Pozostawmy więc Jemu określenie czasu trwania udręki, a sami tylko módlmy się i
żyjmy bogobojnie, gdyż naszym zadaniem jest powrót do życia cnotliwego,
natomiast dziełem Bożym jest uwolnienie nas od utrapień.
W porównaniu z
tobą, poddanym dzisiaj próbie, Bóg bardziej chce ugasić ogień, oczekując twojego
zbawienia. Wiedz, że tak, jak z samozaspokojenia narodziły się utrapienia, tak
po czasie utrapień trzeba oczekiwać spokoju. Nie zawsze jest zima i nie zawsze
jest lato; nie stale morze jest wzburzone i nie stale panuje cisza. Noc, jak i
dzień nie trwają wiecznie, podobnie i trwoga, Nadejdzie czas spokoju, jeśli
tylko w czasie udręki nie zapomnimy o składaniu dziękowań Bogu. Wrzuceni do
pieca trzej młodzieńcy nie przestraszyli się płomieni i nie pozbyli się
bogobojności; objęci ogniem, wznosili święte modlitwy z większą serdecznością
niż ci, którzy bezpiecznie siedzieli w pałacu. Płomień był dla nich ścianą,
ogień ich odzieżą, a piec źródłem. Związani byli, gdy wrzucono ich do pieca, a
wyszli uwolnieni z więzów. Ogień objął ciała śmiertelne, ale je nie tknął, jakby
były nieśmiertelnymi; nie rozpoznał natury, ale uszanował pobożność. Tyran
związał nogi, a nogi obezwładniły siłę ognia. O cudowne zdarzenie! Uwięzionych
uwolnił ogień, a uwolnieni uwięzili płomienie. Pobożność młodzieńców zmieniła
naturę rzeczy, a właściwie, nie zmieniła natury, ale, co jest bardziej
zadziwiające, zmieniła jej istotę. (Pobożność) nie tyle zgasiła płomień, ale
pozostawiwszy go odebrała mu jego moc. Ponadto, cudowne i dziwne jest, że
(płomień) nie tylko nie tknął ciał świętych, ale także nie ruszył ich ubrań i
butów. Tutaj buty młodzieńców zgasiły ogień, a niegdyś w czasach apostołów,
ubranie Pawła odpędzało szatana i choroby, a cień Piotra przeganiał śmierć.
Nie wiem, jak to ująć, gdyż żadne słowa nie opiszą tego cudu. A płomień
przygasał i rozpalał się. Przygasał, gdy dochodził do ciał świętych młodzieńców,
natomiast rozpalał się, gdy trzeba było ich uwolnić z więzów; w końcu zniszczył
więzy, ale nie dotknął pięt. Widzisz tę zbieżność? Ogień nie stracił swojej
mocy, ale też nie ośmielił się sięgnąć dalej niż okowy. Tyran związał, a ogień
uwolnił, abyś mógł poznać brutalność barbarzyńcy i pokorność żywiołu. Dlaczego
prześladowca związał ich, zamierzając wrzucić w ogień? Aby wspaniałym był cud,
żeby zadziwiającym był znak, abyś zdarzenia nie uznał za złudzenie wzroku.
Jeśliby ogień nie był ogniem, nie spaliłby więzów, a co istotniejsze, nie
Spaliłby żołnierzy stojących przed piecem. Tymczasem, swoją moc okazał paląc
Stojących obok pieca, a swoją pokorność okazał wobec znajdujących się wewnątrz
pieca. Zwróć uwagę, że diabeł, zbrojąc się przeciwko Bożym sługom, niszczy swój oręż, przecież nie za sprawą swojej woli. Dzieje się tak, albowiem
Przemądry i Najskuteczniejszy Bóg obraca diabelski oręż i podstęp
przeciwko jemu samemu; tak właśnie tam się stało. Szatan, pod którego
podszeptami działał tyran, nie dopuścił, aby świętych ściąć mieczem, ani rzucić
bestiom na pożarcie, ani innym sposobem uśmiercić; podsunął pomysł, aby wrzucić
ich w ogień, który sprawi, że nie zachowa się najmniejsza cząstka świętych
młodzieńców, gdyż prochy spalonych ciał zmieszają się z popiołem drewna.Jednak
Bóg spowodował, że ten zamysł, jak to opisałem, obrócił się przeciwko
niewiernym.
Ogień jest bogiem u Persów; barbarzyńcy, do dzisiaj
mieszkający w tamtych stronach, także oddają jemu pokłon. Bóg, chcąc zniszczyć
naturę pogańskiego obyczaju, dozwolił na wybór tego rodzaju kaźni; tym samym, w
obecności wszystkich czczących ogień, pozwolił swoim sługom odnieść zwycięstwo,
udowadniając zarazem, że bogowie pogan boją się nie tylko Boga, ale także sług Bożych.
Św. Jan Chryzostom - Mowy do Antiocheńczyków o posągach
czwartek, 15 marca 2018
czwartek, 1 lutego 2018
Łaska i pokój
Mój tata
przypominał wielu z nas; teologia i jego serce nie szły w parze. Na papierze
potrafił przekonać samego siebie: „Jestem wolny, jestem zwycięzcą; wiem, że Bóg
mnie kocha”. Ale w sercu nigdy nie był do tego w pełni przekonany.
Pomagało mu dalsze zagłębianie się w twórczość purytanów, o czym rozmawialiśmy podczas naszej ostatniej konwersacji. Tata z chytrym uśmiechem wyciągnął książkę i powiedział:
-Czytam nawet Jana Kalwina. Chcę zrozumieć Boży pokój najlepiej, jak potrafię.
