Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lloyd-Jones Martyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lloyd-Jones Martyn. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 lipca 2023

Niewiara objawia się paniką

„I stało się pewnego dnia, że wstąpił do łodzi On i uczniowie jego i rzekł do nich: Przeprawmy się na drugi brzeg jeziora. I odbili od brzegu. A gdy płynęli, On zasnął. I zerwał się gwałtowny wicher na jeziorze i fale ich zalewały, i byli w niebezpieczeństwie. Wtedy przystąpili do Niego i zbudzili Go, mówiąc: Mistrzu, Mistrzu, giniemy. A On obudziwszy się, zgromił wiatr i wzburzone fale, a one uspokoiły się i nastała cisza. I rzekł do nich: Gdzież jest wiara wasza? Oni zaś, przestraszywszy się, zdumiewali się i mówili jedni do drugich: Któż to jest ten, że nawet wiatrom i wodzie rozkazuje i słuchają go?” (Łk 8:22-25)

Zajmiemy się teraz zagadnieniem natury wiary. Musimy uświadomić sobie, że jest wielu chrześcijan, którzy doświadczają trudności i są nieszczęśliwi, ponieważ nie dość wyraźnie zrozumieli naturę wiary. „Dobrze - ktoś powie - jeśli nie zrozumieli istoty wiary, jakże mogą być w ogóle chrześcijanami?”, Odpowiedź brzmi tak: Chrześcijaninem jesteś dzięki temu, że Bóg dał ci dar wiary w Duchu Świętym i uwierzyłeś w Pana Jezusa Chrystusa, a to cię zbawiło. To jednak nie oznacza, że w pełni zrozumiałeś istotę wiary. Tak więc, nawet gdy jesteśmy zbawieni przez ten dar wiary, później możemy popaść w tarapaty w naszym duchowym życiu, ponieważ nie zrozumieliśmy do końca, czym naprawdę jest wiara. Została nam dana jako dar, lecz do nas należy poczynienie pewnych kroków.
Ta dramatyczna historia uczy nas, że powinniśmy umieć rozróżnić między darem wiary, a następującym po nim życiem w wierze. Bóg na początku chrześcijańskiego życia wyrusza z nami, a potem my musimy stale z Nim chodzić. „W wierze, nie w oglądaniu pielgrzymujemy” - oto temat, którym teraz się zajmiemy.

Najpierw muszę powiedzieć kilka słów o przytoczonej tu historii o tym, czego nas uczy o osobie naszego Pana. Objawia nam ona paradoks, lub jeśli kto woli, pozorną sprzeczność między ludzką a Bożą naturą naszego Pana. Jezus był utrudzony i zmęczony, tak zmęczony, że zasnął. Nie ma wątpliwości co do Jego ludzkiej natury. Chociaż rozszalała się burza, On wciąż spał. Tak jak my wszyscy był poddany ludzkim słabościom, właściwym dla człowieczeństwa. Lecz uwaga! Uczniowie obudzili Go, a Pan objawił swoją Boskość gromiąc wiatr i rozszalałe morze, aż uspokoiły się i nastała wielka cisza. Człowiek, a jednak z całą pewnością Bóg. Mógł rozkazywać żywiołom. On jest Panem natury i stworzenia, jest Panem wszechświata. Oto tajemnica niezwykłości Jezusa Chrystusa — Bóg i Człowiek, dwie natury w jednej osobie, w żaden sposób nie wymieszane ze sobą i na równi ważne, a jednak zamieszkujące w tej samej istocie.
To musi być dla nas punktem wyjściowym, gdyż jeśli nie wierzysz w Boskość Pana Jezusa Chrystusa, nie jesteś chrześcijaninem. Nie postrzegamy Go tylko jako dobrego człowieka, nie jesteśmy zainteresowani Nim wyłącznie jako największym nauczycielem, jakiego świat kiedykolwiek oglądał, bowiem jest On Odwiecznym Synem, który przyjął na siebie postać człowieka i zamieszkał między nami jako człowiek pośród ludzi. Stoimy przed tajemnicą wcielenia Bożej natury i narodzin z Dziewicy. „Jakim On jest człowiekiem?'. On jest więcej niż człowiekiem; jest także Bogiem.
Nigdy nie przestanę być wdzięczny uczniom za tę sytuację, wdzięczny jestem za opis każdego błędu, który popełnili, ponieważ dostrzegam w nich samego siebie. Biblia to prawdziwie natchnione Boże Słowo, które wypowiada prawdę i ukazuje ludzką słabość z każdej strony.
Widzimy, że Jezus gromi tamtych uczniów za panikę, strach i brak wiary. Najpierw wylewali wodę z łodzi, lecz nieustannie jej przybywało i uczniowie byli pewni, że łódź wkrótce zatonie. Uczynili wszystko co było w ich mocy, lecz widzieli, że nie odniosło to najmniejszego skutku, a co ich najbardziej zdumiewało, to fakt, że Mistrz wciąż smacznie spał. Tak więc obudzili Go i powiedzieli: „Mistrzu, Mistrzu nie obchodzi cię, że giniemy?” - czy nie jesteś tego świadom? Gdy wstał i zgromił wiatr i morze, napomniał także uczniów. Na tym etapie potrzebujemy dokładnie zrozumieć, co Pan miał na myśli. Po pierwsze, ganił ich za to, że znajdowali się w tak żałosnym stanie duchowym. „Gdzież jest wiara wasza?” — pyta. Ogrom ich niewiary dziwił Go. Oto pierwsza lekcja dla nas. Niezależnie od okoliczności, chrześcijanin nigdy nie powinien być niespokojny i wzburzony. Nie powinien tracić panowania nad sobą, ponieważ nie będzie wiedział, co począć. Nie ma sytuacji bez wyjścia. Chrześcijanin różni się od ludzi w tym świecie, bowiem ma coś, czego oni nie mają. Paweł w Liście do Filipian 4 opisuje właściwy stan ducha chrześcijanina. „Wszędzie i we wszystkim jestem wyćwiczony. Wszystko mogę w tym, który mnie wzmacnia, w Chrystusie”. Chrześcijanin nie może być człowiekiem miotanym przez uczucia, jakie by one nie były. Prawdziwy problem uczniów polegał na tym, że stracili panowanie nad sobą. Zaczęli panikować, ponieważ nie uświadomili sobie wystarczająco znaczenia faktu, że był z nimi Boży Syn. Łatwo oczywiście mówić, że chrześcijanin musi być zawsze opanowany. Uczniowie znajdowali się w wielkim niebezpieczeństwie, wydawało się, że za chwilę pochłoną ich fale, lecz pomimo tego Pan powiada: „Nie powinniście byli doprowadzić się do takiego stanu. Jako moi naśladowcy nie macie prawa być tak wzburzeni.”

Kolejną sprawą wiążącą się z ich duchową kondycją jest fakt wskazujący na brak zaufania Panu. Jezus powiada: „Jakże to, nawet wtedy, gdy jestem z wami boicie się? Nie ufacie mi?. Wzburzenie i panika są typowymi objawami zachwiania się bezwarunkowej wiary i zaufania do Jezusa. Poddają w wątpliwość Jego opiekę i troskę o nas. Bierzemy więc ster życia w swoje ręce i próbujemy sami opanować sytuację. Mamy wrażenie, że Jezus albo nie troszczy się o nas, albo nie jest w stanie poradzić sobie z sytuacją. Na tym polega jej dramatyzm. Ciekaw jestem, czy zawsze to sobie uświadamiamy. Naturalnie, staje się to dla nas oczywiste, gdy przebadamy sytuację w spokoju, obiektywnie. Lecz gdy pozwalamy sobie na niepokój lub rozdrażnienie, każdy kto się nam z boku przypatruje, może wyciągnąć wniosek: „ten człowiek sprawia wrażenie, jakby nie miał wiary. Chrześcijaństwo, prezentowane przez te osoby, nie ma dla mnie większej wartości”.

Czas na wnioski płynące z tej historii. Rozpoczniemy od kwestii wypróbowania wiary. Temat ten przewija się począwszy od Pierwszej Księgi Mojżeszowej aż do Księgi Objawienia. Najpełniej przedstawiony jest w Liście da Hebrajczyków w rozdziale 11, gdzie widzimy, że każdy ze wspomnianych „bohaterów wiary” został poddany próbie. Dano im wielkie obietnice, a oni się ich uchwycili. Następnie wydawało się, że wszystko układa się źle. Pomyślcie o próbach, przez które przechodzili tacy ludzie jak Noe, Abraham
,
Jakub, a szczególnie Mojżesz. Bóg daje dar wiary, a potem wiara poddawaną jest próbie. O tym właśnie mówi Piotr w pierwszym liście w 1 rozdziale - „Mimo, że na krótko zasmuceni bywacie różnorodnymi doświadczeniami” ostatecznym ich celem jest, „aby wypróbowana wiara wasza okazała się cenniejsza niż znikome złoto, w ogniu wypróbowane, ku chwale i czci i sławie, gdy się objawi Jezus Chrystus. Wątek ten pojawia się w historii patriarchów, wszystkich starotestamentowych świętych Pańskich, a szczególnie widoczny jest w Księdze Objawienia.

Musimy zdać sobie sprawę, że nasza wiara będzie próbowana. Jest to rzecz nieuchronna. Bóg dopuszcza sztormy na morzu naszego życia. Jeśli sądziliśmy, że przyjście do Chrystusa oznaczać będzie brak wszelkich trosk, żyliśmy w strasznym błędzie, zwiedzeni fałszywym nauczaniem. W rzeczywistości Jakub posuwa się aż do tego, by stwierdzić: „Poczytujcie to sobie za najwyższą radość, kiedy rozmaite próby (pokuszenia) przechodzicie” (Jk 1:2). Bóg nakazał żyć swojemu ludowi w tym samym świecie, w którym żyją również inni. Paweł wysuwa jeszcze dalej idący wniosek: Mówi do Filipian: „Gdyż wam dla Chrystusa zostało darowane to, że możecie nie tylko w niego wierzyć, ale i dla niego cierpieć” (Flp 1:29). „Na świecie — mówi nasz Pan - ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat” (J 16:33). „Ufajcie” — tak, lecz pamiętajcie także, że nadejdzie ucisk. Paweł i Barnaba podczas swojej podróży misyjnej ostrzegali zbory, „że musimy przejść przez wiele ucisków, aby wejść do Królestwa Bożego” (Dz 14:22).

Mając tę świadomość i stając w obliczu próby, nigdy nie ulegniemy pokusie, by spytać: „Dlaczego to na mnie przyszło?”. Gdy nam wydaje się, że nasz Pan zupełnie o nas się nie troszczy, wówczas jest to prawdziwa próba wiary. Wiatr i fale przykrywające łódź były wystarczająco groźne, lecz najgorszą rzeczą ze wszystkiego była pozorna obojętność Pana. Wydawało się, że nic go nie obchodzi: uczniowie, On sam, sprawy Królestwa. Wyobraźcie sobie odczucia tamtych ludzi. Tyle czasu chodzili razem z Nim i słuchali Jego nauki o nadejściu Królestwa. Widzieli cuda, które czynił i oczekiwali nadejścia wspaniałych wydarzeń, a teraz zdawało się, że wszystko skończy się rozbiciem i zatopieniem łodzi. Cóż za rozczarowanie, a wszystko to z powodu Jego beztroski. Czyż jest nam znany ciężar doświadczeń i trudności oraz poczucie, że Bóg przestał się zajmować naszymi sprawami? „Dlaczego On dopuszcza, abym ja, chrześcijanin, cierpiał z rąk niewierzących?” – często pada pytanie: „Dlaczego nic mi się nie udaje, a innym wszystko? Dlaczego temu człowiekowi się powodzi, a mnie nie?”. Wielokrotnie zadajemy takie pytania na skutek osobistych przeżyć lub sytuacji Kościoła. „Dlaczego Bóg nie daje przebudzenia? Dlaczego pozwala rządzić materialistom i ateistom? Dlaczego raz na zawsze z tym nie skończy i nie zacznie działać? .
Na czym polega istota wiary? To najważniejsza nauka płynąca z tej historii. Zwróćmy uwagę na pytanie Pana: „Gdzież jest wiara wasza?”. On doskonale wiedział, że uczniowie mają wiarę, lecz pyta ich: „Gdzież ona jest? Powinna tu być i skutecznie działać, lecz gdzieś zniknęła. Oto klucz do właściwego zrozumienia natury wiary.

