa Rzymskiego w V wieku przyczynił się także do podziału Kościoła na wschodni (Konstantynopol) i zachodni (Rzym), Kościół wschodni na soborze w Konstantynopolu w 692 roku zatwierdził nowe prawo regulujące małżeństwa wśród duchownych. Biskupi nie mogli być już żonaci, natomiast księża i diakoni mogli, a nawet powinni zachować dotychczasowe związki małżeńskie. I do dziś w Kościele prawosławnym obowiązuje to samo prawo. Kościół zachodni nie zabraniał małżeństw wśród duchownych. Papieże, biskupi, księża mieli rodziny, żony, dzieci. Jedynym problemem było obowiązujące wówczas prawo dziedziczenia. Otóż każdy syn miał prawo do spadku po zmarłym ojcu. A jeśli ojcem był biskup czy ksiądz? Należała mu się też jakaś odprawa z majątku kościelnego. Papież Pelagiusz I (556-561) wydał więc dekret pozbawiający synów nowych księży prawa do spadku. Niedługo później papież Grzegorz I, zwany Wielkim (590604) pierwszy mnich wybrany papieżem rozciągnął to prawo na wszystkich bez wyjątku synów księży. Tylko synów, bowiem córki i tak nie miały żadnych praw spadkowych w ówczesnym świecie.

Żeby skończyć wszelakie niedomówienia, papież Benedykt VIII w roku 1022 zabronił zawierania małżeństw i nawet posiadania konkubin wszystkim nowo wyświęcanym księżom. Mimo to liczba żonatych księży, jak również ich dzieci, wcale nie malała. Nie było bowiem prawa kanonicznego zabraniającego bycia księdzem komuś już żonatemu. Korzystali z tego przede wszystkim ci, którzy mieli same córki, które i tak nie dziedziczyły nic po ojcu. Mogły liczyć tylko na przyzwoity posag. Dopiero papież Innocenty II na Soborze Laterańskim II w 1139 roku unieważnił wszystkie małżeństwa księży, ze skutkiem natychmiastowym musieli się oni rozwieść ze swoimi żonami. Od tej daty w całym Kościele rzymsko-katolickim obowiązuje celibat. Tylko w nim; bowiem w kościołach protestanckich księża zaczęli się żenić, a zakonnice wychodzić za mąż. Przestały obowiązywać doktryny papieskie, zaczęto wprowadzać w życie przykazania biblijne. W 1 Liście do Tymoteusza (3:1-4) tak pisze św. Paweł: „Jeśli ktoś dąży do biskupstwa, pożąda dobrego zadania. Biskup więc powinien być nienaganny, mąż jednej żony, trzeźwy, rozsądny, przyzwoity, gościnny, sposobny do nauczania, nie przebierający miary w piciu wina, nieskłonny do bicia, ale opanowany, niekłótliwy, niechciwy na grosz, dobrze rządzący własnym domem, trzymający dzieci w uległości, z całą godnością.” Żeby nie było dwuznaczności w zrozumieniu tego skomplikowanego przesłania, na dole strony w Biblii Tysiąclecia jest odnośnik po słowach: mąż jednej żony; cytuję: „Tzn. raz żonaty lub uczciwie żyjący z jedną żoną. Kościół zachodni podniósł później wymagany stopień wstrzemięźliwości wprowadzając celibat”. Wygląda więc na to, według teologów katolickich, że życie z jedną żoną to wstrzemięźliwość jeden krok przed celibatem. Nie wiem, czy nawet najlepszy satyryk wymyśliłby podobne porównanie.


Grzegorz Nowak - Oto wielka tajemnica wiary

środa, 5 września 2018

Spowiedź czy homologacja?

1 List Jana, rozdział 1

8 Lecz jeśli ktoś z nas twierdziłby, że nie ma w nim grzechu, znaczyłoby to tylko, że sam siebie oszukuje i nie ma w nim Prawdy. 9 Jeśli jednak zgadzamy się z Bogiem w kwestii naszych grzechów, to znaczy gdy przyjmujemy Jego punkt widzenia*, wówczas On - zgodnie ze swą obietnicą -  całkowicie je nam odpuszcza i okrywa nas sprawiedliwością Jezusa, która w oczach Najwyższego oczyszcza nas z wszelkiej nieprawości.