Tata nie czułby się dobrze, gdyby ludzie dowiedzieli się, że czyta Kalwina, ale chrześcijanin, który chciał głębiej poznać Bożą łaskę mógł być pewien, że Kalwin pięknie ten temat ujął w swoich dziełach.
Tata powiedział mi, że nie wierzy w twierdzenie „raz zbawiony, zbawiony na zawsze”, które przypisuje się Kalwinowi. Czytał natomiast Kalwina ze względu na jego głębokie zrozumienie zakresu łaski i pewności Chrystusowego dzieła, jakie dla nas wykonał. Tata świadomie próbował pozbyć się wewnętrznego głosu, który mówił: „Nie jestem wystarczająco dobry. Bóg mnie nie kocha, muszę robić więcej". Zawsze potrafił uciec z tej walki za pomocą większej pewności, większego poświęcenia, większej odwagi, pełniejszego poddania się Bożym celom na ziemi, ale teraz te drogi ucieczki już dla niego nie istniały. Musiał znaleźć prawdziwą łaskę, coś, co było poza jego umysłem i emocjami.
Wierzę, że Boża łaska spoczęła na tacie pewnego dnia, gdy opadał z sił. Roger Hayslip musiał zabrać go do szpitala, a tata zapomniał swoich butów. Gdy dreptał po szpitalu w skarpetkach, jakiś pacjent zatrzymał się i powiedział uprzejmie:
Pomagało mu dalsze zagłębianie się w twórczość purytanów, o czym rozmawialiśmy podczas naszej ostatniej konwersacji. Tata z chytrym uśmiechem wyciągnął książkę i powiedział:
-Czytam nawet Jana Kalwina. Chcę zrozumieć Boży pokój najlepiej, jak potrafię.
Tata nie czułby się dobrze, gdyby ludzie dowiedzieli się, że czyta Kalwina, ale chrześcijanin, który chciał głębiej poznać Bożą łaskę mógł być pewien, że Kalwin pięknie ten temat ujął w swoich dziełach.
Tata powiedział mi, że nie wierzy w twierdzenie „raz zbawiony, zbawiony na zawsze”, które przypisuje się Kalwinowi. Czytał natomiast Kalwina ze względu na jego głębokie zrozumienie zakresu łaski i pewności Chrystusowego dzieła, jakie dla nas wykonał. Tata świadomie próbował pozbyć się wewnętrznego głosu, który mówił: „Nie jestem wystarczająco dobry. Bóg mnie nie kocha, muszę robić więcej". Zawsze potrafił uciec z tej walki za pomocą większej pewności, większego poświęcenia, większej odwagi, pełniejszego poddania się Bożym celom na ziemi, ale teraz te drogi ucieczki już dla niego nie istniały. Musiał znaleźć prawdziwą łaskę, coś, co było poza jego umysłem i emocjami.
Wierzę, że Boża łaska spoczęła na tacie pewnego dnia, gdy opadał z sił. Roger Hayslip musiał zabrać go do szpitala, a tata zapomniał swoich butów. Gdy dreptał po szpitalu w skarpetkach, jakiś pacjent zatrzymał się i powiedział uprzejmie:
- Proszę, niech pan
weźmie moje buty. Ja dostanę drugą parę.
Tata całe życie poświęcił, pomagając innym, czego częścią było jego słynne oddanie butów dziecku z ulic Nowego Jorku. Teraz, gdy tata najbardziej tego potrzebował, wydawało się, że Bóg prosi go, żeby przyjął tę samą, kochającą łaskę.
Przyjął. W ostatnich dniach swojego życia tata zwracał się w stronę ludzi nie po to, by dawać, ale by otrzymywać. Stał się bardziej przyjacielem ludzi, cieszył się innymi i tym, że ich potrzebował. W końcu chyba przyjął fakt, że nie miał już żadnych gór do zdobycia, więc teraz mógł dzielić się z innymi otwartym sercem, na tyle, na ile był w stanie.
Zaczął regularnie dzwonić do wujka Dona i cioci Ruth, słuchając i zadając wiele pytań.
- Dzwonił, żeby po prostu porozmawiać, czego nigdy wcześniej nie robił - mówi wujek Don. - Pytał o mój artretyzm, a ja pytałem, jak sobie radzi. Wiem, że z Ruth prowadził długie rozmowy telefoniczne.
Tata całe życie poświęcił, pomagając innym, czego częścią było jego słynne oddanie butów dziecku z ulic Nowego Jorku. Teraz, gdy tata najbardziej tego potrzebował, wydawało się, że Bóg prosi go, żeby przyjął tę samą, kochającą łaskę.
Przyjął. W ostatnich dniach swojego życia tata zwracał się w stronę ludzi nie po to, by dawać, ale by otrzymywać. Stał się bardziej przyjacielem ludzi, cieszył się innymi i tym, że ich potrzebował. W końcu chyba przyjął fakt, że nie miał już żadnych gór do zdobycia, więc teraz mógł dzielić się z innymi otwartym sercem, na tyle, na ile był w stanie.
Zaczął regularnie dzwonić do wujka Dona i cioci Ruth, słuchając i zadając wiele pytań.
- Dzwonił, żeby po prostu porozmawiać, czego nigdy wcześniej nie robił - mówi wujek Don. - Pytał o mój artretyzm, a ja pytałem, jak sobie radzi. Wiem, że z Ruth prowadził długie rozmowy telefoniczne.