Pozwólcie, że przedstawię to w inny sposób. Wiara nie jest sprawą uczuć. Uczucia mogą się zmieniać, lecz my nie powinniśmy być zniechęceni, gdy nic się nie udaje — mamy raczej radować się. Uczucia przynoszą wprawdzie poczucie szczęścia, lecz nasza radość jest czymś głębszym niż uczucie. Jeśli wiara byłaby tylko kwestią uczuć, to wówczas, gdyby sprawy toczyły się niepomyślnie, a uczucia zmieniały jak w kalejdoskopie, wtedy i wiara znikałaby. Lecz wiara dotyczy całego człowieka włącznie z jego umysłem. W istocie wiara jest naszą reakcją na prawdę.

Jeszcze jedna ważna sprawa. Wiara nie działa automatycznie. Wszyscy popełniliśmy kiedyś błąd, myśląc inaczej. Wydaje nam się, że niezależnie od tego, co się wydarzy, wiara będzie działać i sprawy potoczą się właściwym torem. Wiara jednak nie jest magiczną pałeczką. Gdyby tak było, uczniowie nigdy nie doświadczyliby żadnych problemów. Wiara robiłaby swoje, a oni siedzieliby cicho i w spokoju.

Czym jest wiara? Na podstawie tej historii widzimy, że wiara jest czynna i powinniśmy się w niej ćwiczyć. Wiara nie zacznie działać sama z siebie. Ty sam musisz wprawić ją w ruch. To właśnie Pan powiedział do uczniów: „Gdzież jest wiara wasza?” — co znaczy — „Dlaczego nie sięgacie po swoją wiarę i nie wykorzystujecie jej w tej sytuacji?”. Właśnie dlatego, że oni nie uruchomili wiary, znaleźli się w tak żałosnym położeniu, podszyci strachem. Jak więc sprawić, aby wiara zaczęła działać? Po pierwsze, nie dopuść, aby jakaś sytuacja tobą zawładnęła, tak jak to niestety stało się w przypadku uczniów. Powinni byli przejąć inicjatywę i powiedzieć: „Nie!, nie popadniemy w panikę” Wiara jest zaprzeczeniem paniki. Czy podoba się wam taka definicja wiary, czy też wydaje się ona zbyt przyziemna i nie dość duchowa? Ona przecież wynika z istoty wiary. Wiara nie dopuszcza paniki do głosu, niezależnie, od tego, co ma się wydarzyć. Wiara wyklucza niewiarę, zatroszcz się więc o siebie; zastosuj wiarę do odpowiedzialności i przejmij kontrolę nad samy sobą. Nie urągaj warunkom, w których się znajdujesz. Raczej sam je dyktuj. Na tym nie koniec, bowiem brak paniki może równie dobrze oznaczać zwykłą rezygnację. Mając za sobą pierwszy krok, pójdź dalej. Przypomnij sobie w co wierzysz, przywołaj na pamięć wszystkie znane ci prawdy. Uczniowie tego nie zrobili. Gdyby tylko przystanęli na moment i pomyśleli: „Czy jest coś, czego On nie może uczynić? Widzieliśmy Jego cuda, byliśmy z Nim, jak wzbudzał umarłych. Czy teraz dopuści do tego, abyśmy w taki sposób wszyscy poginęli? Niemożliwe! On nas przecież miłuje, troszczy się o nas powiedział nam, że wszystkie włosy na naszej głowie są policzone". Tak broni się wiara. Mówi: „Dobrze, widzę fale i słyszę wiatr, ale... — zawsze opiera się na tym realistycznym „ale”. Taka jest wiara. Opiera się na prawdzie i wyciąga wnioski ze znanych faktów. Tak właśnie powinniśmy korzystać z wiary. Niezależnie od okoliczności, zatrzymaj się, wycisz się; odczekaj chwilę i powiedz: „Zgadzam się z tym wszystkim, ale...” — ale co? Ale Bóg! Ale Pan Jezus Chrystus! Ale całe moje zbawienie! Wydaje mi się, iż wszystko jest przeciwko mnie, nie rozumiem tego, co się dzieje, lecz wiem jedno: wiem, że Bóg tak mnie umiłował, iż posłał swego Jednorodzonego Syna na ten świat. Wiem, że uczynił to, aby Jezus umarł za mnie na krzyżu. Zrobił to wszystko dla mnie, chociaż byłem Jego wrogiem. Wiem, że Syn Boży „umiłował mnie i wydał siebie samego za mnie.” Wiem, że za cenę Jego krwi mam teraz zbawienie, że jestem dzieckiem Bożym i spadkobiercą wiecznego szczęścia. Wiem o tym i wiem także to: „jeśli bowiem, będąc nieprzyjaciółmi, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Syna Jego, tym bardziej, będąc pojednani, dostąpimy zbawienia przez życie jego” (Rz 5:10). Na tym polega żelazna logika wiary; wiara zawsze broni swego stanowiska w ten sposób. Biblia określa ją jako osiąganie „drogich i największych obietnic”. Wiara mówi: „Nie mogę uwierzyć, że akurat teraz zawiodę się na Tym, który prowadził mnie aż dotąd. To niemożliwe, byłoby to sprzeczne z Bożym charakterem.”

Wiara w danej sytuacji wykorzystuje wszelkie dostępne środki. Niezależnie od okoliczności, potrzebujemy zasilać ją każdą znaną nam prawdą, która dotyczy naszego związku z Bogiem. Wówczas w pełni uświadamiamy sobie, że On nigdy nie dopuści do czegoś, co mogłoby nam zaszkodzić. „Wszystko sprzyja ku dobru tych, którzy miłują Boga.” Nawet włos z twojej głowy nie spadnie, On miłuje cię odwieczną miłością. Nie będziesz w stanie zrozumieć wszystkiego, co się dzieje, lecz z całą pewnością przekonasz się, że Bóg się troszczy. Ten, który dokonał największego ze wszystkich dzieł, aby cię zbawić, musi również troszczyć się o ciebie w każdej innej sprawie. Choć gęste chmury zasłaniają Jego twarz, będziesz pewny, że On skrywa się tuż za nimi. Uchwyć się tej prawdy. Wszystko, cokolwiek Bóg dopuszcza dzieje się tylko i wyłącznie dla twojego dobra. „Żadne karanie nie wydaje się chwilowo przyjemne, lecz bolesne, później jednak wydaje błogi owoc sprawiedliwości tym, którzy przez nie zostali wyćwiczeni” (Hbr 12:11). Tak właśnie działa wiara, musisz ją doskonalić i nie dać się niczemu zastraszyć. Wróg będzie cię atakował, woda wlewać się będzie do łodzi, lecz ty mów: „W porządku, niech przyjdzie nawet najgorsze. Oprzyj się na swojej wierze. Powiedz sobie: „Wierzę, odpoczywam w Nim i chociaż nie rozumiem tego, co się dzieje, trzymam się wiary!”.

Trzecia rzecz, którą należy podkreślić, to wartość nawet tej najsłabszej wiary. Niezależnie od tego, jak wątła, słaba czy niepełna była wiara uczniów, mieli jej wystarczająco wiele, aby w końcu postąpić właściwie. Zwrócili się do Pana. Nieprzytomni, wyczerpani, ogarnięci paniką, poszli do Niego. Wciąż wiedzieli, że On może coś uczynić. Powiesz zapewne, że była to bardzo słaba wiara, ale dzięki Bogu, to jednak jest wiara. Jak mówi Pan Jezus, nawet wiara tak mała „jak ziarno gorczycy” jest bezcenna, ponieważ prowadzi nas wprost do Niego. A kiedy już do Niego przyjdziesz, On wyrazi swoje rozczarowanie. Nie omieszka napomnieć cię słowami: „Dlaczego nie przemyślałeś tego? Dlaczego nie użyłeś swojej wiary? Dlaczego objawiłeś swój lęk przed człowiekiem tego świata i zachowałeś się jak niewierny?” Pan przekona cię, że zgrzeszyłeś niewiarą. Lecz, niech będzie błogosławione Jego imię, On stale gotów jest ciebie przyjmować, tak więc pobłogosławi cię i obdarzy pokojem. „Zgromił wiatr i morze i nastała wielka cisza. Wlał w ich serce pokój, którego tak bardzo pragnęli, niezależnie od swej niewiary. Oto jak łaskawy jest Pan, w którego wierzymy i którego naśladujemy. Choć często jest nami rozczarowany, nigdy nas nie odrzuca. Ponadto obdarowując ich pokojem, objawił uczniom chwałę bardziej niż kiedykolwiek. Oglądali cud i byli zdumieni wspaniałą, niezwykłą mocą Pana.

Kiedy doświadczasz kłopotów i stoisz w obliczu próby, potraktuj to jaka wspaniała możliwość sprawdzenia swojej wiary i przydania chwały Jego świętemu Imieniu. Lecz jeśli zawiedziesz i okażesz się zbyt słaby, aby użyć swojej wiary; jeśli zostałeś oszukany i sponiewierany przez diabła i świat, biegnij do Niego bez namysłu. On przyjmie cię, pobłogosławi, da ci wolność i pokój. Lecz bezwzględnie pamiętaj, że wiara jest działaniem, i musi być przez ciebie używana.

Martyn Lloyd-Jones - Duchowa depresja

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

Kim jest ewangelikalny chrześcijanin?

Heretycy, liberalizm i tradycje; pozytywne nastawienie czy krytyka; sprawy zasadnicze i drugoplanowe; zbawienie z łaski; różne wyznania wiary - to niektóre tematy wykładów dra Martyna Lloyda-Jonesa wygłoszone w 1971 roku, a jakże aktualne dzisiaj. Poniżej zamieszczam kilka fragmentów z książki wydanej w Polsce przez fundację Legatio.

Na początku XIX wieku istniał cały szereg ewangelikalnych ugrupowań i denominacji. Potem zaś zaczęły stopniowo pojawiać się zmiany - zmiany w sferze rozłożenia akcentów i nauczania. Uderzającą rzeczą było jednak ich powolne tempo oraz zdradliwość. Pojawiali się oczywiście ludzie bardzo skrajni, którzy dokonywali odważnych stwierdzeń. Prawie każdy mógł zauważyć, że nie mają racji. Nie wyrządzali jednak szkody. Nigdy im się to nie zdarza. Ewidentny, rażący i arogancki heretyk wywołuje wprawdzie reakcję, lecz nie stanowi dla nikogo zagrożenia.

Człowiek naprawdę niebezpieczny, to ten, kto wprowadza bardzo nieznaczne lub niezwykle subtelne zmiany. Proszę mi wybaczyć przytaczanie przykładu z historii kościoła w Wielkiej Brytanii. Choć historia ta jest mi najlepiej znana, można by wykazać to samo na podstawie historii kościoła w Ameryce lub w innym kraju. Żył w Szkocji pewien nauczyciel o nazwisku A. B. Davidson. Człowiek ten naprawdę wyrządził szkodę. Był profesorem Starego Testamentu i filologii hebrajskiej, a szkodę wyrządził w sposób następujący. Był człowiekiem bardzo pobożnym, uprzejmym j dobrotliwym, co sprawiło, że większość jego studentów wcale sobie nie uświadamiała, iż do swojego nauczania wprowadzał nowy element wynikający z akceptacji wyższej krytyki.