*W zdaniu tym mamy istotny warunek: „Jeśli jednak zgadzamy się z Bogiem w kwestii naszych grzechów...” inni tłumaczą „Jeśli wyznajemy nasze grzechy”, gdzie słowo „wyznajemy” jest tłumaczeniem gr. homologeo, które oznacza pełne zgodzenie się z czyjąś opinią, zgodne z kimś mówienie, potwierdzenie czegoś. Chodzi więc o zgodzenie się z Bogiem w tym, co On nazywa grzechem. Niestety, współczesne popularne rozumienie greckiej frazy „wyznawać grzechy” nie oddaje w pełni uznania przez człowieka swojej grzeszności. W powszechnym przekonaniu podkreśla fakt przekazania komuś informacji o swoim grzesznym zachowaniu lub postępku. Jednak nikt przecież nie może powiedzieć (wyznać) Bogu czegoś, czego On sam by wcześniej już nie wiedział. Nie możemy Go niczym zaskoczyć ani wyjawić Mu jakiejkolwiek choćby najmroczniejszej tajemnicy, której On by nie znał. Gdy grzeszymy, On doskonale wszystko widzi, nawet jeśli czynimy to tylko w głębi naszego serca. Homologeo zaś zwraca uwagę na to: (1) Czy zgadzamy się z Bogiem, że grzechem jest to, co On uważa za grzech i przyznajemy Mu słuszność, ponieważ to On definiuje, co jest święte, a co grzeszne, co jest światłością, a co ciemnością; (2) czy zgadzamy się z Bożym sposobem rozwiązania problemu naszego grzechu, a więc z tym, że jedynym rozwiązaniem problemu naszego grzechu jest krew Jezusa przelana na krzyżu. Do rozwiązania tego nie jesteśmy wstanie dodać czegokolwiek, gdyż Jego ofiara jest jedyną skuteczną i w pełni wystarczającą ofiarą za grzech; (3) czy zgadzamy się z Bogiem że wynikająca z grzechu krzywda powinna zostać naprawiona i naprawiamy to, co zostało zniszczone, o ile jest to jeszcze w naszej mocy; (4) czy zgadzamy się z Bożym stosunkiem do grzechu, a więc odrzuceniem grzechu, odłączeniem się od niego. Chodzi tu o znienawidzenie zarówno samego grzechu, jak i wszystkiego, co do niego prowadzi. Te cztery elementy zgodzenia się z Bogiem są istotą terminu homologeo. We współczesnym języku być może lepszym terminem niż „wyznanie grzechu” byłoby wręcz określenie: „homologowanie się wg Bożych standardów” lub „uzyskanie Bożej homologacji”. Wprowadzona w VI w. przez mnichów iroszkockich indywidualna spowiedź w konfesjonale (a więc w miejscu konfesji, czyli wyznania) wraz z ustalonymi przez nich księgami zawierającymi taryfy pokutne, zupełnie nie oddawały sensu homologeo.




Listy Jana - Nowy Przekład Dynamiczny
Nowy Testament we współczesnym języku polskim z komentarzem filologicznym, historycznym i teologicznym.

sobota, 18 marca 2017

"Wyjdźcie z niego, mój ludu"