Gary Wilkerson - David Wilkerson (Biografia) - Krzyż, sztylet, i człowiek, który uwierzył
wtorek, 10 października 2017
Upadek cywilizacji
Niedawno przeczytałem ponownie wyjaśnienia upadku Cesarstwa Rzymskiego przedstawione
przez wielkiego historyka Edwarda Gibbona, który nie jest chrześcijaninem. Jego wyjaśnienia
zrobiły na mnie ogromne wrażenie. A jeśli te wyjaśnienia nie są słuszne również w odniesieniu do obecnej
sytuacji naszego kraju, znaczy to, że jestem kompletnym ignorantem! (Wielka Brytania 1966r.) Oto pięć podanych przez
niego powodów upadku Rzymu:
1. Gwałtowny wzrost rozwodów, „podkopujący godność i świętość domu, który stanowi podstawę społeczeństw ludzkich” nie mówię tego ja, niewiele znaczący kaznodzieja ewangeliczny, ale wielki Edward Gibbon i oczywiście ma rację. Dom jest fundamentalną cząstką każdego społeczeństwa i jeśli następuje upadek domu, prędzej czy później wszystko się rozsypie.
2. „Coraz wyższe podatki i wydawanie środków publicznych na chleb i igrzyska".
3. „Szalona pogoń za przyjemnością i sportem. Z roku na rok sport staje się coraz bardziej podniecający i brutalny”.
4. „Gigantyczne zbrojenia, podczas gdy prawdziwym wrogiem była dekadencja rozwijająca się w samych ludziach”.
5. „Upadek wiary religijnej. Wiara stała się zaledwie formą i straciła wszelki kontakt z rzeczywistością”.
Cesarstwo Rzymskie było wspaniałą cywilizacją. Rzymianie byli prawdopodobnie największymi ekspertami świata w sprawach lokalnych rządów i systemów prawnych. System rzymski to była prawdziwa cywilizacja. Dodajmy do tego cywilizację grecką, która ledwo przeminęła i widzimy kulminację, szczyt ludzkich osiągnięć. Ale co się z tym wszystkim stało? Cesarstwo Rzymskie zostało pokonane przez barbarzyńców Gotów i Wandalów, przez nieuków i ignorantów. W jaki sposób pokonali oni tę wspaniałą cywilizację? Gibbon odpowiada, że to zepsucie wewnątrz samej cywilizacji, osłabiło i zniszczyło Cesarstwo. I to jest właśnie - powtórzę - historia ludzkiej cywilizacji.
Wszystkie ludzkie systemy upadały dlatego, że problemy wynikają z samych ludzi i żadne zewnętrzne zasady, prawa czy regulacje nie mogą tego zmienić. Nie potrzebujemy lepszych praw, potrzebujemy lepszej natury. Nie potrzebujemy lepszych instrukcji, ale lepszego ducha i lepszych pragnień. Dlatego też cała ludzka historia do niczego nie dochodzi. A jednak ziemskie władze zabraniają głoszenia ewangelii - jedynej rzeczy, która mogłaby uratować sytuację.
1. Gwałtowny wzrost rozwodów, „podkopujący godność i świętość domu, który stanowi podstawę społeczeństw ludzkich” nie mówię tego ja, niewiele znaczący kaznodzieja ewangeliczny, ale wielki Edward Gibbon i oczywiście ma rację. Dom jest fundamentalną cząstką każdego społeczeństwa i jeśli następuje upadek domu, prędzej czy później wszystko się rozsypie.
2. „Coraz wyższe podatki i wydawanie środków publicznych na chleb i igrzyska".
3. „Szalona pogoń za przyjemnością i sportem. Z roku na rok sport staje się coraz bardziej podniecający i brutalny”.
4. „Gigantyczne zbrojenia, podczas gdy prawdziwym wrogiem była dekadencja rozwijająca się w samych ludziach”.
5. „Upadek wiary religijnej. Wiara stała się zaledwie formą i straciła wszelki kontakt z rzeczywistością”.
Cesarstwo Rzymskie było wspaniałą cywilizacją. Rzymianie byli prawdopodobnie największymi ekspertami świata w sprawach lokalnych rządów i systemów prawnych. System rzymski to była prawdziwa cywilizacja. Dodajmy do tego cywilizację grecką, która ledwo przeminęła i widzimy kulminację, szczyt ludzkich osiągnięć. Ale co się z tym wszystkim stało? Cesarstwo Rzymskie zostało pokonane przez barbarzyńców Gotów i Wandalów, przez nieuków i ignorantów. W jaki sposób pokonali oni tę wspaniałą cywilizację? Gibbon odpowiada, że to zepsucie wewnątrz samej cywilizacji, osłabiło i zniszczyło Cesarstwo. I to jest właśnie - powtórzę - historia ludzkiej cywilizacji.
Wszystkie ludzkie systemy upadały dlatego, że problemy wynikają z samych ludzi i żadne zewnętrzne zasady, prawa czy regulacje nie mogą tego zmienić. Nie potrzebujemy lepszych praw, potrzebujemy lepszej natury. Nie potrzebujemy lepszych instrukcji, ale lepszego ducha i lepszych pragnień. Dlatego też cała ludzka historia do niczego nie dochodzi. A jednak ziemskie władze zabraniają głoszenia ewangelii - jedynej rzeczy, która mogłaby uratować sytuację.
dr Martyn Lloyd-Jones - Autentyczne chrześcijaństwo - tom 3
poniedziałek, 29 maja 2017
Transpozycja
Opowiedzmy bajkę. Wyobraźmy sobie, że pewna kobieta zostaje
wtrącona do lochu i tam rodzi oraz wychowuje syna. Chłopiec dorasta, widząc
wokół siebie tylko mury lochu, słomę na podłodze i niewielki skrawek nieba za
okratowanym okienkiem, umieszczonym zbyt wysoko, aby zobaczyć przez nie cokolwiek innego. Nieszczęsna kobieta jest
plastyczką i w chwili aresztowania udaje jej się przemycić blok rysunkowy i
pudełko kredek. Nie tracąc nadziei na uwolnienie, opowiada synowi o zewnętrznym
świecie, którego nigdy nie oglądał. W dużej mierze pomaga sobie obrazkami.