Pamiętam, jak kilka lat temu zauważyłem coś, co bardzo by mnie rozbawiło, gdyby nie było tragiczne. Gdy obchodzono stulecie urodzin owego A. B. Davidsona, w jednym tygodniu przeczytałem o nim dwa artykuły: jeden w niezwykle liberalnym tygodniku religijnym, a drugi w tygodniku ewangelikalnym. Obydwa go wychwalały. Czasopismo liberalne chwaliło go za to, że przodował we wdrażaniu nowego „naukowego spojrzenia” na Stary Testament oraz, że zaakceptował schemat Wellhausena itd. Autor artykułu z kręgów ewangelikalnych również go chwalił. Sławił go za pobożnego ducha i za to, że zawsze rozpoczynał teologiczne wykłady od modlitwy. Tego rodzaju ludzie wyrządzają zazwyczaj najwięcej szkód, gdyż z pozoru, gdy patrzymy jedynie na to co zewnętrzne, nie dostrzegamy w nich żadnych zmian. Prawdziwym niebezpieczeństwem były u niego niewielkie rzeczy, które nieustannie wprowadzał.

Zauważył to wszystko wielki Charles Haddon Spurgeon, lecz gdy zaczął demaskować to, co nazywał ruchem „degeneracji”, został w drapieżny sposób zaatakowany przez ludzi z kręgów ewangelikalnych. Powiadali oni: „Co się stało panu Spurgeonowi? Stał się nadmiernie krytyczny; robi z igły widły; przesadza!” Historia dowiodła, że wcale nie przesadzał. Dostrzegał subtelne zmiany. Inni natomiast mówili o ludziach, których wpływu Spurgeon się obawiał: „Oni nadal są ewangelikalni; może twierdzą to czy tamto, ale tak naprawdę są ewangelikalni”. Nie zwracali uwagi na pewne rzeczy, które owi panowie zaczęli wypowiadać i stąd nie dostrzegli bardzo subtelnego procesu wkradającego się do życia zborów.

(…)

Podam jeszcze inny przykład. Jest pewien człowiek, postrzegany jako wielki chrześcijanin i jeden z wielkich obrońców ewangelikalizmu we współczesnej Anglii, dziennikarz Malcolm Muggeridge. Chrześcijanie ewangelikalni wykorzystują go na swoich konferencjach i w kampaniach. We wrześniu zeszłego roku w Londynie miał prowadzić całomiesięczną ewangelizację pewien ewangelista, a jedną z kluczowych postaci całej kampanii miał zostać Malcolm Muggeridge. Dlaczego? Ponieważ jest on znakomitym krytykiem Kościoła anglikańskiego, żartuje sobie z biskupów itd. W radykalny sposób krytykuje teatralność i pretensjonalność wszystkiego, co zwie się establishmentem. Co więcej, jest on osobą, która bez wątpienia zmieniła swoje poglądy. Z człowieka światowego i cynika przekształcił się w tego, który mówi, że potrzeba nam ducha Chrystusa i twierdzi, iż sam jest chrześcijaninem. Po przeczytaniu jego ostatniej książki pt. „Chrystus odkryty na nowo”, nie zawahałbym się stwierdzić, że Malcolm Muggeridge w ogóle nie jest chrześcijaninem. Nie wierzy bowiem ani w dziewicze poczęcie, ani w cuda jako fakty, ani w ofiarę przebłagalną, ani w dosłowne fizyczne zmartwychwstanie, ani w osobę Ducha Świętego, ani w modlitwę, a mimo to jest wykorzystywany na ewangelikalnych konferencjach i spotkaniach. Dlaczego? Tylko dlatego, że zmienił swoje ogólne poglądy i w mglisty sposób mówi obecnie o Chrystusie. Człowiek ten stał się w rzeczywistości mistykiem, a swoje mistyczne poglądy narzuca chrześcijańskiej wierze. W obecnych czasach swobody, ewangelikalni chrześcijanie gotowi są posłużyć się każdym, kto atakuje liberalizm establishmentu i wypowiada się na temat Chrystusa, ale bez uważnego i szczegółowego zbadania w co naprawdę dana osoba wierzy. Istnieje wiele innych tego przykładów. Dochodzę do wniosku, że C. S. Lewis stał się niemal świętym patronem ewangelikalnych chrześcijan. On sam nigdy nim nie był, o czym wyraźnie się wypowiadał. Mógłbym podać wam na to wiele innych dowodów. Oto więc drugi czynnik, którego skutkiem jest bardzo swobodna i mglista idea - ekumeniczny duch, który w ostatecznym rozrachunku rezygnuje z własnej tożsamości, pozbawiając nas naszego ewangelikalnego charakteru.

(…)

Jedną z pierwszych oznak, że ktoś przestaje być ewangelikalny jest utrata u tej osoby zainteresowania negacją i ciągłe twierdzenie, iż trzeba być zawsze pozytywnym. Podam wam znamienny tego przykład u człowieka, którego nazwisko jest większości z was znane, a niektóre z jego książek na pewno czytaliście. Oto, co niedawno napisał: „To, czy ktoś jest ewangelikalny, zależy od jego stosunku do sześciu punktów”, które następnie wymienia. Jego definicja uwzględnia jedynie to, co dana osoba popiera, a nie czemu się sprzeciwia. Potem zaś kontynuuje: „To, czy jest za czymś lub przeciw czemuś, może wskazywać, że jest zdezorientowanym, niedbałym i niekonsekwentnym ewangelikalnym chrześcijaninem. Nie możemy jednak odbierać mu prawa do ewangelikalnego szyldu, gdyż uznaje wspomniane zasady za podstawę swoich chrześcijańskich przekonań”. Oto rodzaj sformułowania, przeciwko któremu zdecydowanie bym zaoponował. Uważam, że jest ono zupełnie niesłuszne. Argumentacja mówiąca, iż należy zawsze przyjmować pozytywną postawę i że nie wolno nam określać człowieka ani na podstawie tego czy jest przeciw, ani czy jest za, nie zauważa, jak zdradliwe jest niebezpieczeństwo. Jeśli taki argument pozostawimy bez odpowiedzi, drzwi stoją otworem, by powtórzyły się takie rzeczy, jak herezja z Galacji. Pamiętacie zapewne Galacjan i w jaki sposób apostoł musiał rozprawić się z ich błędną nauką. Był to problem judaizmu, wyłaniający się w kilku miejscach Nowego Testamentu. Na czym polegał? Stwierdzone jest, że ludzie, którzy zwiedli Galacjan, nie zaparli się ewangelii. Oni niczemu nie zaprzeczali, ale coś dodawali. Głosili obrzezanie, które według nich było sprawą zasadniczą. Owszem — mówili — trzeba wierzyć w ewangelię, bo wszystkie jej elementy są całkowicie słuszne. Prócz tego jednak wprowadzali coś dodatkowego. Jak widzimy jest rzeczą ważną, aby ewangelikalny chrześcijanin przyjmował postawę krytyczną i był gotów powiedzieć, że w pewne rzeczy nie wolno wierzyć i że pewnych rzeczy nie wolno czynić.

(…)

Ważna zasada, którą chciałbym ustalić, brzmi następująco: ewangelikalny chrześcijanin w swoim podejściu do rozumu i wiedzy naukowej jest w pełni świadomy grożącego mu niebezpieczeństwa, gdyż widzi je wyraźnie w Piśmie Świętym. Paweł „stał się głupi”; śmiali się z niego filozofowie, a jego nauczanie traktowali jak kompletną głupotę. Tak zawsze się działo z prawdziwymi chrześcijanami; tak dzieje się również i dzisiaj. Wcale nas nie dziwi, że tzw. wielcy filozofowie są sceptyczni i bezbożni. Powinniśmy się tego spodziewać i wcale się z tego powodu nie obawiać. Nie możemy przepraszać ich za swoją wiarę tylko dlatego, że są niewierzący. Powinniśmy raczej widzieć w tym dowód na poparcie nauki Pisma Świętego. Dobrze pamiętamy, że gdy kościół całkowicie się stoczył i przeżywał okresy największej martwoty, działo się to w chwilach, gdy stał się sługą filozofii.

(…)

Kolejną rzeczą dotycząca ewangelikalnego chrześcijanina jest to, że posługuje się tym terminem w formie przedrostka, a nie przyrostka. Sądzę, że sprawa ta będzie nabierać znaczenia wraz z upływem lat. Chodzi mi tutaj o to, że jego tożsamość ewangelikalna jest sprawą pierwszorzędną. Kwestia konkretnego wyznania do którego należy, jest drugorzędna. Inaczej mówiąc, istnieje ogromna różnica między ewangelikalnym baptystą i baptystą ewangelikalnym. Twierdzę, że człowiek, o którym mówię, jest w pierwszej kolejności ewangelikalny. Może być baptystą, prezbiterianinem czy episkopalianinem, lecz w pierwszej kolejności ewangelikalnym chrześcijaninem.

Zwróćmy uwagę, że wielu dobrych ludzi, gdy im zasugerujemy, iż coś jest nie tak z ich wyznaniem, wybucha, traci panowanie nad sobą i broni go do ostatniego tchu, choć w rzeczywistości wie o nim bardzo niewiele. Dlaczego: Gdyż wiąże ich tradycja. Myśl o porzuceniu własnej denominacji jest dla nich największym grzechem ze wszystkich.

(...)

Ewangelikalny kult zawsze cechuje się prostotą, w przeciwieństwie do innych form. Ewangelikalny chrześcijanin nie wierzy w szaty liturgiczne, wkładanie kapy, mitry i w zmianę szat podczas poszczególnych części nabożeństwa. Nie wierzy w ceremonie, liturgie i procesje; nie lubi formalizmu. Wierzy w wolność Ducha. Jest to cecha fundamentalna. Gdy człowiek traci Ducha i przestaje być ewangelikalny, będzie zawsze rozbudowywał swoje nabożeństwo, przyozdabiał swój wygląd, swój strój i swoje czynności. Formalizm jest cechą świata nieewangelikalnego. Wolność zaś charakteryzuje chrześcijaństwo ewangelikalne.

(…)

Na przykład, w Augsburgskim Wyznaniu Wiary oraz w różnych innych, pierwotnych wyznaniach protestanckich, autorzy w oczywisty i świadomy sposób wyjaśniali swoje pozytywne przekonania w świetle błędnych poglądów rzymskokatolicyzmu. Była to rzecz konieczna. Spójrzmy na wcześniejsze wyznania, takie jak Atanazjańskie Wyznanie Wiary i inne. Zostały one napisane i rozwinięte nie tylko dla sformułowania pozytywnych tez wiary, lecz by przeciwstawić się pewnym herezjom, które w owych czasach się pojawiły, takie jak herezja ariańska i inne. Sugeruję, abyśmy teraz uczynili to samo. Dlatego postawiłem tezę, że nie wolno nam niewolniczo się trzymać, podpisywać się i bronić wyznań wiary, które przejęliśmy. Musimy pójść dalej i wykazać aktualność ich stwierdzeń w naszych czasach i w naszym pokoleniu.

(…)

Musimy również w bardzo konkretny sposób zadeklarować usprawiedliwienie wyłącznie z wiary. Powinniśmy stwierdzić, że usprawiedliwienie nie jest rezultatem odrodzenia, ani że od niego nie zależy. Naukę tę głosi Kościół rzymskokatolicki mówiąc, iż zostaliśmy usprawiedliwieni dzięki odrodzeniu będącego rezultatem naszego chrztu. Błąd ten może się wkraść i wkrada się w dzisiejszych czasach w bardzo subtelnych formach. My jednak oświadczamy, że Bóg usprawiedliwia bezbożnego (Rz 4:5). Jest to akt o charakterze sądowniczym — prawna deklaracja Boga, w której nie odgrywamy żadnej roli. Jest to tradycyjne nauczanie ewangelikalne.