Czułem się, jakby Bóg zdejmował z mojego umysłu i ducha poszczególne warstwy, jedna po drugiej, pokazując mi w zupełnie inny niż dotychczas sposób, zepsucie, niewiarę i sprzeczność istniejącą między jego Słowem a fałszywą doktryną i nieprawością Kościoła katolickiego. Gdy Słowo Boże zaczęło nabierać dla mnie całkiem nowego znaczenia, zacząłem dotkliwie zdawać sobie sprawę z iluzji, w której żyłem przez tak wiele lat. Biblia, którą czytałem i słowa, nad którymi rozmyślałem całymi latami, nagle stały się nowe, gdy Duch Święty, rzucając na nie światło, dał mi nowe ich zrozumienie. Ale był to zaledwie początek tego, co miał mi objawić Duch Święty w kwestii tego, w czym tkwiłem przez całe lata życia w Kościele katolickim. 
Jestem przekonany, że im bardziej ktoś jest wierny Kościołowi katolickiemu i zaangażowany w nim, tym mocniej diabeł trzyma życie takiej osoby w garści stąd bierze się ślepota i życie w złudzeniu. Więzy te mogą zostać zerwane jedynie przez miłosierną i zbawczą moc Boga, poprzez szukanie Go całym sercem i pełne podporządkowanie się i posłuszeństwo jego Słowu. O wiele więcej ludzi wyszłoby z tej niewoli, gdyby szukało Bożej rady, nie szło na kompromis z jego Słowem i zaczęło żyć w posłuszeństwie. Bóg z pewnością pociągnie do odpowiedzialności wszystkich tych, którzy tego nie zrobią. Jego serce jest zasmucone, ponieważ tak wielu ludzi będzie zgubionych z powodu tego, że uparcie odmawiają podążania za Nim, dopóki można Go znaleźć. Ślepota i niewiedza nie będą wytłumaczeniem przed sędziowskim tronem Boga. On już dał swoje Słowo, swojego Syna, swoją drogę i wyjawił swoje wymagania względem ludzi i Kościoła. To, co Bóg mi ukazał, nie było prywatnym objawieniem, ale jest dostępne dla każdego katolika, który szczerze będzie szukał Pana i zagłębiał się w Pismo z pragnącym sercem. Bóg wskaże kierunek każdemu, kto zrobi tak samo, jak ja.
Bogaty młodzieniec opisany w Biblii myślał, że jego życie, religijne i postawa moralna to wszystko, czego Bóg od niego wymaga. Ale Jezus powiedział mu, że ma sprzedać wszystko, rozdać biednym i pójść za Nim. Pismo mówi: „Kto bowiem chce zachować duszę swoja, straci ją” (Łk. 9,24), co oznacza, że jeżeli człowiek nie wyjdzie poza swoją strefę bezpieczeństwa, z której jest zadowolony i w obrębie której czuje się dobrze z sobą samym, minie się z celem i życiem, które wyznaczył mu Bóg. Z powodu nieznajomości Biblii i błędnego zrozumienia Słowa Bożego, duch podstępu daje wielu katolikom przekonanie, że ich relacja z Bogiem jest właściwa. Nie zdają sobie oni sprawy z tego, że do autentycznej relacji z Bogiem wymagane jest właściwe rozumienie Słowa Bożego i odpowiednia reakcja wiary. To prawda, że Bóg patrzy na serce i że Duch Święty działa jak chce, dając światło, wystarczające zrozumienie i obdarzając wiarą czy to katolika, czy jakiegokolwiek innego religijnego człowieka, by ten mógł uwierzyć w Jezusa. Dotarcie na ten poziom wiary, choć jest ona ograniczona, wystarcza Duchowi Świętemu do dalszego wlewania światła w szczere, prawdziwie dążące do prawdy serce. Proces ten zawsze prowadzi do wybawienia z więzów religii do prawdziwej wolności dzieci Bożych, jednakże tak wielu katolików, w obawie przed konsekwencjami życia w Duchu Świętym, psuje Jego dzieło. Zagrożona może być relacja z katolicką rodziną, wiele do stracenia jest też w obszarze działań, w które człowiek się angażuje, w sferze uczuciowej, a także w obrębie własnej tożsamości.
***
Pan pokazał mi w swoim Słowie, że Jego Kościół ma być „bez skazy lub zmazy", ma być ciałem „prawdziwych wierzących”. którzy żyją jego Słowem w sprawiedliwości i którzy uwielbiają Go „w duchu i w prawdzie”. Jak Paweł z Tarsu, za śmiecie poczytuję wszystkie te lata swojej przynależności do bezbożnych struktur, tradycji, nauk i obowiązków. Mnie również, tak, jak apostoła Pawła, Bóg oddzielił na półtora roku, bym się opamiętał, przyjął jego objawienie i przygotował do służby, do której mnie powołał przy końcu czasów ostatecznych. Był to dla mnie wspaniały czas wzrostu i pouczania przez Słowo Boże. Można było oczekiwać, ze po trzydziestu dziewięciu łatach bycia katolikiem, w tym ośmiu spędzonych w seminarium i trzynastu i pół w sutannie, porzucenie tego wszystkiego będzie dla mnie traumatycznym doświadczeniem. Wcale nie, Pan dał mi pewność i pokój, że podjęte przeze mnie kroki „wyjścia spośród nich” pochodziły od Niego. Znałem Jego siłę i prawdę jego Słowa, by podjąć kroki oddzielenia się od Kościoła katolickiego. Nie obawiałem się reakcji mojej katolickiej rodziny i przyjaciół. Miałem pewien rodzaj świętej śmiałości, by swobodnie mówić o tym, że to Pan pokierował mną, bym opuścił Kościół katolicki.

***
Katolicka doktryna chrztu oparta jest na doktrynie o nierozłączności Pisma i Tradycji. Zawarty powyżej dobry, biblijny wstęp do katolickiego nauczania o chrzcie jest unieważniony przez katolickie nauczanie oparte na Tradycji, z której bierze się koncepcja, że „kościół jest niezbędny do zbawienia”. Katolicka doktryna chrztu ukazuje, jak katolicy pojmują zbawienie. Chrzest katolika rozpoczyna proces „zbawienia przez sakramenty”. Katolicka doktryna zbawienia ogłoszona na Soborze Watykańskim II, zasadniczo stanowi potwierdzenie tej właśnie doktryny ogłoszonej po raz pierwszy na słynnym soborze trydenckim w latach 1545-63: „Gdyby ktoś mówił, że ludzie są usprawiedliwieni albo przez samo przypisanie im sprawiedliwości Chrystusa [...] -niech będzie wyklęty”. Na soborze owym ustalono również, że „nie można powiedzieć, że komukolwiek [...] przebacza się lub przebaczono grzechy” i że taka ufność jest „próżna i pozbawiona wszelkiej pobożności”.
Nowy Testament bardzo wyraźnie określa, że chrzest jest przeznaczony wyłącznie dla osoby, która zrozumiała własne grzechy, pokutowała za nie i osobiście zaufała przez wiarę Jezusowi Chrystusowi. Praktykowany przez Kościół katolicki chrzest niemowląt jest sprzeczny z samym znaczeniem i celem chrztu i opiera się na wierze rodziców i świadków, którzy reprezentują „wierzący kościół”, a nie na wierze chrzczonej osoby. Sprzeczność z Pismem jest w tym miejscu bardzo wyraźna, ponieważ chrzest katolicki zakłada, że niemowlę zostało obdarzone „łaska uświęcająca” (termin ukuty przez katolików), czyli zbawczą łaską Boga. Reszta życia tego dziecka (osoby) jest procesem pozostawania w stanie łaski u Boga. Kościół katolicki wierzy, że takie ochrzczone dziecko jest od dzieciństwa
 członkiem Kościoła Jezusa Chrystusa. Stąd większość katolików nigdy nie słyszy nauczania czy nawoływania do osobistego aktu pokuty i wiary w Jezusa Chrystusa, która jest prawdziwym nawróceniem niezbędnym do wejścia do Kościoła Chrystusa. Katolicy doświadczają wielokrotnych aktów pokuty (katolicki sakrament pojednania, czyli spowiedź), ale nie prawdziwego, trwałego nawrócenia, którego znakiem jest chrzest.