Rysuje mu pola, rzeki, góry, miasta, fale i plażę. On pilnie słucha i ze
wszystkich sił stara się uwierzyć, że zewnętrzny świat jest o wiele ciekawszy i
wspanialszy niż to, co widzi w lochu. Czasami mu się udaje. W zasadzie pojmuje
wszystko stosunkowo dobrze, lecz pewnego dnia mówi coś, co zmusza matkę do
zastanowienia. Przez minutę lub dwie nie mogą się dogadać. Aż w końcu
dociera do niej, że przez wszystkie lata chłopak żył w błędzie. „Myślisz, że w
realnym świecie są linie zakreślone kredką?”, pyta go. „A nie?" dziwi się
chłopak. "Nie ma śladu kredek?”. Nagle koncepcja realnego świata zaczyna napawać
go przerażeniem. Nie ma pojęcia, co zastępuje linie, które były tylko transpozycją kołyszących się drzew, światła migoczącego na wodzie, kolorowej,
trójwymiarowej rzeczywistości, która nie jest zakreślona liniami, lecz w każdej
chwili tworzy własne kształty, tak subtelne i różnorodne, że nie jest tego w
stanie oddać żaden rysunek. Dochodzi do przekonania, że świat realny musi być w
pewnym sensie mniej widzialny, mniej oczywisty niż matczyne rysunki. A przecież
rzeczywistość nie ma linii obrysowujących, bo sama w sobie jest
nieporównywalnie bardziej oczywista i widzialna. Z nami jest podobnie. „Jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy”, ale możemy
mieć pewność, że będziemy czymś więcej a nie mniej niż na ziemi. Nasze
naturalne przeżycia (zmysłowe, emocjonalne i te z wyobraźni) przypominają
rysunki kreską na płaskim papierze i jeśli w życiu wyższym ich nie będzie, to
tak jak nie ma linii kredek w naturalnym krajobrazie - ale nie znikną jak płomyk świecy, który został zdmuchnięty, lecz jak płomień, którego blask zniknął,
bo ktoś rozsunął zasłony i wpuścił do wnętrza promienie wschodzącego słońca.
Można do tego podejść od dowolnej strony. Można powiedzieć, że dzięki
transpozycji nasze człowieczeństwo, nasze zmysły i inne rzeczy mogą być
przekaźnikami piękna. Można też powiedzieć, że dzięki transpozycji niebiańskie
piękno znalazło ucieleśnienie na tym świecie i w naszym doczesnym życiu. Ten
drugi sposób wydaje się lepszy. Nasze obecne życie jest miniaturą, symbolem,
uproszczeniem, czymś w rodzaju „Wegetariańskiego”, substytutu. Jeśli ciało i
krew nie są w stanie przyjąć Królestwa, to nie dlatego, że są zbyt konkretne,
zbyt oczywiste, zbyt wyraźne, zbyt „spełnione w swoim istnieniu”. One są zbyt nietrwałe,
przemijalne i nierzeczywiste.
C.S. Lewis - Brzemię chwały
C.S. Lewis - Brzemię chwały
środa, 3 maja 2017
Reformacja - 500 lat
Jeżeli zamierzamy posługiwać się terminem „reformacja", to powinniśmy je
uściślić. Była reformacja w szesnastym wieku i wiele innych reformacji, ale czym
one były? Każda reformacja, jaka kiedykolwiek miała miejsce w życiu kościoła;
każda reformacja, która wnosiła nowe życie, moc i energię do kościoła,
jednocześnie wywierając wpływ na życie ludzi, wynikała z powrotu do Nowego
Testamentu. Dlatego, że staram się pokazać, iż powrót do Biblii jest naszą
jedyną nadzieją, podjąłem ten temat. Świat, w
którym żyjemy, jest bardzo stary i ma długą historię. Gdyby tylko
współcześni ludzie przeczytali trochę z jego historii, wiele z ich
nierozsądnych pomysłów i wniosków musiałoby zostać skorygowanych. Twierdzenie, że problemy ludzkości różnią się od tych z przeszłości,
jest jedną z najbardziej absurdalnych nauk. Różnią się? Ludzie w ogóle
się nie zmienili. Są tacy, jakimi zawsze byli. Problemy Imperium
Rzymskiego w jego końcowej fazie istnienia, były takie same jak te, z
którymi teraz boryka się Zachód. Oczywiście przejawiają się one w nieco
odmienny sposób. Mieszkańcy Rzymu podróżowali wtedy rydwanami; teraz
latają samolotami. Ale to nie ma znaczenia. Pytanie brzmi: „Czym się
zajmują?” Kiedy zaczniecie to analizować, znajdziecie wiele podobieństw Rzymianie ucztowali, interesowali
się dietami, jedzeniem, piciem, tańcem i seksem. Wszystko to znajdziemy i
dzisiaj, nawet perwersje. Świat jest dokładnie taki sam jak był w pierwszym
wieku, za dni naszego Pana.
Widzimy w nim tę samą dekadencję, tę samą niemoralność, tę samą rozpustę, ten
sam brak nadziei, ten sam strach.