(…)

Element karności powinien stać się czynnikiem zasadniczym w życiu kościoła. Kościół, który nie wierzy w dyscyplinę, ani nie wprowadza jej w życie, nie jest prawdziwym kościołem.

(…)

Jeśli chodzi o sakramenty, powinniśmy sprzeciwić się wszelkiej myśli związanej z kapłaństwem. Nie wierzymy ani w kapłanów, ani w żadną kapłańską czynność. Nie uznajemy poglądu, że sakramenty działają same przez siebie - ex opere operato. My w to nie wierzymy. Sakrament jest niczym, jeśli nie ma wiary w osobie, która go przyjmuje. Akt sam w sobie nie ma żadnej mocy. Nie wierzymy więc w bezwarunkową skuteczność samych sakramentów.

(…)

Musimy zawsze pamiętać, że nasze zrozumienie nas nie zbawi. To bardzo ważny punkt. Niebezpieczeństwo zagrażające ewangelikalnym chrześcijanom polega na tym, że wpadamy w pułapkę myślenia, iż zostaliśmy zbawieni dzięki naszemu zrozumieniu. Tak jednak się nie dzieje. Dzięki niech będą Bogu, że zostaliśmy zbawieni wbrew nam samym i mimo naszej ignorancji oraz wszystkiego, co nas dotyczy. Czasami różnica między ewangelikalnymi ludźmi jest wyłącznie kwestią zrozumienia. Za chwilę podam wam tego przykład. Istnieje również różnica między wadliwym pojmowaniem prawdy a jej zupełnemu zaprzeczaniu. Chodzi mi o to, że pewnym prostym chrześcijanom nie obdarzonym zbyt dużą inteligencją, pewne sprawy jest bardzo trudno zrozumieć. Istnieją jednak zdolni, utalentowani i bardzo inteligentni ludzie, którzy świadomie odrzucają prawdy nie do przyjęcia dla tych pierwszych. Te dwa stanowiska zdecydowanie się od siebie różnią. Choć okazujemy cierpliwość, współczucie i pobłażliwość w stosunku do pierwszej grupy, musimy potępić i zdystansować się w stosunku do tej drugiej.

(…)

Podobnie nie wolno nam dzielić się w kwestii interpretacji proroctw - według poglądów pre-, post-, amilenijnych, itd. Nie da się udowodnić żadnego z wymienionych poglądów. Nie wolno więc nam traktować ich jako tematy zasadnicze. Masz swoje poglądy? Trzymaj się ich. Dyskutujmy o nich. Zastanawiajmy się nad nimi wspólnie w świetle Pisma Świętego. Gdy jednak zaczynają one nas dzielić, to twierdzę, że jesteśmy winni schizmy. Sprawy nieistotne wpisujemy na listę rzeczy zasadniczych. Ewangelikalni chrześcijanie czasami tak postępują. Przypominam sobie człowieka, który opowiadał mi, że ma „wątpliwości” co do dr Greshama Machena. Twierdził tak z następującej przyczyny: miał on wysoką pozycję w Światowym Stowarzyszeniu Fundamentalistów, w którym każdy musiał utrzymywać pogląd premilenijny. Ponieważ jednak dr Gresham Machen go nie wyznawał, tamten człowiek miał wątpliwości co do jego ewangelikalnych poglądów. Do tej samej kategorii zaliczyłbym kwestię chrztu w Duchu Świętym oraz charyzmatów i duchowych darów. Istnieją różne opinie na ten temat. Traktuję je jako bardzo ważne, jednak nie odważyłbym się umieszczać ich w kategorii spraw zasadniczych.

(…)

Oto niektóre powody, dla których powinniśmy rozróżniać między sprawami zasadniczymi a mniej istotnymi. Pozwólcie jeszcze, że wymienię kilka spraw, które umieszczam w kategorii rzeczy mniej istotnych. Jedna z nich, to wiara w wybranie i predestynację. Jestem kalwinistą, więc w nie wierzę. Nie przyszłoby mi jednak do głowy, by umieścić je na liście tematów zasadniczych. Wpisuję je więc między sprawy mniej istotne. Potępiłbym jednak pelagianizm stwierdzając, iż zaprzecza on prawdzie Pisma Świętego dotyczącej zbawienia. Jest on wykluczony. Pamiętam jednak o arminianizmie i jego rozmaitych formach; nie umieszczam więc tematu w kategorii spraw zasadniczych. Czynię tak, gdyż według mnie jest to kwestia zrozumienia. Nie zostaliśmy zbawieni dzięki precyzyjnemu pojmowaniu, w jaki sposób zbawienie do nas dociera. Musimy jednak mieć jasność, że jesteśmy zgubieni i potępieni, bezradni i bezsilni oraz że nic nas zbawić nie może, prócz łaski Bożej w Jezusie Chrystusie ukrzyżowanym, ukaranym za nasze grzechy, umarłym, zmartwychwstałym, wstępującym do nieba, zsyłającym nam Ducha i odrodzenie. Oto sprawy zasadnicze. Gdy zadacie mi pytanie: W jaki sposób do tego doszedłem, odpowiadam, że jest to kwestia zrozumienia mechanizmu zbawienia, a nie sposobu zbawienia. Chociaż mam zdecydowane i silne poglądy na ten temat, nie będę się izolował od człowieka, który nie może przyjąć nauki o wybraniu i predestynacji, gdyż jest arminianinem. Nie będę go odrzucał tak długo, jak długo mówi mi, że zostaliśmy wszyscy zbawieni przez łaskę. Jako kalwinista nie będę przez niego odrzucony, dopóki twierdzę - a czynić tak muszę - że Bóg wzywa wszędzie wszystkich ludzi do upamiętania. Dopóki obydwaj gotowi jesteśmy się zgodzić w tych sprawach, twierdzę, iż nie wolno nam burzyć naszej wspólnoty. Umieszczam więc wybranie w kategorii rzeczy mniej istotnych.

Martyn Lloyd-Jones - Kim jest ewangelikalny chrześcijanin?

wtorek, 10 października 2017

Upadek cywilizacji

Niedawno przeczytałem ponownie wyjaśnienia upadku Cesarstwa Rzymskiego przedstawione przez wielkiego historyka Edwarda Gibbona, który nie jest chrześcijaninem. Jego wyjaśnienia zrobiły na mnie ogromne wrażenie. A jeśli te wyjaśnienia nie są słuszne również w odniesieniu do obecnej sytuacji naszego kraju, znaczy to, że jestem kompletnym ignorantem! (Wielka Brytania 1966r.) Oto pięć podanych przez niego powodów upadku Rzymu:

1. Gwałtowny wzrost rozwodów, „podkopujący godność i świętość domu, który stanowi podstawę społeczeństw ludzkich” nie mówię tego ja, niewiele znaczący kaznodzieja ewangeliczny, ale wielki Edward Gibbon i oczywiście ma rację. Dom jest fundamentalną cząstką każdego społeczeństwa i jeśli następuje upadek domu, prędzej czy później wszystko się rozsypie.

2. „Coraz wyższe podatki i wydawanie środków publicznych na chleb i igrzyska".

3. „Szalona pogoń za przyjemnością i sportem. Z roku na rok sport staje się coraz bardziej podniecający i brutalny”.

4. „Gigantyczne zbrojenia, podczas gdy prawdziwym wrogiem była dekadencja rozwijająca się w samych ludziach”.

5. „Upadek wiary religijnej. Wiara stała się zaledwie formą i straciła wszelki kontakt z rzeczywistością”.

Cesarstwo Rzymskie było wspaniałą cywilizacją. Rzymianie byli prawdopodobnie największymi ekspertami świata w sprawach lokalnych rządów i systemów prawnych. System rzymski to była prawdziwa cywilizacja. Dodajmy do tego cywilizację grecką, która ledwo przeminęła i widzimy kulminację, szczyt ludzkich osiągnięć. Ale co się z tym wszystkim stało? Cesarstwo Rzymskie zostało pokonane przez barbarzyńców Gotów i Wandalów, przez nieuków i ignorantów. W jaki sposób pokonali oni tę wspaniałą cywilizację? Gibbon odpowiada, że to zepsucie wewnątrz samej cywilizacji, osłabiło i zniszczyło Cesarstwo. I to jest właśnie - powtórzę - historia ludzkiej cywilizacji.

Wszystkie ludzkie systemy upadały dlatego, że problemy wynikają z samych ludzi i żadne zewnętrzne zasady, prawa czy regulacje nie mogą tego zmienić. Nie potrzebujemy lepszych praw, potrzebujemy lepszej natury. Nie potrzebujemy lepszych instrukcji, ale lepszego ducha i lepszych pragnień. Dlatego też cała ludzka historia do niczego nie dochodzi. A jednak ziemskie władze zabraniają głoszenia ewangelii - jedynej rzeczy, która mogłaby uratować sytuację.



 dr Martyn Lloyd-Jones - Autentyczne chrześcijaństwo - tom 3

środa, 3 maja 2017

Reformacja - 500 lat

Jeżeli zamierzamy posługiwać się terminem „reformacja", to powinniśmy je uściślić. Była reformacja w szesnastym wieku i wiele innych reformacji, ale czym one były? Każda reformacja, jaka kiedykolwiek miała miejsce w życiu kościoła; każda reformacja, która wnosiła nowe życie, moc i energię do kościoła, jednocześnie wywierając wpływ na życie ludzi, wynikała z powrotu do Nowego Testamentu. Dlatego, że staram się pokazać, iż powrót do Biblii jest naszą jedyną nadzieją, podjąłem ten temat. Świat, w którym żyjemy, jest bardzo stary i ma długą historię. Gdyby tylko współcześni ludzie przeczytali trochę z jego historii, wiele z ich nierozsądnych pomysłów i wniosków musiałoby zostać skorygowanych. Twierdzenie, że problemy ludzkości różnią się od tych z przeszłości, jest jedną z najbardziej absurdalnych nauk. Różnią się? Ludzie w ogóle się nie zmienili. Są tacy, jakimi zawsze byli. Problemy Imperium Rzymskiego w jego końcowej fazie istnienia, były takie same jak te, z którymi teraz boryka się Zachód. Oczywiście przejawiają się one w nieco odmienny sposób. Mieszkańcy Rzymu podróżowali wtedy rydwanami; teraz latają samolotami. Ale to nie ma znaczenia. Pytanie brzmi: „Czym się zajmują?” Kiedy zaczniecie to analizować, znajdziecie wiele podobieństw Rzymianie ucztowali, interesowali się dietami, jedzeniem, piciem, tańcem i seksem. Wszystko to znajdziemy i dzisiaj, nawet perwersje. Świat jest dokładnie taki sam jak był w pierwszym wieku, za dni naszego Pana. Widzimy w nim tę samą dekadencję, tę samą niemoralność, tę samą rozpustę, ten sam brak nadziei, ten sam strach.

A jedynym źródłem dobra w tym świecie była i jest ta Ewangelia. W Dziejach Apostolskich czytamy, że członkowie pierwszego kościoła, a w szczególności kaznodzieje „uczynili zamęt w całym świecie” (Dzieje Apostolskie 17:6). Nic nie wywarło na Imperium Rzymskie większego Wpływu niż chrześcijaństwo. Grecy mieli wielkich filozofów, którzy żyli, działali i umarli przed narodzeniem się Jezusa Chrystusa -tak więc nauka osiągnęła wyżyny. Rzymianie byli ekspertami w sztuce rządzenia, szczególnie jeśli chodzi o rządy lokalne. Nawet w dzisiejszych czasach system prawny wielu państw opiera się na prawie rzymskim. Rzymianie słynęli z prawa, porządku, umiejętności rządzenia i robili wszystko, co możliwe, aby poprawić los ludzi, tworząc pewnego rodzaju utopię. Starożytni bardzo interesowali się utopiami. Ale ponieśli całkowitą klęskę.