Frank i Joan Testa - Z ciemności do światłości

sobota, 9 kwietnia 2016

Nawróceni księża

Wtedy właśnie zacząłem powoli dostrzegać światło, i to mimo pozostawania w kościele katolickim. Dobiegały końca moje studia teologiczne, ale z pewnością to nie one pozwalały mi dostrzegać to światło, nie pochodziło ono też od moich wykładowców, nie wynikało z rutynowych modlitw ani z posłuszeństwa papieżowi. To pewne. Bóg posłużył się faktem, że czytałem i studiowałem Biblię, Jego Słowo. Już wcześniej czułem niewytłumaczalny pociąg ku Słowu Bożemu, dostrzegając tam coś czystego i prawdziwego, coś, co przemawia do serca i co mogę zrozumieć, coś więcej niż dzieło człowieka. Więc czytałem i studiowałem Biblię z całą uwagą, a czyniąc to zacząłem sobie uświadamiać, że podstawowa różnica między chrześcijaństwem a religiami pogańskimi tkwi zasadniczo nie tyle w przykazaniach i doktrynach, co w Osobie Jezusa Chrystusa. Zacząłem rozmyślać nad tym, co Pismo ma do powiedzenia o Nim i o Jego dziele odkupienia, i zaczął się On dla mnie stawać coraz bardziej realny. Powoli, niby wschodzące słońce, Chrystus wznosił się coraz wyżej ponad horyzont mego życia. Choć nadal trzymałem się wielu doktryn rzymskich, to działo się ze mną coś niezwykłego. E.L.

(...)

Dopóki Bóg w swojej łasce nie zbawił mnie, nikt nie potrafiłby mnie przekonać do wyjścia z katolicyzmu. Kiedy jednak Pan mnie zbawił i objawił swą wielką miłość, gdy po raz pierwszy usłyszałem jego cichy, łagodny głos, nietrudno było mi zastosować się do Jego polecenia i wyjść z kościoła katolickiego. Miłuję Go bardzo, bo to On pierwszy mnie umiłował. Był czas, gdy uważałem Kościół rzymski za jedyny prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa na ziemi. Kiedy w mojej obecności jakiś nominalny protestant zauważył: „Cóż tam takiego — religia. Jedna jest taka sama dobra jak druga", odpowiadałem: „Owszem, jedna religia może być równie dobra jak druga, ale tylko jedna religia jest prawdziwa, a jest nią katolicyzm". Dziękuję Bogu, że otworzył mi oczy. Dziś wiem, że Kościół, który szczyci się posiadaniem widzialnej głowy (papież rzymski), widzialnych znaków łaski (sakramenty), widzialnych następców apostołów (biskupi i kapłani), Kościół, który wymaga obecności obrazów i posągów, aby przypominały o Bogu - nie może być prawdziwym kościołem Jezusa Chrystusa. Prawdziwy Kościół jest zbudowany na wierze — wierze w nieomylne Słowo Boże. Prawdziwie na nowo narodzeni chrześcijanie nie potrzebują „widzialnego" papieża, gdyż mają już Pana — niewidzialnego, Głowę prawdziwego Kościoła. Wierzący otrzymali zapewnienie: „Gdy bowiem będziecie je [wymienione cechy] mieli i to w obfitości, nie uczynią was one bezczynnymi ani bezowocnymi przy poznawaniu Pana naszego Jezusa Chrystusa" (2P 1,8). Są oni podobni do Mojżesza, który „widział Niewidzialnego" (Hbr 11,27). Wierzący tacy nie potrzebują też widzialnych znaków łaski, jak msza i sakramenty, bo ich zbawienie zostało wypisane w ich sercach przez Ducha Świętego, kiedy złożyli całkowitą ufność w Jezusie Chrystusie jako swym Zbawcy. Nie potrzebują też widzialnych następców apostołów, gdyż z Pisma Świętego wiadomo im, że to Bóg sam powołuje duchowych przywódców według swej woli, gdy pragnie, by to oni karmili jego Kościół bezcennym Słowem Bożym. Wierzący ci nie potrzebują obrazów i posągów, które przypominałyby im o Bogu, bo wierny wizerunek Chrystusa mają w Słowie Bożym - Biblii. Poza tym Bóg potępił - jako bałwochwalstwo - czynienie i czczenie obrazów i posągów (Wj 20,3-5). R.J.