A jedynym źródłem dobra w tym świecie była i jest ta Ewangelia. W Dziejach Apostolskich czytamy, że członkowie pierwszego kościoła, a w szczególności kaznodzieje „uczynili zamęt w całym świecie” (Dzieje Apostolskie 17:6). Nic nie wywarło na Imperium Rzymskie większego Wpływu niż chrześcijaństwo. Grecy mieli wielkich filozofów, którzy żyli, działali i umarli przed narodzeniem się Jezusa Chrystusa -tak więc nauka osiągnęła wyżyny. Rzymianie byli ekspertami w sztuce rządzenia, szczególnie jeśli chodzi o rządy lokalne. Nawet w dzisiejszych czasach system prawny wielu państw opiera się na prawie rzymskim. Rzymianie słynęli z prawa, porządku, umiejętności rządzenia i robili wszystko, co możliwe, aby poprawić los ludzi, tworząc pewnego rodzaju utopię. Starożytni bardzo interesowali się utopiami. Ale ponieśli całkowitą klęskę.
I właśnie w tamtym starym świecie nastąpiło zjawisko zwane kościołem chrześcijańskim. Wszystko zaczęło się od niesamowitych wydarzeń w dniu Pięćdziesiątnicy. Apostołowie i ci, którzy z nimi przebywali, modlili się razem w wieczerniku, kiedy nagle zstąpiła na nich moc Ducha Swiętego. Nie miało to nic wspólnego z tym, co robili; to nie było przez nich zorganizowane; nie wynikało z decyzji podjętej wiele miesięcy wcześniej, że należy zorganizować wielką kampanię i powołać komitety do jej planowania. Nie. Pozbawieni nadziei i słabi ludzie modlili się i czekali aż nagle zstąpiła na nich ogromna moc i wtedy zaczęli zwiastować. Trzy tysiące ludzi dostąpiło zbawienie po kazaniu wygłoszonym przez Piotra. „Pan zaś codziennie pomnażał liczbę tych, którzy mieli być zbawieni" -właśnie taki był kościół.
Co w takim razie wiemy o tym kościele? Po pierwsze dowiadujemy się, że tamci ludzie „trwali w nauce apostolskiej" i wyjaśniliśmy już, dlaczego jej potrzebowali. Teraz powinniśmy przyjrzeć się kolejnej przyczynie ich zgromadzeń, która jest dla nas jednakowo ważna: „I trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie." Chciałbym pokazać wam obraz kościoła chrześcijańskiego i społeczenstwa chrześcijańskiego, ponieważ w nich spoczywa jedyna nadzieja dla świata. Czytacie gazety czy one napawają was nadzieją? Interesujecie się polityką, ale czy znajdziecie w niej rozwiązanie moralnych problemów społeczeństwa? Być może uda się wam rozwiązać problemy w przemyśle, ale to się nie powiedzie, gdy wszyscy będą pracować coraz mniej za coraz większe wynagrodzenie. Tak właśnie upadł Rzym. Wszyscy chcieli spędzać czas w swoich wannach -a kiedy było się bardzo bogatym, to można było mieć nawet złotą wannę! Destrukcja przebiegała stopniowo. Imperium Rzymskie upadło i Zachód także chyli się ku upadkowi.
Dzisiejsza tragedia polega na tym, że ludzie mówią: „Nie ma znaczenia w co wierzymy, o ile trwamy W jedności - katolicy, protestanci i wszyscy inni. Różnice nie mają znaczenia, wszyscy jesteśmy jednością. Zjednoczmy się - nawet ci, którzy są wyznawcami innych religii świata. Zwołajmy wielki światowy kongres. Połączmy wszystkie religie. Świat śmieje się z tego iw tym akurat ma rację. Nie na tym polega chrześcijaństwo. Nie na tym polega wspólnota i jedność.
Ludzkie wyobrażenia na temat tego, co prowadzi do powstania „wspólnoty", mogą być dość mylne. Niektórzy postrzegają wspólnotę jako zjawisko społeczne. Taką tezę często głosi kościół i chciałbym się jej sprzeciwić, ponieważ nie ma to nic wspólnego z chrześcijaństwem. Ludzie uważają, że wspólnota polega na wypiciu razem filiżanki herbaty i zjedzeniu ciastka. Znam też innych ludzi, którzy myślą o wspólnocie w następujący sposób: na końcu lub w trakcie nabożeństwa, pastor mówi: „Teraz wszyscy weźmy udział we wspólnocie” i prosi, aby uścisnąć dłoń ludzi siedzących obok nas i wszyscy ściskają sobie dłonie. Wspaniała wspólnota! Takie są wyobrażenia ludzi na temat wspólnoty - powierzchowna przyjaźń, uprzejmość i jowialność. W taki sposób zostało wypaczone pojęcie „wspólnoty”. Pamiętam ewangelicznego kaznodzieje, który opowiadał mi o pewnym człowieku, który nie był wierzący i wyznawał dość liberalne poglądy. Kaznodzieja powiedział do mnie: „Czasami wydaje mi się, że mam więcej wspólnego z nim, niż z wieloma wierzącymi.” „No cóż”, odpowiedziałem, „to zależy, co rozumiesz przez wspólnotę. Jeżeli uważasz, że jest milszy od wierzących, to się z tobą zgodzę, ale nie na tym polega wspólnota." To, że ten człowiek jest miły, grzeczny i uprzejmy wcale nie oznacza, że możesz trwać z nim we wspólnocie. Możesz z nim spędzić cały dzień i nie pokłócić się na żaden temat, ale nie na tym polega wspólnota.