I właśnie w tamtym starym świecie nastąpiło zjawisko zwane kościołem chrześcijańskim. Wszystko zaczęło się od niesamowitych wydarzeń w dniu Pięćdziesiątnicy. Apostołowie i ci, którzy z nimi przebywali, modlili się razem w wieczerniku, kiedy nagle zstąpiła na nich moc Ducha Swiętego. Nie miało to nic wspólnego z tym, co robili; to nie było przez nich zorganizowane; nie wynikało z decyzji podjętej wiele miesięcy wcześniej, że należy zorganizować wielką kampanię i powołać komitety do jej planowania. Nie. Pozbawieni nadziei i słabi ludzie modlili się i czekali aż nagle zstąpiła na nich ogromna moc i wtedy zaczęli zwiastować. Trzy tysiące ludzi dostąpiło zbawienie po kazaniu wygłoszonym przez Piotra. „Pan zaś codziennie pomnażał liczbę tych, którzy mieli być zbawieni" -właśnie taki był kościół.

Co w takim razie wiemy o tym kościele? Po pierwsze dowiadujemy się, że tamci ludzie „trwali w nauce apostolskiej" i wyjaśniliśmy już, dlaczego jej potrzebowali. Teraz powinniśmy przyjrzeć się kolejnej przyczynie ich zgromadzeń, która jest dla nas jednakowo ważna: „I trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie." Chciałbym pokazać wam obraz kościoła chrześcijańskiego i społeczenstwa chrześcijańskiego, ponieważ w nich spoczywa jedyna nadzieja dla świata. Czytacie gazety czy one napawają was nadzieją? Interesujecie się polityką, ale czy znajdziecie w niej rozwiązanie moralnych problemów społeczeństwa? Być może uda się wam rozwiązać problemy w przemyśle, ale to się nie powiedzie, gdy wszyscy będą pracować coraz mniej za coraz większe wynagrodzenie. Tak właśnie upadł Rzym. Wszyscy chcieli spędzać czas w swoich wannach -a kiedy było się bardzo bogatym, to można było mieć nawet złotą wannę! Destrukcja przebiegała stopniowo. Imperium Rzymskie upadło i Zachód także chyli się ku upadkowi.
***

Dzisiejsza tragedia polega na tym, że ludzie mówią: „Nie ma znaczenia w co wierzymy, o ile trwamy W jedności - katolicy, protestanci i wszyscy inni. Różnice nie mają znaczenia, wszyscy jesteśmy jednością. Zjednoczmy się - nawet ci, którzy są wyznawcami innych religii świata. Zwołajmy wielki światowy kongres. Połączmy wszystkie religie. Świat śmieje się z tego iw tym akurat ma rację. Nie na tym polega chrześcijaństwo. Nie na tym polega wspólnota i jedność.

Ludzkie wyobrażenia na temat tego, co prowadzi do powstania „wspólnoty", mogą być dość mylne. Niektórzy postrzegają wspólnotę jako zjawisko społeczne. Taką tezę często głosi kościół i chciałbym się jej sprzeciwić, ponieważ nie ma to nic wspólnego z chrześcijaństwem. Ludzie uważają, że wspólnota polega na wypiciu razem filiżanki herbaty i zjedzeniu ciastka. Znam też innych ludzi, którzy myślą o wspólnocie w następujący sposób: na końcu lub w trakcie nabożeństwa, pastor mówi: „Teraz wszyscy weźmy udział we wspólnocie” i prosi, aby uścisnąć dłoń ludzi siedzących obok nas i wszyscy ściskają sobie dłonie. Wspaniała wspólnota! Takie są wyobrażenia ludzi na temat wspólnoty - powierzchowna przyjaźń, uprzejmość i jowialność. W taki sposób zostało wypaczone pojęcie „wspólnoty”. Pamiętam ewangelicznego kaznodzieje, który opowiadał mi o pewnym człowieku, który nie był wierzący i wyznawał dość liberalne poglądy. Kaznodzieja powiedział do mnie: „Czasami wydaje mi się, że mam więcej wspólnego z nim, niż z wieloma wierzącymi.” „No cóż”, odpowiedziałem, „to zależy, co rozumiesz przez wspólnotę. Jeżeli uważasz, że jest milszy od wierzących, to się z tobą zgodzę, ale nie na tym polega wspólnota." To, że ten człowiek jest miły, grzeczny i uprzejmy wcale nie oznacza, że możesz trwać z nim we wspólnocie. Możesz z nim spędzić cały dzień i nie pokłócić się na żaden temat, ale nie na tym polega wspólnota.

Co więcej, pozwólcie, że podkreślę, że wspólnota nie może być utożsamiana z instytucjonalizmem, który moim zdaniem odstrasza wielu ludzi od kościoła chrześcijańskiego. Patrzą na kościół i nie widzą w nim nic, poza wielką instytucją, wielką organizacją. To dotyczy nie tylko kościoła rzymskokatolickiego, ale także protestanckiego. Przyjrzyjcie się współczesnemu kościołowi katolickiemu i protestanckiemu w Wielkiej Brytanii. Czy to samo Widzicie w Dziejach Apostolskich? Czy istnieje tam ktoś taki jak papież? Czy możesz mieć wspólnotę z papieżem? Spójrz ile wymogów protokolarnych musisz spełnić, aby go zobaczyć. Spójrz na ludzi przyglądających mu się z daleka, dla których zaszczytem jest ucałowanie jego pierścienia. Czy to jest wspólnota? Nie. Właśnie z tego powodu ludzie są poza kościołem i dlatego nie chcą słyszeć o chrześcijaństwie. Patrzą na to i nie chcą tego. I ja jestem tu po to, aby powiedzieć, że także tego nie chcę. Chrześcijaństwo nie jest instytucją, do której mogą należeć wszyscy bez wyjątku. Bóg mi świadkiem, że jestem zmęczony mężami stanu, którzy za życia nigdy nie przekroczyli progów kościoła, ale chcą, aby na ich pogrzebie śpiewano chrześcijańskie hymny. Protestuję w imieniu Boga! Zarzucają nam, że jesteśmy hipokrytami, ale czy to nie jest czysta hipokryzja? Dlaczego chcą chrześcijańskich hymnów na pogrzebach? Dlaczego nie śpiewają ich, gdy są żywi? Kościół jest na tyle bezmyślny, że pozwala się wykorzystywać, ale to nie ma nic wspólnego z nowotestamentowym chrześcijaństwem. To w Dziejach Apostolskich widzimy prawdziwą wspólnotę.

Cóż więc ona znaczy? Sprawdziłem definicję tego słowa i znalazłem tam stwierdzenia: „głęboka więź", „prawdziwa społeczność", „bliski związek, którego najlepszym przykładem jest małżeństwo”. Tego słowa używa się również dla określenia „partnerstwa w biznesie”. Prawdziwa wspólnota nigdy nie jest czymś powierzchownym. Jest głęboka i ważna. Staje się najważniejszą rzeczą w życiu. Kiedy ludzie zostają chrześcijanami, tworzą jedność. Stają się członkami wspólnoty. Razem tworzą rodzinę. Są połączeni nierozerwalnymi więzami.
***

Gdzie był kościół w tamtych czasach? Można było go znaleźć wśród prastarych ludzi zwanych Waldezjanami, Żyjącymi na północy Włoch. Oni spoty kali się po domach, a kiedy im na to nie pozwalano, gromadzili się w jaskiniach, wysoko w górach. Wbrew wszystkiemu spotykali się w małych grupach. To był kościół. Później w Czechach byli również zwolennicy Jana Husa; zwolennicy Johna Wycliffe'a w Anglii, a to wszystko jeszcze zanim miała miejsce reformacja protestancka. Na tym polega istota kościoła. Nie jest on wielką instytucją, ale składa się z prostych ludzi, którzy uwierzyli w prawdę, poznali Pana, trwają w jego nauce i razem się modlą. Później nastąpiła reformacja protestancka i ludzie natychmiast zaczęli ponownie spotykać się w małych grupach. Nieco później znajdujemy kościół wśród Purytan i we wspaniałej historii szkockich prezbiterian. Poczytaj o tym, a przekonasz się, czym jest kościół i czym jest chrześcijaństwo. Zwykle prezbiterianie musieli spotykać się gdzieś wysoko w górach. Pewnego razu zwiedzałem miejsce zwane Communion Stones na południu Szkocji, niedaleko Dumfries - jedno z najbardziej niesamowitych miejsc, w jakich kiedykolwiek byłem. Trzeba było zejść z głównej drogi, przemieszczać się mniej uczęszczanymi drogami do granicy gospodarstwa rolnego, aż doszło się do podwórza. Następnie trzeba było iść zboczem wzgórza do przesmyku między wzniesieniami, za którym rozpościerało się miejsce niemal stworzone do spotkań, przypominające mały amfiteatr, pośrodku którego stał duży kamień. W tym właśnie miejscu, w siedemnastym wieku, szkoccy chrześcijanie spotykali się w niedzielne popołudnia, aby spożywać Wieczerzę Pańską. Jeden lub dwóch ludzi stało na czatach przy przesmyku, aby ostrzec pozostałych przed angielskimi żołnierzami, którzy mogli ich aresztować. To byli prości, nic nie znaczący ludzie, ale w swoich sercach mieli Bożą łaskę. Ryzykowali Życiem, aby się spotykać, ale ich życie było przemienione i dlatego byli gotowi na spotkanie ze swoim Bogiem. 


dr Martyn Lloyd-Jones - Autentyczne Chrześcijaństwo tom 1

środa, 18 stycznia 2017

Żyjemy w czasach fałszywych proroków!