(...)

Świadectwo nawróconego księdza Guida Scalziego

Nasz rodzinny dom w Mesoraca stał w niewielkiej osadzie zwanej Filippa, położonej w sąsiedztwie klasztoru Franciszkanów, usytuowanego na szczycie malowniczego wzgórza. Tam właśnie chadzałem na mszę.

Uniesienie i klasztor

Jednego poranka wzruszyłem się szczególnie głęboko na dźwięk kościelnych organów —budziła się akurat wiosna, a ja czułem powiew czegoś, co nowe i nieznane. Zrodziła się we mnie niezwykła tęsknota, uczucie wydające się sięgać głębin duszy. Pomyślałem, jak cudnie byłoby spędzić resztę życia w klasztorze, w jedności z Bogiem i przyrodą. Gdy matka wracała z kościoła, wyszedłem jej naprzeciw wołając: „Mamo! Jak by to było dobrze, gdybym został księdzem!” Była wniebowzięta- i to mało powiedziane! Jej szczęście rosło w następnych dniach, gdy upewniałem ją, że coraz bardziej utwierdzam się w tym, co uznałem za Boże powołanie. Przekonałem mamę, żeby poszła ze mną do klasztoru porozmawiać z ojcem przełożonym. Ojciec przełożony wydał się usatysfakcjonowany powagą moich zamiarów i oznajmił matce, że któregoś dnia na pewno zostanę kapłanem. W końcu dyrektor seminarium franciszkańskiego, zwanego „Uczelnią Serafińską”, przyjął mnie do swojej szkoły. 28 września 1928 roku rozstałem się z rodziną i w towarzystwie ojca Carla pojechałem do seminarium, do prowincji Cosenza.

Lód zamiast mydła, religijność miast miłości

Podczas podróży myśli wędrowały ku najbliższym, których opuściłem. Później po kryjomu często ocierałem łzy płynące mi po policzkach. Pierwsze dni w seminarium minęły w pośpiechu i zamieszaniu. Przybywali nowi i zrobił się bałagan, bo nie każdy chłopiec umiał prędko przystosować się do rygorów nowego życia, tak różnego od dotychczasowej swobody. Gdy nadeszła zima, dokuczały mi odmrożenia, grypa i inne dolegliwości. Szkoła nie była ogrzewana. Z samego rana na dźwięk dzwonka przemierzaliśmy otwarty dziedziniec, by obmyć twarze przy studni, bo bieżącej wody nie było. Woda zamarzała w miskach, tak że trzeba było rozbijać lód; lodu używaliśmy zresztą jako mydła. Bywało, że dopiero po dwu, trzech dniach odważaliśmy się na kolejną toaletę twarzy. Ciężkie to było życie. Zimno działało zniechęcająco, mój zapał stygł z dnia na dzień. Usiłowałem przezwyciężać te trudności, a jednak coraz bardziej zamykałem się w sobie. Ze zdumieniem zauważałem, że mimowolnie uderzam w płacz. W takich chwilach nikt nie umiał mnie pocieszyć. Jednego razu ojciec Carlo, zdenerwowany moimi „fochami”, podszedł i zaczął mnie bić dłońmi, potem pięściami, a w końcu kopać. Muszę przyznać, że bezlitosne ciosy osiągnęły zamierzony cel: Postanowiłem, że przebrnę przez to seminaryjne życie, nawet jeśliby miało stać się jeszcze okropniejsze.

„Brat Szczęśliwy”

Szybko nauczyłem się, że nie mogę ufać nikomu i że nie istnieje nikt taki jak przyjaciel. Wydawało się, że szpieg stoi za każdym rogiem. Z pierwszych czterech lat seminarium nie pozostało mi wiele wspomnień. We wrześniu 1932 roku wyjechałem do klasztoru, gdzie spędziłem rok w nowicjacie. Według reguły nowicjatu Zakonu Braci Mniejszych św. Franciszka w dniu wstąpienia do zakonu otrzymuje się nowe imię. Od tamtej pory znano mnie zatem jako „brata Felice” (czyli „Szczęśliwego”). Do dziś pamiętam straszliwą nudę męczącą nowicjuszy. Wynikała z wymuszonego próżnowania spowodowanego sztucznie wytworzoną samotnością. Mimo że nowicjusze to ludzie mający wzrastać w poznaniu dróg Bożych, to w rzeczywistości patrzą na siebie spode łba, zazdrośni o drobnostki, gotowi do kłótni i obelg.