Co więcej, pozwólcie, że podkreślę, że wspólnota nie może być utożsamiana z instytucjonalizmem, który moim zdaniem odstrasza wielu ludzi od kościoła chrześcijańskiego. Patrzą na kościół i nie widzą w nim nic, poza wielką instytucją, wielką organizacją. To dotyczy nie tylko kościoła rzymskokatolickiego, ale także protestanckiego. Przyjrzyjcie się współczesnemu kościołowi katolickiemu i protestanckiemu w Wielkiej Brytanii. Czy to samo Widzicie w Dziejach Apostolskich? Czy istnieje tam ktoś taki jak papież? Czy możesz mieć wspólnotę z papieżem? Spójrz ile wymogów protokolarnych musisz spełnić, aby go zobaczyć. Spójrz na ludzi przyglądających mu się z daleka, dla których zaszczytem jest ucałowanie jego pierścienia. Czy to jest wspólnota? Nie. Właśnie z tego powodu ludzie są poza kościołem i dlatego nie chcą słyszeć o chrześcijaństwie. Patrzą na to i nie chcą tego. I ja jestem tu po to, aby powiedzieć, że także tego nie chcę. Chrześcijaństwo nie jest instytucją, do której mogą należeć wszyscy bez wyjątku. Bóg mi świadkiem, że jestem zmęczony mężami stanu, którzy za życia nigdy nie przekroczyli progów kościoła, ale chcą, aby na ich pogrzebie śpiewano chrześcijańskie hymny. Protestuję w imieniu Boga! Zarzucają nam, że jesteśmy hipokrytami, ale czy to nie jest czysta hipokryzja? Dlaczego chcą chrześcijańskich hymnów na pogrzebach? Dlaczego nie śpiewają ich, gdy są żywi? Kościół jest na tyle bezmyślny, że pozwala się wykorzystywać, ale to nie ma nic wspólnego z nowotestamentowym chrześcijaństwem. To w Dziejach Apostolskich widzimy prawdziwą wspólnotę.
Cóż więc ona znaczy? Sprawdziłem definicję tego słowa i znalazłem tam stwierdzenia: „głęboka więź", „prawdziwa społeczność", „bliski związek, którego najlepszym przykładem jest małżeństwo”. Tego słowa używa się również dla określenia „partnerstwa w biznesie”. Prawdziwa wspólnota nigdy nie jest czymś powierzchownym. Jest głęboka i ważna. Staje się najważniejszą rzeczą w życiu. Kiedy ludzie zostają chrześcijanami, tworzą jedność. Stają się członkami wspólnoty. Razem tworzą rodzinę. Są połączeni nierozerwalnymi więzami.
Gdzie był kościół w tamtych czasach? Można było go
znaleźć wśród prastarych ludzi zwanych Waldezjanami, Żyjącymi na północy Włoch.
Oni spoty kali się po domach, a kiedy im na to nie pozwalano, gromadzili się w
jaskiniach, wysoko w górach. Wbrew wszystkiemu spotykali się w małych grupach.
To był kościół. Później w Czechach byli również zwolennicy Jana Husa; zwolennicy
Johna Wycliffe'a w Anglii, a to wszystko jeszcze zanim miała miejsce reformacja
protestancka. Na tym polega istota kościoła. Nie jest on wielką instytucją, ale
składa się z prostych ludzi, którzy uwierzyli w prawdę, poznali Pana, trwają w
jego nauce i razem się modlą. Później nastąpiła reformacja protestancka
i ludzie natychmiast zaczęli ponownie spotykać się w małych grupach. Nieco
później znajdujemy kościół wśród Purytan i we wspaniałej historii szkockich
prezbiterian. Poczytaj o tym, a przekonasz się, czym jest kościół i czym jest
chrześcijaństwo. Zwykle prezbiterianie musieli spotykać się gdzieś
wysoko w górach. Pewnego razu zwiedzałem miejsce zwane Communion Stones na
południu Szkocji, niedaleko Dumfries - jedno z najbardziej niesamowitych miejsc,
w jakich kiedykolwiek byłem. Trzeba było zejść z głównej drogi, przemieszczać
się mniej uczęszczanymi drogami do granicy gospodarstwa rolnego, aż doszło się
do podwórza. Następnie trzeba było iść zboczem wzgórza do przesmyku między
wzniesieniami, za którym rozpościerało się miejsce niemal stworzone do
spotkań, przypominające mały amfiteatr, pośrodku którego stał duży kamień. W tym
właśnie miejscu, w siedemnastym wieku, szkoccy chrześcijanie spotykali się w
niedzielne popołudnia, aby spożywać Wieczerzę Pańską. Jeden lub dwóch ludzi
stało na czatach przy przesmyku, aby ostrzec pozostałych przed angielskimi
żołnierzami, którzy mogli ich aresztować. To byli prości, nic nie znaczący
ludzie, ale w swoich sercach mieli Bożą łaskę. Ryzykowali Życiem, aby się
spotykać, ale ich życie było przemienione i dlatego byli gotowi na spotkanie ze
swoim Bogiem.
dr Martyn Lloyd-Jones - Autentyczne Chrześcijaństwo tom 1
A jedynym źródłem dobra w tym świecie była i jest ta Ewangelia. W Dziejach Apostolskich czytamy, że członkowie pierwszego kościoła, a w szczególności kaznodzieje „uczynili zamęt w całym świecie” (Dzieje Apostolskie 17:6). Nic nie wywarło na Imperium Rzymskie większego Wpływu niż chrześcijaństwo. Grecy mieli wielkich filozofów, którzy żyli, działali i umarli przed narodzeniem się Jezusa Chrystusa -tak więc nauka osiągnęła wyżyny. Rzymianie byli ekspertami w sztuce rządzenia, szczególnie jeśli chodzi o rządy lokalne. Nawet w dzisiejszych czasach system prawny wielu państw opiera się na prawie rzymskim. Rzymianie słynęli z prawa, porządku, umiejętności rządzenia i robili wszystko, co możliwe, aby poprawić los ludzi, tworząc pewnego rodzaju utopię. Starożytni bardzo interesowali się utopiami. Ale ponieśli całkowitą klęskę.