Oto obraz, który powinniśmy sobie wyobrazić. Znajdujemy się jak gdyby przed ciasną bramą. Słyszeliśmy już Kazanie, przysłuchiwaliśmy się nawoływaniom, a teraz zastanawiamy się co mamy uczynić. Nasz Pan mówi nam: „W tym momencie powinniście w szczególności strzec się niebezpieczeństwa ze strony fałszywych proroków. Są oni zawsze obecni, stojąc tuż przed ciasną bramą. Jest to ich ulubione miejsce. Jeśli zaczniecie ich słuchać, będziecie całkowicie zgubieni, ponieważ chcą oni was przekonać, abyście nie wchodzili przez ciasną bramę, oraz abyście nie szli wąską drogą. Będą próbować was odwieść od słuchania tego, co mam wam do powiedzenia." Istnieje więc nieustanne ryzyko, że pojawi się fałszywy prorok z podstępnymi pokusami. Natychmiast pojawia się w naszych myślach pytanie: kim są owi fałszywi prorocy? Jak można ich rozpoznać? Nie jest to takie proste pytanie, jak by mogło się nam wydawać. Odpowiedź na nie jest niesłychanie ciekawa i fascynująca. Istnieją dwie główne szkoły dotyczące interpretacji powyższego stwierdzenia o fałszywych prorokach. W każdej z nich można znaleźć wielkie nazwiska z historii kościoła. Pierwsza szkoła mówi, że powyższy fragment dotyczy jedynie nauki fałszywych proroków „po ich owocach poznacie ich" — mówi nasz Pan. Wspomniany owoc wg nich dotyczy nauczania i doktryny, oraz niczego więcej. Protestanccy bibliści należący do tej grupy ogólnie uznają kościół rzymsko-katolicki jako najlepszy tego przykład. Druga grupa jednak zupełnie się z tym nie zgadza. Mówi ona, że werset o fałszywych prorokach w ogóle nie dotyczy ich nauki, lecz opisuje wyłącznie rodzaj życia jaki prowadzą. Znany biblista dr Alexander MacLaren mówi: „Nie jest to test wykrywający heretyków, lecz demaskujący hipokrytów a w szczególności nieświadomych obłudników".  Uważa on, że wspomniany fragment nie ma żadnego związku z treścią nauki. Istnieje wiele osób, które przyjmują jego założenie. Cała trudność związana ze wspomnianymi prorokami polega na tym, że ich nauka jest właściwa, lecz ich życie jest złe, oraz że nie zdają sobie sprawy ze swojej obłudy. Istnieją więc dwie szkoły myślenia. Musimy uporać się z ich różnymi sposobami wyjaśniania powyższego fragmentu. W ostatecznym rozrachunku, nie ma większego znaczenia, który z nich przyjmiemy. Sugeruję nawet, że obydwa są jednocześnie słuszne i niesłuszne. Błędem jest również twierdzenie, że właściwa interpretacja znajduje się po jednej lub po drugiej stronie. Nie oznacza to kompromisu, lecz stwierdzenie, że żadna z nich nie może wyjaśnić w pełni wspomnianego fragmentu, jeśli nie obejmuje równocześnie tej drugiej. Nie możesz powiedzieć, że werset ten to tylko kwestia nauki, oraz że stanowi on nawiązanie jedynie do herezji, ponieważ wcale nie tak trudno jest ją wykryć. Większość ludzi z odrobiną rozeznania potrafi rozpoznać heretyka. Jeśli jakiś człowiek pojawi się na kazalnicy z wątpliwą teologią odnośnie istoty Boga oraz zaprzecza bóstwu Chrystusa i jego cudom, powiesz, że jest on heretykiem. Nie będziesz miał z tym większych trudności, ani nie zauważysz w tym nic podstępnego. Przykład naszego Pana sugeruje jednak, że taka trudność istnieje, oraz że można w niej wyczuć jakiś podstęp. Zwróć uwagę na same terminy, którymi się posługuje - na obraz odzienia owczego. Sugeruje On, że prawdziwa trudność dotycząca tego rodzaju fałszywego proroka polega na tym, że z początku wcale go sobie takim nie wyobrażałeś. Cała ta kwestia ma niezwykle subtelny charakter, w rezultacie czego, Boży lud może ulec zwiedzeniu. Zwróć uwagę w jaki sposób apostoł Piotr wyraża to w drugim rozdziale swojego II Listu. Ludzie ci – mówi – wkradają się niepostrzeżenie. Wyglądają na ludzi porządnych. Mają na sobie owcze odzienie i nikt nie podejrzewa ich o nic fałszywego. Biblia Starego i Nowego Testamentu zawsze wydobywa tę cechę w fałszywych prorokach. Ich podstępność stanowi wielkie niebezpieczeństwo. Każda prawdziwa interpretacja wspomnianego nauczania musi odpowiednio podkreślać ten szczególny element. Z tego powodu nie możemy więc przyjąć, że wspomniany fragment ostrzega jedynie przed heretykami i ich doktryną. To samo dotyczy drugiej interpretacji. W ich zachowaniu bowiem nie ma nic zdecydowanie rażącego. W przeciwnym wypadku każdy by to rozpoznał. Nie byłoby w tym nic podstępnego ani trudnego. Musimy więc wyobrazić sobie następujący obraz. Fałszywy prorok jest człowiekiem, który do nas przychodzi i na pierwszy rzut oka wygląda na osobę pod każdym względem bez zarzutu. Jest miły, przyjemny i uprzejmy. Jego nauczanie jest, ogólnie mówiąc, prawidłowe, a on posługuje się wyrażeniami, które używane są przez dobrych chrześcijańskich nauczycieli. Mówi o Bogu, o Jezusie Chrystusie, o krzyżu, kładzie nacisk na miłość Bożą, oraz głosi wszystko co powinien. Przyodziany jest w owczą skórę, czemu odpowiada jego sposób życia. Nie podejrzewasz  więc, że może być w nim coś nieprawidłowego. Nie istnieje w nim nic, co mogłoby natychmiast zwrócić twoją uwagę lub wzbudzić podejrzenia - nic, co mogłoby być rażąco złe. Cóż niewłaściwego więc można by powiedzieć o takiej osobie? Uważam, że osoba ta może błądzić zarówno w swojej nauce jak i w sposobie życia. Zauważymy bowiem, że obydwie te rzeczy są ze sobą nierozerwalnie związane. Nasz pan wyraża to słowami: „Po owocach ich poznacie ich." Nauki i życia nigdy nie można rozdzielić, a gdzie pojawia się niewłaściwa nauka, w jakimkolwiek kształcie lub formie, zawsze prowadzi do nieprawidłowego stylu życia. Jak możemy więc określić takich ludzi? Dlaczego ich nauczanie jest złe? Najwłaściwsza odpowiedź mówi, że nie ma w nim ani „ciasnej bramy", ani „wąskiej drogi". Na początku wydaje się ono właściwe, lecz później odkrywamy, że nie zawiera powyższych prawd. Jego fałsz można rozpoznać po tym, czego ono nie mówi, raczej niż po tym co mówi. Dopiero w tym momencie uświadamiamy sobie jak bardzo jest ono podstępne. Jak już zauważyliśmy, każdy chrześcijanin może rozpoznać człowieka, który wypowiada rażące słowa. 
           Myślę jednak, że nie będę niesprawiedliwy jeśli powiem, że olbrzymia większość chrześcijan w dzisiejszych czasach nie potrafi rozpoznać człowieka, który mówi właściwe rzeczy, lecz pomija te najistotniejsze. Z niewiadomych przyczyn uważamy, że błąd polega tylko na czymś rażąco złym. Nie potrafimy pojąć, że najbardziej niebezpieczną osobą jest ten, kto nie podkreśla tego, co trzeba. Oto jedyny właściwy sposób zrozumienia przykładu o fałszywych prorokach, Są to ludzie, w których ewangelii nie ma "ciasnej bramy", ani „wąskiej drogi". Nie ma w nich cech, które mogłyby obrażać naturalnego człowieka. Wszystkim się podobają. Noszą na sobie „owcze odzienie", są atrakcyjni, mili i przyjemni z wyglądu. Wygłaszają uprzejme, wygodne, i pocieszające słowa. Sprawiają wszystkim przyjemność i każdy o nich mówi dobrze. Nikt nie prześladuje ich za zwiastowanie, ani ostro nie krytykuje. Są wychwalani przez liberałów i modernistów. Chwalą ich ludzie ewangelicznie wierzący oraz wszyscy pozostali. W pewnym sensie stali się oni „wszystkim dla wszystkich". Nie ma w nich nic z ciasnej bramy a w ich przesłaniu nie pojawia się „wąska droga". „Zgorszenie krzyża" u nich nie występuje. Jeśli tak wygląda wizerunek fałszywego proroka w ogólnym zarysie, zadajmy sobie następujące pytanie: co dokładnie mamy na myśli, gdy mówimy „wąska brama oraz wąska droga"? Pamiętacie w jaki sposób apostoł Piotr argumentuje w 2 rozdziale swojego II Listu. Mówi bowiem: „Lecz byli też fałszywi prorocy między ludem, jak i wśród was będą fałszywi nauczyciele." Musimy więc wrócić do Starego Testamentu i czytać o owych fałszywych prorokach, ponieważ w swojej istocie nie zmienili się oni do dzisiaj. Istnieli bowiem zawsze, a za każdym razem, gdy przychodził prawdziwy prorok taki jak Jeremiasz, lub ktoś jemu podobny, pojawiali się aby kwestionować jego wypowiedzi, aby mu się sprzeciwiać, aby mu zaprzeczać oraz aby go wyśmiewać. Czym się cechowali? Zostali oni opisani następująco: „ I leczą rany swojego ludu powierzchownie, mówiąc: Pokój, pokój! - choć nie ma pokoju." Fałszywy prorok zawsze pociesza. Gdy słuchasz go, przeważnie odnosisz wrażenie, że dzieje się niewiele złego. Przyznaje on oczywiście, że w pewnym stopniu ono istnieje; nie jest głupcem do tego stopnia, by mówić, że zło zupełnie znikło. Twierdzi jednak, że wszystko jest i będzie dobrze. „Pokój, pokój" - mówi. „Nie słuchajcie takich ludzi jak Jeremiasz" - woła. „On ciasno myśli, wszędzie widzi herezję i trudno z nim współpracować. Nie słuchajcie go. „Pokój, pokój." Leczy rany swojego ludu powierzchownie: „Pokój, pokój! - choć nie ma pokoju." Wówczas Stary Testament wypowiada z ogromną mocą przerażającą prawdę o religijnych ludziach ówczesnych i dzisiejszych czasów: „Mojemu ludowi się to podoba". Dzieje się tak, ponieważ tego rodzaju zwiastowanie nigdy nie zakłóca spokoju i nigdy nie jest dla nas niewygodne. Żyjesz tak jak dotychczas, jesteś w „porządku", oraz nie musisz zbytnio przejmować się ciasną bramą i wąską drogą, ani zastanawiać się tą czy inną nauką. „Pokój, pokój". Fałszywy prorok w swoim owczym odzieniu zawsze brzmi pocieszająco i kojąco. Jest zawsze nieszkodliwy, miły i atrakcyjny. W jaki sposób przejawia się to w praktyce? Uważam, że przeważnie tego rodzaju zwiastowanie cechuje się całkowitym brakiem doktryny w swoim przesłaniu. Przeważnie posługuje się ogólnikami i mglistymi określeniami. Nigdy nie wchodzi w doktrynalne szczegóły, ani nie lubi doktrynalnych kazań. Zawsze pozostaje niejasne. Ktoś mógłby zapytać: Co rozumiesz przez doktrynalne szczegóły, oraz gdzie jest tutaj miejsce na ciasną bramę i wąską drogę? Odpowiedz polega na tym, że fałszywy prorok bardzo rzadko będzie ci mówił o świętym życiu, sprawiedliwości i Bożym gniewie. Zawsze zwiastuje o miłości Bożej, lecz pozostałych spraw nie wspomina. Nigdy nie wzbudza w ludziach bojaźni, gdy wspomina o owym świętym i majestatycznym Bycie, z którym my wszyscy musimy mieć do czynienia. Nie twierdzi, że nie wierzy we wspomniane prawdy. Nie. Nie na tym polega trudność, lecz na tym, że w ogóle o nich nie mówi. Zazwyczaj podkreśla tylko jedną prawdę o Bogu, a mianowicie o miłości. Nie wspomina o innych prawdach, które są równie ważne w Piśmie Św. I właśnie tutaj tkwi niebezpieczeństwo. Nie głosi on bowiem rzeczy, które w sposób oczywisty są nieprawidłowe, lecz powstrzymuje się od zwiastowania tego, co jest wyraźnie dobre i prawdziwe. Dlatego nazywa się fałszywym prorokiem. Ukrywanie prawdy jest tak samo godne potępienia, jak głoszenie wielkiej herezji. Z tego względu rezultat takiego nauczania można przyrównać do ‘wilka drapieżnego’. Cechuje się ono łagodnością, lecz może doprowadzić ludzi do zagłady, ponieważ nigdy nie pokazało im świętości, sprawiedliwości i gniewu Bożego. Nigdy nie podkreśla doktryny o sądzie ostatecznym i wiecznym potępieniu ludzi zgubionych.