Bolesne rozczarowanie

Rok w nowicjacie zakończył się 4 października 1933 roku obrzędem ślubów zwykłych. 7 lipca 1940 roku przyjąłem święcenia kapłańskie. Gratulacje złożył mi biskup, przełożeni i obecni przy ceremonii księża. Byłem szczęśliwy i nad wyraz radosny. W końcu przecież zostałem księdzem. Jednakże podczas pierwszej odprawianej przez siebie mszy czułem się jak oszust, jak aktor w roli, do której mnie przypisano. Nie było we mnie radości ani zadowolenia. Gdzież podziała się ta obecność Boża, którą — jak mi obiecywano — miałem się namacalnie rozkoszować każdego dnia? Była to czcza formalność, tylko pustka. Po kilku latach w klasztorze św. Franciszka z Asyżu, gdzie uczyłem włoskiego, historii, geografii i religii na poziomie gimnazjum, przeniosłem się do klasztoru w Bisignane (Cosenza), a potem do Reggie Calabria. Tam właśnie pierwszy raz spotkałem chrześcijan ewangelikalnych.

Źródło wody żywej

Gdy 15 sierpnia 1945 roku mijałem Ewangelikalny Kościół Baptystyczny w Reggie Calabria, naszła mnie chęć spotkania się z pastorem. Jednego więc dnia zdobyłem się na odwagę i napisałem do niego list z prośbą o spotkanie. „Proszę bardzo, z przyjemnością zobaczę się z księdzem w dogodnym terminie” — odpowiedział Salvatore Tortorelli. Podczas rozmowy zachęcił mnie do czytania Biblii. „Proszę czytać z otwartym sercem i bez odgórnych uprzedzeń” — poradził. Po powrocie do klasztoru zabrałem się do lektury włoskiego przekładu Pisma Świętego. Dla mojego ducha i duszy było to jak źródło wody dla spragnionego, przejrzenie dla ślepca. Każda stronica przynosiła niespodzianki i nowe światło, jak gdyby ktoś otworzył okna w ponurym więzieniu. „Jak to możliwe?” — mówiłem sam do siebie. — „Jak to możliwe, że przeżyłem tyle lat nic nie wiedząc o tych wspaniałościach?” Pewnego dnia zwierzyłem się ze swych przeżyć pastorowi Tortorellemu. „To Pan cię wzywa, abyś zerwał z kłamstwem. Zostaw wszystko i nawróć się na Ewangelię Jezusa Chrystusa”. Przed opuszczeniem klasztoru powstrzymywały mnie jednak dwie sprawy. Po pierwsze, bałem się piętna osoby wzgardzonej, księdza pozbawionego godności kapłańskiej. Po drugie, lękałem się wejścia w nieznany świat bez żadnego zabezpieczenia, pracy. To ostatnie było szczególnie ważne, gdyż artykuł 5 konkordatu zawartego przez państwo włoskie z Watykanem zabraniał zatrudniania byłych księży. W takiej sytuacji nie potrafiłem się zdecydować na opuszczenie zakonu.

„Jezus chce cię zbawić”

Niebawem przeniesiono mnie do klasztoru w Staletti. Idąc raz ulicą, usłyszałem, że ktoś mnie woła. Odwróciłem się i ujrzałem, że jakiś chłop daje mi znaki. Chciałem przekazać pozdrowienia od pastora baptystów z Reggie Calabria. Byłem tam w zeszłym tygodniu, i powiedział mi, że jest u nas teraz ksiądz Guido Scalzi, który sympatyzuje z chrześcijaństwem ewangelikalnym. Wyjaśnił, że należy do wspólnoty w pobliskiej Gasperinie, sześć kilometrów od Staletti, a jego pastor Domenico Fulginiti chciałby się ze mną spotkać. Odparłem, że z radością przyjdę. Spotkanie nastąpiło po paru dniach. Wieczorem poszedłem pod wskazany adres. Dom był niewielki i skromnie urządzony, typowe domostwo kalabryjskich wieśniaków: stół, parę krzeseł, piec, przy nim blachy piekarskie i dwa sita do przesiewania mąki na chleb; na ścianie wisiały garnki, patelnie. Przez otwarte drzwi dojrzałem drugi pokój, służący za sypialnię. Pastor nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Nosił skromniutki garnitur bez krawata; widać było, że to zwykły chłop. „To ci dopiero pastor” — myślałem sobie, gdy się przedstawiał. Myślałem, że lada chwila wyjmie swoją Biblię i zacznie mnie nawracać, ale on patrząc na mnie z wielką życzliwością rzekł: — Wiesz już, co trzeba, o Słowie Bożym. Teraz trzeba ci tylko zbawienia. Jezus chce cię zbawić. Umarł na krzyżu, by zbawić twoją duszę. Dalej mówił coś o „nowym narodzeniu”, którego dostępuje się przez wiarę w zbawczą krew Jezusa. Opowiedział też historię Nikodema, który przyszedł zobaczyć się z Jezusem nocą. I powtórzył pod moim adresem słowa Mistrza: — Ty jesteś nauczycielem Izraela, a tego nie wiesz? „Nowe narodzenie. . . Gdybym tylko mógł się narodzić na nowo” — myślałem. — „Gdyby tylko zatrzeć bolesną przeszłość, wszystkie błędy, złudzenia, grzechy, cały brud i błoto, w jakim od lat tkwi moja dusza. . . Gdybym tylko mógł zacząć nowe życie, czyste w oczach Boga i ludzi. Gdybym tylko mógł się na nowo narodzić. . . ”

Modlitwa wiary

— Musisz się na nowo narodzić — powtórzył ciepło wieśniak. Nie wiedziałem, co odrzec, ale cieszyłem się, że zgadzam się z nim we wszystkim, co mówi z takim wielkim przekonaniem. Mówił prosto; w jego słowach nie było wyższości ani też śladu profesorskiej swady. Po chwili wstał i powiedział:

— Jeśli się zgodzisz, moglibyśmy się pomodlić, zanim się rozejdziemy.