I właśnie w tamtym starym świecie nastąpiło zjawisko zwane kościołem chrześcijańskim. Wszystko zaczęło się od niesamowitych wydarzeń w dniu Pięćdziesiątnicy. Apostołowie i ci, którzy z nimi przebywali, modlili się razem w wieczerniku, kiedy nagle zstąpiła na nich moc Ducha Swiętego. Nie miało to nic wspólnego z tym, co robili; to nie było przez nich zorganizowane; nie wynikało z decyzji podjętej wiele miesięcy wcześniej, że należy zorganizować wielką kampanię i powołać komitety do jej planowania. Nie. Pozbawieni nadziei i słabi ludzie modlili się i czekali aż nagle zstąpiła na nich ogromna moc i wtedy zaczęli zwiastować. Trzy tysiące ludzi dostąpiło zbawienie po kazaniu wygłoszonym przez Piotra. „Pan zaś codziennie pomnażał liczbę tych, którzy mieli być zbawieni" -właśnie taki był kościół.
Co w takim razie wiemy o tym kościele? Po pierwsze dowiadujemy się, że tamci ludzie „trwali w nauce apostolskiej" i wyjaśniliśmy już, dlaczego jej potrzebowali. Teraz powinniśmy przyjrzeć się kolejnej przyczynie ich zgromadzeń, która jest dla nas jednakowo ważna: „I trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie." Chciałbym pokazać wam obraz kościoła chrześcijańskiego i społeczenstwa chrześcijańskiego, ponieważ w nich spoczywa jedyna nadzieja dla świata. Czytacie gazety czy one napawają was nadzieją? Interesujecie się polityką, ale czy znajdziecie w niej rozwiązanie moralnych problemów społeczeństwa? Być może uda się wam rozwiązać problemy w przemyśle, ale to się nie powiedzie, gdy wszyscy będą pracować coraz mniej za coraz większe wynagrodzenie. Tak właśnie upadł Rzym. Wszyscy chcieli spędzać czas w swoich wannach -a kiedy było się bardzo bogatym, to można było mieć nawet złotą wannę! Destrukcja przebiegała stopniowo. Imperium Rzymskie upadło i Zachód także chyli się ku upadkowi.
***
Dzisiejsza tragedia polega na tym, że ludzie mówią: „Nie ma znaczenia w co wierzymy, o ile trwamy W jedności - katolicy, protestanci i wszyscy inni. Różnice nie mają znaczenia, wszyscy jesteśmy jednością. Zjednoczmy się - nawet ci, którzy są wyznawcami innych religii świata. Zwołajmy wielki światowy kongres. Połączmy wszystkie religie. Świat śmieje się z tego iw tym akurat ma rację. Nie na tym polega chrześcijaństwo. Nie na tym polega wspólnota i jedność.
Ludzkie wyobrażenia na temat tego, co prowadzi do powstania „wspólnoty", mogą być dość mylne. Niektórzy postrzegają wspólnotę jako zjawisko społeczne. Taką tezę często głosi kościół i chciałbym się jej sprzeciwić, ponieważ nie ma to nic wspólnego z chrześcijaństwem. Ludzie uważają, że wspólnota polega na wypiciu razem filiżanki herbaty i zjedzeniu ciastka. Znam też innych ludzi, którzy myślą o wspólnocie w następujący sposób: na końcu lub w trakcie nabożeństwa, pastor mówi: „Teraz wszyscy weźmy udział we wspólnocie” i prosi, aby uścisnąć dłoń ludzi siedzących obok nas i wszyscy ściskają sobie dłonie. Wspaniała wspólnota! Takie są wyobrażenia ludzi na temat wspólnoty - powierzchowna przyjaźń, uprzejmość i jowialność. W taki sposób zostało wypaczone pojęcie „wspólnoty”. Pamiętam ewangelicznego kaznodzieje, który opowiadał mi o pewnym człowieku, który nie był wierzący i wyznawał dość liberalne poglądy. Kaznodzieja powiedział do mnie: „Czasami wydaje mi się, że mam więcej wspólnego z nim, niż z wieloma wierzącymi.” „No cóż”, odpowiedziałem, „to zależy, co rozumiesz przez wspólnotę. Jeżeli uważasz, że jest milszy od wierzących, to się z tobą zgodzę, ale nie na tym polega wspólnota." To, że ten człowiek jest miły, grzeczny i uprzejmy wcale nie oznacza, że możesz trwać z nim we wspólnocie. Możesz z nim spędzić cały dzień i nie pokłócić się na żaden temat, ale nie na tym polega wspólnota.
Co więcej, pozwólcie, że podkreślę, że wspólnota nie może być utożsamiana z instytucjonalizmem, który moim zdaniem odstrasza wielu ludzi od kościoła chrześcijańskiego. Patrzą na kościół i nie widzą w nim nic, poza wielką instytucją, wielką organizacją. To dotyczy nie tylko kościoła rzymskokatolickiego, ale także protestanckiego. Przyjrzyjcie się współczesnemu kościołowi katolickiemu i protestanckiemu w Wielkiej Brytanii. Czy to samo Widzicie w Dziejach Apostolskich? Czy istnieje tam ktoś taki jak papież? Czy możesz mieć wspólnotę z papieżem? Spójrz ile wymogów protokolarnych musisz spełnić, aby go zobaczyć. Spójrz na ludzi przyglądających mu się z daleka, dla których zaszczytem jest ucałowanie jego pierścienia. Czy to jest wspólnota? Nie. Właśnie z tego powodu ludzie są poza kościołem i dlatego nie chcą słyszeć o chrześcijaństwie. Patrzą na to i nie chcą tego. I ja jestem tu po to, aby powiedzieć, że także tego nie chcę. Chrześcijaństwo nie jest instytucją, do której mogą należeć wszyscy bez wyjątku. Bóg mi świadkiem, że jestem zmęczony mężami stanu, którzy za życia nigdy nie przekroczyli progów kościoła, ale chcą, aby na ich pogrzebie śpiewano chrześcijańskie hymny. Protestuję w imieniu Boga! Zarzucają nam, że jesteśmy hipokrytami, ale czy to nie jest czysta hipokryzja? Dlaczego chcą chrześcijańskich hymnów na pogrzebach? Dlaczego nie śpiewają ich, gdy są żywi? Kościół jest na tyle bezmyślny, że pozwala się wykorzystywać, ale to nie ma nic wspólnego z nowotestamentowym chrześcijaństwem. To w Dziejach Apostolskich widzimy prawdziwą wspólnotę.