dr Martyn Lloyd Jones - Studium kazania na górze

sobota, 24 grudnia 2016

Piorunująca wiadomość

W dalszym ciągu zajmujemy się Pawłową argumentacją przeciwko stanowisku Żydów. Pierwszym z argumentów było ponoszenie winy za potępianie pewnych postaw u innych, samemu będąc nieświadomym swojej wewnętrznej niespójności w czynieniu tegoż, polegającej na niedostrzeganiu faktu, że potępiając innych potępiali siebie. Drugim była niepamięć w stosunku do tego, że sąd Boży zawsze jest zgodny z prawdą. Obecnie zajmujemy się argumentem trzecim, czyli całkowitym niezrozumieniem przez nich biblijnego nauczania o dobroci Bożej, cierpliwości i pobłażliwości, wyrażonej w słowach: "lekceważysz... nie wiedząc [...]" Rz.2,4. Jest to, jak pamiętamy, postawa świadomie wybierająca niewiedzę, postawa lekceważąca: „nie wiedząc, że dobroć Boża do upamietania cię prowadzi". Szczegółowo zajęliśmy się słowem „prowadzi", dlatego teraz musimy rozważyć to wielkie i niezwykle ważne słowo „opamiętanie." Pozwólcie mi ponownie podkreślić jak ważnym jest, abyśmy widzieli, że jest to pierwsza rzecz, na którą trzeba zwrócić uwagę podczas głoszenia Ewangelii. Przede wszystkim Ewangelia wzywa nas do opamiętania. Podawałem wam różne fragmenty i pokazałem, że Jan Chrzciciel głosił chrzest opamiętania na odpuszczenie grzechów. Oto posłaniec Ewangelii. Nasz Pan chodził i wzywał wszędzie ludzi do opamiętania. Piotr w Dzień Pięćdziesiątnicy uwypukla jako piorunującą wiadomość: „Upamiętajcie się!", mówi, „i ochrzcijcie się w imię Jezusa Chrystusa". I, jak widzieliśmy, apostoł Paweł, żegnając się ze starszyzną efeską, przypomina im, że jego służba polegała na głoszeniu opamiętania się przed Bogiem i wiary w Jezusa Chrystusa. Kwestia porządku jest bardzo ważna. Z oczywistych względów jest to czynnik determinujący nasz sposób ewangelizacji i myślę, że zgodzicie się ze mną, iż jest to coś, o czym w dzisiejszych czasach mamy tendencję zapominać. Wydaje się, że ideą obecną w całej tej sprawie jest, by najpierw przyprowadzić ludzi do Chrystusa, a dopiero potem do pokuty. Z pewnością nie jest przypadkiem, że porządek Pisma jest zawsze odwrotny, i na pewno bardzo niebezpieczne dla nas jest, jeśli chcąc widzieć większe efekty odwracamy ten biblijny schemat, który zawsze charakteryzował sposób głoszenia Ewangelii przez Kościół, w każdym okresie przebudzenia i ożywienia. Nie jest niespodzianką, że obserwujemy dzisiaj niewiele dowodów na istnienie poczucia grzechu, rzadko widzi się też płaczących grzeszników; nie jest więc niespodzianką, że rzadko słyszymy kogoś, kto w obecności świętego Boga, przeżywa agonię duszy z powodu uświadomienia sobie swojej grzeszności. Jeśli nie głosimy opamiętania, to oczywiście nie mamy powodów, by tego oczekiwać. Jeśli cofniemy się i poczytamy historię przebudzeń w Kościele chrześcijańskim odkryjemy, że opamiętanie zawsze było elementem centralnym podstawowym. Póki co, poprzestanę na tym i przejdę dalej, musimy się bowiem zastanowić nad rzeczywistym znaczeniem opamiętania: „dobroć Boża do upamiętania cię prowadzi". Bardzo przekonującą metodą Przyjrzenia się temu terminowi jest wzięcie pod uwagę dwóch słów, łacińskiego, od którego pochodzi nasze angielskie słowo oraz greckiego. Słowo łacińskie (poenitentia — przyp. red.) oznacza „myśleć jeszcze raz", myślisz — jeszcze raz. Mówiąc inaczej, zwykle myślałeś w normalny dla siebie sposób, wezwanie do opamiętania zaś, które jest efektem dobroci Bożej, powinno spowodować zatrzymanie się i ponowne przemyślenie. Mamy wiele ilustracji takiego zachowania w Piśmie, ale jedno, które nieodmiennie mnie przekonuje znajdujemy w Ewangelii wg św. Mateusza 21:28-32, gdzie sam nasz Pan Jezus Chrystus, w tak zwanej przypowieści o dwóch synach, mówi o sprawie opamiętania: „Pewien człowiek miał dwóch synów. Przystępując do pierwszego, rzekł: Synu, idź, pracuj dziś w winnicy. A on, odpowiadając, rzekł: Tak jest, panie! Ale nie poszedł. I przystępując do drugiego, powiedział tak samo. A on, odpowiadając, rzekł: Nie chcę, ale potem zastanowił się i poszedł. Który z tych dwóch wypełnił wolę ojcowską? Mówią: Ten drugi. Rzecze im Jezus: Zaprawdę powiadam wam, że celnicy i wszetecznice wyprzedzają was do Królestwa Bożego. Albowiem przyszedł Jan do was ze zwiastowaniem sprawiedliwości, ale nie uwierzyliście mu, natomiast celnicy i wszetecznice uwierzyli mu; a wy, chociaż to widzieliście, nie odczuliście potem skruchy, aby mu uwierzyć". Drugi syn jest tutaj ważną postacią, widzimy też, że pierwszą cechą opamiętania jest „pomyśleć jeszcze raz". Mamy tu młodego człowieka, któremu ojciec nakazał pracować w winnicy. Początkowo mówi, że nie pójdzie, potem zaś widzimy go idącego do winnicy. Co mu się stało? Cóż, najwyraźniej musiał ponownie przemyśleć ojcowski nakaz — jeszcze raz. Zawsze stanowi to zasadniczą część opamiętania.


dr Martyn Lloyd-Jones - Boży sąd

środa, 1 czerwca 2016

Sola fide

Wiecie, wielu chrześcijan z Rzymu i z innych miejsc w końcu oddało życie za swoją wiarę: byli wrzucani na arenę lwom na pożarcie, ich domy zostały spalane, a oni sami stali się przedmiotem najokrutniejszej niesprawiedliwości, a jednak znieśli to mężnie. Dlaczego? Ponieważ wiedzieli nie tylko, w kogo uwierzyli, ale także w co uwierzyli. Byli tak ugruntowani w wierze, że stali niewzruszenie jak skały. A protestanccy reformatorzy i męczennicy Latimer (1490-1555 biskup angielski), Ridley (1500-1555 angielski biskup i męczennik) lub pozostali? Co zaprowadziło ich na stos? Odpowiedź jest tylko jedna: wiedzieli, w co wierzą! Czy wiecie, że niektórzy z tych ludzi umarli za naukę o usprawiedliwieniu jedynie z wiary? Kościołowi rzymskokatolickiemu nie podobała się ta nauka, więc powiedział: „Jeśli dalej będziecie głosić, że człowiek jest usprawiedliwiony jedynie z wiary, spłoniecie na stosie” - więc poszli na stos i chętnie spłonęli.
Zastanawiam się jednak, ilu rzekomych chrześcijan byłoby dzisiaj gotowych na to samo - nie mówię jedynie o liberalnych czy modernistycznych chrześcijanach, ale także o chrześcijanach ewangelikalnych. Wkrada się między nas przerażająca tendencja, twierdząca, że takie rzeczy nie mają znaczenia. Męczennicy byli ludźmi, którzy wiedzieli, w co wierzą. Zdawali sobie sprawę z tego, że nauka o usprawiedliwieniu przez wiarę jest tak istotna, tak znacząca, że nie odrzuciliby jej za żadną cenę, nawet za cenę własnego życia. W ten sam sposób Ridley i Cranmer (1489-1556 arcybiskup Canterbury) obstawali szczególnie mocno przy kwestii wieczerzy Pańskiej. Mówili: „Nie otrzymujesz łaski, gdy spożywasz chleb, o którym mówi się, że podlega procesowi przeistoczenia, transsubstancjacji. To kłamstwo. Spożywanie chleba nie udzieli w sposób mechaniczny łaski”. Poszli za to na stos. Widzicie, jak ważna jest znajomość doktryny, nauki! I jakimż zaprzeczeniem Pisma jest powiedzenie, że nie ważne, w co wierzysz, o ile w ogóle nazywasz się chrześcijaninem albo, że nie musisz trzymać się tych doktryn jako absolutów. Według tej linii rozumowania następnym logicznym stwierdzeniem byłoby powiedzenie, że dopóki człowiek myśli, że jest chrześcijaninem, pracujmy z nim i niech Bóg go błogosławi. To nie jest nauczanie Listu do Rzymian, a ludzie wierzący w ten list umierali, by potwierdzić jego wagę. Oby Bóg objawił nam swą prawdę, byśmy również byli przygotowani, by przy niej obstawać.

***


Paweł gorąco pragnie udać się do Rzymu. Ale jakiż to kontrast ze współczesnym rzymskim papieżem! Zauważcie, że Paweł nie mówi, że  gdy przyjedzie do Rzymu będzie gotów z przyjemnością udzielić im audiencji. Nie ma tu nic takiego. Będzie jednym z nich, zamieszka wśród nich. (…)
Drodzy przyjaciele, mówię o tych sprawach, ponieważ żyjemy w czasach gdy wielu protestantów sądzę, że z powodu straszaka, jakim wydaje się być komunizm (Autor wygłosił to kazanie, gdy w Europie komunizm był znaczącą potęgą) -zdaje się niemal zgadzać z tym poglądem na istotę Kościoła. Ale to całkowite zaprzeczenie tego, co mówi Nowy Testament. Musimy jeszcze raz spojrzeć na tę kwestię. Oto największy apostoł, jakiego kiedykolwiek widział Kościół, a jednak spójrzmy na niego: jest pokorny, łagodny, uniżony. „To znaczy, aby doznać wśród was pociechy przez obopólną wiarę, waszą i moją” -oto czego oczekuje od tego spotkania. Ani tu, ani w żadnym innym miejscu Nowego Testamentu nie znajdujemy żadnej monarchicznej koncepcji zarządzania Kościołem. Żadnej! Nie ma nawet cienia wskazówki czy sugestii władzy papieskiej. Wręcz przeciwnie. Papizm został zapożyczony od cesarstwa rzymskiego. Nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. To zafałszowanie Pisma Świętego. Ujmuję to w ten sposób, ponieważ czuję i jestem coraz mocniej przekonany, że ta kwestia była zawsze i nadal jest największą przeszkodą dla prawdziwego przebudzenia w Kościele. Niestety, nastał dzień, kiedy cesarz zwany Konstantynem który stał się chrześcijaninem powiedział, że jego cesarstwo powinno również stać się chrześcijańskie. Niestety, Kościół zgodził się na kompromis ze światem. Cały ten pomysł wprowadził do Kościoła książąt, panów i możnowładców, do których można podchodzić jedynie na pewną odległość i którzy mogą udzielać błogosławieństw, ale zdają się nigdy niczego nie przyjmować od innych. Wszystko to różni się od tego, co znajdujemy w tym miejscu, prawda?