— Oczywiście — odparłem.

Ukląkł wznosząc ręce ku niebu i zamknąwszy oczy pogrążył się w modlitwie. Moje oczy były szeroko otwarte. Zaczął dziękować Bogu za to, że mogłem usłyszeć Ewangelię zbawienia. Prosił Boga, żeby oczyścił moje serce z wszelkiego grzechu i obmył mą duszę bezcenną krwią Jezusa, swego Syna Jednorodzonego, który umarł na krzyżu, aby zapłacić za me odkupienie. Modlił się jakiś czas. Klęczałem, zakłopotany, z pewnym dystansem słuchając go i uśmiechając się pod nosem, gdy wspomniał o mych grzechach. Jakie mógł mieć o tym pojęcie? Patrzyłem: miał wciąż zamknięte oczy i wznosił ku górze ręce w błagalnym geście. Cała jego sylwetka świadczyła o żarliwości modlitwy. Była to zaprawdę modlitwa wiary; jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś tak się modlił. A przecież właśnie to musiała być najautentyczniejsza modlitwa, w pełni zgodna ze słowami Jezusa, który przestrzegał przed mechanicznym wielomówstwem, a zachęcał do modlitw o potrzeby chwili. Cóż było w tej chwili potrzebniejsze niż zbawienie mojej duszy?

Życie wieczne w Jego Synu

Zamknąłem oczy i wzrokiem duszy ujrzałem całe swe życie. Wady, pychę, pożądliwość, obłudę, kłamstwa i wiele innych spraw; ujrzałem na sobie każdy możliwy grzech, byłem jak trędowaty pokryty ohydną przypadłością. Wystraszyłem się stanu swej duszy. Załamany, rozmyślałem, jak wyrwać się z tego strasznego położenia, ze wszystkich moich grzechów. I przypomniały mi się słowa, które przed chwilą padły w modlitwie: „Krew Jezusa oczyszcza nas z wszelkiego grzechu”. Pojąłem, co to znaczy: być naprawdę wolnym. Oddałem się bez reszty w ręce Jezusa, Zbawcy, rozpaczliwie wyczekując Jego pomocy: „Panie, zmiłuj się nade mną, grzesznym. Zbaw moją duszę”. Doznawałem wielkiej rozterki. Widziałem swe dotychczasowe życie, przyjemności, zaszczyty, jakie ono daje; widziałem krewnych, przyjaciół i wszystkich, którzy mnie cenią. A z drugiej strony czekało życie nieznane i pełne trudu i wyrzeczeń. Lecz widziałem tam Jezusa, który wyczekuje mnie z otwartymi ramionami, gotów mnie przyjąć, dać nowe serce, nową duszę i nowe życie, pełne Jego łaski, pokoju i miłości. Pismo mówi: „A toć jest świadectwo, iż nam Bóg dał żywot wieczny; a ten żywot jest w Synu jego” (1J 5,11).

Zawierzyć Jezusowi

Poczułem, jak pokój napełnia mi serce. Pierwszy raz w życiu odczułem obecność Jezusa. Był tam z nami, w tej chłopskiej izbie. Uznał moją skruchę, wziął mnie do Siebie i przemówił do mnie. Jego głos brzmiał w mych uszach jak muzyka. Ukoił niepokój serca, a z umysłu znikła ciemność. Jego obecność była tak namacalna, iż zdawało mi się, że gdybym wyciągnął rękę, dotknąłbym Jego szaty. To był On. Mój Pan i mój Mistrz. Jezus. Brat Fulginiti zrozumiał, że dzieje się ze mną coś ważnego i że Pan odpowiedział na jego modlitwę. Objął mnie i rzekł: — Pan dotknął twego serca. Uwierz tylko w Niego i nie odkładaj tego na później. Kto wie, czy otrzymasz następną okazję, by przyjąć Jego zaproszenie? Nieprzyjaciel zawsze będzie się starał powstrzymać cię od wejścia na drogę zbawienia. — Bracie, postanowiłem służyć Panu na śmierć i życie — odparłem z oczyma pełnymi łez. „Ale Chrystus odkupił nas z przekleństwa zakonu, stawszy się za nas przekleństwem, (albowiem napisane: Przeklęty każdy, który wisi na drzewie)” (Ga 3,13).

Od czasu nawrócenia i odejścia od katolicyzmu miałem zaszczyt pracować jako pastor-misjonarz, ewangelista, a także założyciel i dyrektor radia „La Voce Della Speranza” (Głos Nadziei), nadającego za pośrednictwem wielu stacji w Stanach Zjednoczonych i Europie.

Guido Scalzi, nawrócony ksiądz

Włoch Guido Scalzi jest obecnie w bardzo podeszłym wieku, a może nawet już u Pana. Przez wiele lat pracował jako ewangelista, nauczyciel oraz twórca i szef programu radiowego „Głos Nadziei”

Daleko od Rzymu, blisko Boga - świadectwa 58 nowonarodzonych księży

czwartek, 17 stycznia 2013

Usprawiedliwienie i Maryja

            Podobnie jak fałszywi nauczyciele z Galacji, Kościół katolicki utrzymuje, że usprawiedliwienie dokonuje się na podstawie wiary oraz uczynków. Podobnie jak fałszywi nauczyciele z Galacji wymagali obrzezania dla otrzymania usprawiedliwienia, tak Kościół wymaga, aby w tymże celu niemowlęta zostały ochrzczone. Podobnie jak obowiązkową praktyką w Galacji stało się przestrzeganie szabatu i świąt żydowskich, tak uczestnictwo w niedzielnej Mszy świętej jest obowiązkowe dla katolika.
            Problem z tą formułą usprawiedliwienia polega na tym, że jest ona pośrednim odrzuceniem warunków zbawienia oferowanych przez Boga. Gdy przychodzimy do Boga, choć częściowo na podstawie własnych dokonań, to faktycznie mówimy Mu, że nie jesteśmy wcale tacy źli, że z punktu widzenia odkupienia jest w nas coś moralnego - tzn., że przynajmniej częściowo zasługujemy na życie wieczne.
***
              Gdy Paweł dowiedział się, co działo się w Galacji, napisał najsurowszy, natchniony przez Ducha Świętego list, jaki mamy w Nowym Testamencie.
              Oskarżenia Pawła musiały zaszokować Galatów. Sądzili, że są oddanymi chrześcijanami. Chociaż zaczęli zastanawiać się nad posłuszeństwem niektórym aspektom Prawa Mojżeszowego, których przestrzeganie było rzekomo potrzebne do osiągnięcia usprawiedliwienia, to jednak, przynajmniej w swoich umysłach, nie porzucili wiary w Chrystusa. Postrzegali teraz usprawiedliwienie jako coś, co było osiągalne przez wiarę i uczynki. Jeśli chodziło o nich samych, to czynili coś więcej, a nie mniej.

***

Jezus nigdy nie nauczał, że Maryja powinna dostępować szczególnej czci, choć miał ku temu wiele okazji podczas swojej ziemskiej posługi. Pewnego razu, gdy mówi do tłumów, jakaś kobieta zawołała do Niego: „Błogosławione ono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś ” ( Łk 11,27). Jezus deprecjonuje jednak tego rodzaju cześć przypisywaną Maryi, odpowiadając: „Tak, błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają Słowa Bożego i go przestrzegają” ( Łk 11,28). Innym razem powiedziano Jezusowi: „Oto Twoja Matka i Twoi bracia stoją na dworze i chcą pomówić z Tobą ” (Mt 12,47). I znowu Jezus odmawia wywyższenia Maryi, odpowiadając: "Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi? I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten jest Mi bratem, siostrą i matką." Ewangelia według Mateusza 12,48-50

W tym miejscu Pan Jezus stwierdził swoją niezależność od więzi wyłącznie ludzkich. Nauczał, że osobista więź z Nim samym, oparta na podporządkowaniu się Bogu, przedstawia dużo większą wartość niż związek fizyczny, oparty na więzi krwi. Paweł podejmuje ten wątek, stwierdzając o Panu Jezusie: „a jeśli nawet według ciała poznaliśmy Chrystusa, to już więcej nie znamy Go w ten sposób” (2 Kor 5,16).

W przeciwieństwie do przykładu Chrystusa, Kościół katolicki wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, aby wywyższyć Maryję. Intencję tę dobrze oddaje łacińska maksyma De Maria Nunquam Satis (Na temat Maryi nigdy nie można powiedzieć wystarczająco dużo).

Jednak jak widzieliśmy, na jej temat już powiedziano za dużo. Przecząc Pismu Świętemu, Kościół ogłosił Maryję: Niepokalanie Poczętą, Matką Bożą, Wiecznie Dziewicą, Współodkupicielką, Wniebowziętą, Królową Nieba i Ziemi oraz Pośredniczką Wszelkich Łask.

Te dogmaty umniejszyły Bożą chwałę i przyczyniły się do tego, że niezliczona rzesza katolików okazuje większą cześć Maryi niż samemu Chrystusowi. Należy zadać pytanie: Czy Kościół katolicki prowadzi swoich wierzących do bałwochwalstwa?

***  
Ewangelia według Rzymu. 
Porównanie katolickiej Tradycji i Słowa Bożego
James G. McCarthy