***

A trzecim elementem ogólnej definicji zbawienia jest to, że przywraca nam ono nadzieję chwały. Gdy człowiek popadł w grzech, gniew Boży spoczął nad nim, a gniew Boży posyła winnych na zagładę. Musimy zostać zatem wybawieni od zagłady, musimy zostać uratowani przed nadchodzącym gniewem. Zwróćcie uwagę na poselstwo, które głosił Jan Chrzciciel: Upamiętajcie się. Wzywał ludzi, by przyjmowali chrzest opamiętania na odpuszczenie grzechów. "Ratujcie się z tego przewrotnego pokolenia. Uciekajcie przed nadchodzącym gniewem". Nasz Pan powtarza dokładnie te same słowa. Nie są one dzisiaj popularne, ale stanowią zasadniczą cześć zbawienia. Pozwólcie, że powtórzę: człowiek znajdujący się w grzechu podlega gniewowi Bożemu, a gniew Boży skazuje na zatracenie, na zagładę i musimy zostać uratowani od zagłady. Zbawienie tego dokonuje. Daje nam „nadzieję chwały”. Daje nam możliwość spędzenia wieczności w obecności Boga i Jego chwały! To zasadnicza cześć zbawienia. I jeśli nie mówimy o niej, nie przedstawiamy pełnej definicji tego cudownego słowa.

dr Martyn Lloyd-Jones - Boża Ewangelia

środa, 25 maja 2016

Temperamenty i inne filozofie

Mamy różne temperamenty i istnieją tacy, którzy mają pogodny, optymistyczny temperament sangwinika. Wszyscy wiemy, że są oni przeciwieństwem typu depresyjnego (jakim był Tymoteusz), który zawsze widzi trudności i jest zawsze pełen złowieszczych przeczuć. Istnieje też inny typ ludzi. Pamiętamy ich z okresu obu wojen. Bez względu na to, ile bitew przegraliśmy, bez względu na to, jak źle toczyły się sprawy, tacy ludzie stale uśmiechając się zapewniali, że wszystko będzie dobrze. To bardzo atrakcyjna i interesująca teoria, ale oczywiście całkowicie błędna. (...) 
Wiemy bardzo wiele o apostole Pawle, ale gdyby była tylko jedna rzecz, którą moglibyśmy powiedzieć o nim z całą pewnością, powiedzielibyśmy, że nie był urodzonym optymistą. Z natury był pesymistą. Był bardzo wrażliwym człowiekiem, żyjącym w stałym napięciu i łatwo się zniechęcającym.(...) 
Nie ważne, jaki jest twój temperament, nie ważne, jakim jesteś typem psychicznym, nic się nie liczy w porównaniu z mocą ewangelii. Widzisz, ewangelia nie zależy od nas, ale od mocy Bożej. To pierwsza wielka zasada i dlatego ją podkreślam.
***
Epikurejczyk był człowiekiem, który nie myślał zbyt wiele. W każdym razie rezultatem jego myślenia było przekonanie, że im mniej się myśli, tym lepiej. Przede wszystkim należy dobrze się bawić, a jeśli chcesz się dobrze bawić, nie powinieneś myśleć zbyt wiele, tylko oddać się przyjemności.
Stoik był poważnym, myślącym człowiekiem, który uczciwie wierzył, że trzeba stawiać czoła faktom, jakie niesie ze sobą życie. A zrobiwszy to, doszedł do wniosku, że życie jest ciężkim kawałkiem chleba i trudnym zadaniem, dlatego też jest tylko jeden sposób, by przez nie przejść - należy mianowicie narzucić sobie surową dyscyplinę. Życie - powiada stoik -może cię zaatakować, sponiewierać i pokonać, a wielką sztuką życia jest utrzymanie się na nogach. Jedynym sposobem, by to osiągnąć jest usztywnienie swoich ramion, zaciśnięcie zębów i oddanie się filozofii odwagi, mówiąc: „Będę człowiekiem!"
Bez względu na to, co się wydarzy, będziesz trwał na posterunku, będziesz szedł do przodu i wytrwasz do końca. Filozofia wytrwałości, filozofia odwagi, filozofia zaciskania zębów. Na naturalnym, ludzkim poziomie stoicyzm jest wspaniałą rzeczą, ale to nie jest chrześcijaństwo.
***
W chwili, w której człowiek zaczyna poważnie myśleć o życiu i uświadamia sobie, że ma duszę - duszę, o której zapomniał, którą całkowicie zaniedbywał i dla której w ogóle nic nie robił. W chwili, w której uświadamia to sobie i widzi, że istnieje Bóg, przed którym będzie musiał stanąć i zdać rachunek ze swego życia, jego pierwsza i instynktowna reakcja jest nieodmiennie taka: „Nagle to zobaczyłem” - powiada -„Zapomniałem o tym wszystkim. Żyłem, jakbym był zwierzęciem. Ale teraz widzę, że jestem człowiekiem. Mam duszę i muszę liczyć się z Bogiem. Potrzebuję Bożych błogosławieństw. Jak mogę je zdobyć? Cóż, muszę zacząć. Muszę zacząć nową kartę, muszę zacząć nowe życie. Muszę zacząć czytać Biblię, muszę zacząć się modlić. Może dobrze byłoby porzucić dotychczasowy zawód. Dobrze byłoby zostać mnichem czy pustelnikiem. Muszę dostać się do klasztoru, to jest praca na pełny etat. Będę prowadzić takie życie, żeby podobało się Bogu, żeby Bóg mnie przyjął i zaczął mi błogosławić”.
Czyż nie tak? Czy nie taka jest nasza instynktowna reakcja? Czy nie takie jest powszechne wyobrażenie na temat tego, co znaczy być chrześcijaninem? Zadaj sobie pytanie - jaki jest twój pogląd na to, co czyni człowieka chrześcijaninem? Kim jest chrześcijanin? Myślę, że stwierdzisz, że z natury od czasu do czasu miałeś takie zdanie: chrześcijanin jest dobrym człowiekiem. Chrześcijanin jest człowiekiem, który czyni dobro; próbuje nie czynić zła i czyni tyle dobra, ile tylko może. To jest chrześcijanin.
Oczywiście ze strony nauczania Kościoła chrześcijańskiego otrzymałeś wiele zachęty utwierdzającej cię w tym fałszywym poglądzie. Kościół rzymskokatolicki istotnie tak naucza. Wiem, że powiada, iż Kościół zbawia cię, ale poprzez sakramenty i obrządki zostawia pewną część tobie. Kładzie ogromny nacisk na współdziałanie. To synergizm. W istocie, przeważającym i najbardziej popularnym wyobrażeniem chrześcijaństwa jest to - zgodzicie się - że chrześcijaństwo oznacza naśladowanie Chrystusa. Jak to wspaniale brzmi! Stajemy na naszych nogach, składamy wielką ofiarę i idziemy za Chrystusem. Ludzie to lubią. Odwołuje się to do ludzkiego poczucia heroizmu i poświęcenia się, a ludzie, którzy tak czynią są uważani za największych chrześcijan tego stulecia, ponieważ porzucili tak wiele i zrobili to czy tamto. To właśnie powiadają - czyni człowieka chrześcijaninem. Ludzkie wysiłki, uczynki, działania - wszystko to rzeczy, które czynią człowieka chrześcijaninem.
Inni ujmują to bardziej w kategoriach tak zwanego mistycyzmu, ale w końcu dochodzą dokładnie do tego samego. To system, który zostawia wszystko w twoich rękach. Musisz spędzać całe godziny na kontemplacji i medytacji. Musisz umrzeć dla samego siebie. Musisz przejść przez ciemną noc duszy. Musisz bardzo wiele czytać - czytać książki filozoficzne i te, które dotyczą mistycyzmu, a to oznacza surową i twardą dyscyplinę i zapieranie się samego siebie dopóki w końcu po przejściu tych wszystkich etapów nie „dojdziesz do celu”. Oto istota mistycyzmu. (...)
Pozwólcie, że powiem to najprościej jak potrafię. Czy w tej chwili opierasz się na czymś w sobie samym? Jeśli tak, nie jesteś chrześcijaninem. Czy opierasz się na tym, że wychowałeś się w chrześcijańskim kraju? Niech Bóg się nad tobą zmiłuje! Jeśli ciągle myślisz, że to chrześcijański kraj, obawiam się, że nie mówimy tym samym językiem. Czy opierasz się na tym, że zostałeś ochrzczony jako dziecko, albo że przyjąłeś chrzest jako dorosły czy na tym właśnie się opierasz? Czy opierasz się na tym, że jesteś członkiem jakiegoś Kościoła, że twoje imię jest na liście członków - czy tak jest? Niech Bóg się nad tobą zmiłuje! Każdy może się gdzieś zapisać, zwłaszcza dzisiaj, gdy nie ma w tej kwestii żadnych przeszkód. Czy opierasz się na tym, że uczyniłeś wiele dobra? Czy opierasz się na tym, że nigdy się nie upiłeś, że nigdy nie popełniłeś cudzołóstwa, że nie jesteś mordercą - czy na tym właśnie się opierasz? Jeśli tak, powiadam ci, jesteś na zewnątrz!
***
Człowiek ciągle wierzy, mimo dotychczasowych porażek, że może uczynić ten świat doskonałym światem i że powinniśmy koncentrować się na tym świecie, doprowadzić go do porządku i uczynić lepszym miejscem.
Nie zrozumcie mnie źle. Oczywiście, wszyscy wierzymy w czynienie tego świata lepszym i wszyscy, którzy mają jakieś poczucie, muszą wierzyć w słuszność pewnych politycznych i społecznych akcji. Ale - właśnie, jest istotne „ale” nauczanie biblijne kładzie nacisk na coś innego. Czy nam się to podoba, czy nie, Biblia mówi jasno i wyraźnie, że ten stary świat jest złym i potępionym światem, światem który spotka zagłada. To właśnie głosi chrześcijański realizm. Zgodnie z nauczaniem biblijnym najbardziej zwiedzionym człowiekiem jest ten, kto wierzy, że możemy doprowadzić świat do porządku przez polityczne i społeczne działania. Taki człowiek jest największym ze wszystkich głupców.


dr Martyn Lloyd-Jones - ...nie wstydzę się...


czwartek, 27 lutego 2014

Pokój z Bogiem

Paweł nie mówi, że mamy "pokój Boży", ale że mamy "pokój z Bogiem". "Pokój Boży, który przewyższa wszelki rozum" (Fil.4,7) jest czymś, czego potrzebuje człowiek, otoczony problemami, trudnościami oraz udrękami. Jest poważnie zagrożony ulegnięciem niepokojącym go troskom, zmartwieniom i obawom. Wszyscy jesteśmy narażeni na tego rodzaju pokusę. W liście do Filipian apostoł zajmuje się ludźmi solidnie utwierdzonymi w chrześcijańskim życiu, a nie sposobem, w jaki można rozpocząć tego rodzaju życie. Nigdy nie poznamy "pokoju Bożego" póki nie będziemy mieć "pokoju z Bogiem". Ważne jest, byśmy zrozumieli, iż tutaj tematem nie jest to, jak mamy sprostać życiowym udrękom, ale raczej, jak możemy sprostać Bożemu prawu, zmierzyć się z Bożym sądem, i Bożą sprawiedliwością. Apostoł przypomina nam, że przez Pana Jezusa Chrystusa i dzięki środkowi, jakim jest usprawiedliwienie z wiary, mamy pokój względem Boga. (...)
...jeśli chcesz mieć pewność zbawienia, nie zaczynaj od swoich uczuć, ale od zrozumienia, a uczucia pojawią się później.(...)
Kolejna cecha charakterystyczna fałszywego pokoju jest nieco zaskakująca i niespodziewana. Człowieka, który posiada fałszywy pokój, nigdy nie dręczą wątpliwości. Falsyfikat zawsze jest zbyt wspaniały, falsyfikat sięga dalej niż prawdziwe przeżycie. Kiedy diabeł daje człowiekowi fałszywy pokój, imitujący ten prawdziwy, stwarza warunki, w których człowiek znajduje się w pewnym stanie psychicznym. Nie staje w sposób rzeczywisty w obliczu prawdy, nie ma zatem niczego, co mogłoby go zmartwić. Intelektualni wierzący nigdy nie są zaniepokojeni, są całkowicie odprężeni, nie mają wątpliwości i smutków. Osoby posiadające falsyfikat pokoju są zbyt wygadane i beztroskie. Porównajcie takich ludzi z nowotestamentowym obrazem chrześcijanina.

dr Martyn Lloyd-Jones - Pewność zbawienia