Cóż więc ona znaczy? Sprawdziłem definicję tego słowa i znalazłem tam stwierdzenia: „głęboka więź", „prawdziwa społeczność", „bliski związek, którego najlepszym przykładem jest małżeństwo”. Tego słowa używa się również dla określenia „partnerstwa w biznesie”. Prawdziwa wspólnota nigdy nie jest czymś powierzchownym. Jest głęboka i ważna. Staje się najważniejszą rzeczą w życiu. Kiedy ludzie zostają chrześcijanami, tworzą jedność. Stają się członkami wspólnoty. Razem tworzą rodzinę. Są połączeni nierozerwalnymi więzami.
***
dr Martyn Lloyd-Jones - Autentyczne Chrześcijaństwo tom 1
sobota, 18 marca 2017
"Wyjdźcie z niego, mój ludu"
Czułem się, jakby Bóg zdejmował z mojego umysłu i ducha poszczególne warstwy,
jedna po drugiej, pokazując mi w zupełnie inny niż dotychczas sposób, zepsucie,
niewiarę i sprzeczność istniejącą między jego Słowem a fałszywą doktryną i
nieprawością Kościoła katolickiego. Gdy Słowo Boże zaczęło nabierać dla mnie
całkiem nowego znaczenia, zacząłem dotkliwie zdawać sobie sprawę z iluzji, w
której żyłem przez tak wiele lat. Biblia, którą czytałem i słowa, nad którymi
rozmyślałem całymi latami, nagle stały się nowe, gdy Duch Święty, rzucając na
nie światło, dał mi nowe ich zrozumienie. Ale był to zaledwie początek tego, co
miał mi objawić Duch Święty w kwestii tego, w czym tkwiłem przez całe lata życia
w Kościele katolickim.
Jestem przekonany, że im bardziej ktoś jest wierny Kościołowi katolickiemu i zaangażowany w nim, tym mocniej diabeł trzyma życie takiej osoby w garści stąd bierze się ślepota i życie w złudzeniu. Więzy te mogą zostać zerwane jedynie przez miłosierną i zbawczą moc Boga, poprzez szukanie Go całym sercem i pełne podporządkowanie się i posłuszeństwo jego Słowu. O wiele więcej ludzi wyszłoby z tej niewoli, gdyby szukało Bożej rady, nie szło na kompromis z jego Słowem i zaczęło żyć w posłuszeństwie. Bóg z pewnością pociągnie do odpowiedzialności wszystkich tych, którzy tego nie zrobią. Jego serce jest zasmucone, ponieważ tak wielu ludzi będzie zgubionych z powodu tego, że uparcie odmawiają podążania za Nim, dopóki można Go znaleźć. Ślepota i niewiedza nie będą wytłumaczeniem przed sędziowskim tronem Boga. On już dał swoje Słowo, swojego Syna, swoją drogę i wyjawił swoje wymagania względem ludzi i Kościoła. To, co Bóg mi ukazał, nie było prywatnym objawieniem, ale jest dostępne dla każdego katolika, który szczerze będzie szukał Pana i zagłębiał się w Pismo z pragnącym sercem. Bóg wskaże kierunek każdemu, kto zrobi tak samo, jak ja.
Bogaty młodzieniec opisany w Biblii myślał, że jego życie, religijne i postawa moralna to wszystko, czego Bóg od niego wymaga. Ale Jezus powiedział mu, że ma sprzedać wszystko, rozdać biednym i pójść za Nim. Pismo mówi: „Kto bowiem chce zachować duszę swoja, straci ją” (Łk. 9,24), co oznacza, że jeżeli człowiek nie wyjdzie poza swoją strefę bezpieczeństwa, z której jest zadowolony i w obrębie której czuje się dobrze z sobą samym, minie się z celem i życiem, które wyznaczył mu Bóg. Z powodu nieznajomości Biblii i błędnego zrozumienia Słowa Bożego, duch podstępu daje wielu katolikom przekonanie, że ich relacja z Bogiem jest właściwa. Nie zdają sobie oni sprawy z tego, że do autentycznej relacji z Bogiem wymagane jest właściwe rozumienie Słowa Bożego i odpowiednia reakcja wiary. To prawda, że Bóg patrzy na serce i że Duch Święty działa jak chce, dając światło, wystarczające zrozumienie i obdarzając wiarą czy to katolika, czy jakiegokolwiek innego religijnego człowieka, by ten mógł uwierzyć w Jezusa. Dotarcie na ten poziom wiary, choć jest ona ograniczona, wystarcza Duchowi Świętemu do dalszego wlewania światła w szczere, prawdziwie dążące do prawdy serce. Proces ten zawsze prowadzi do wybawienia z więzów religii do prawdziwej wolności dzieci Bożych, jednakże tak wielu katolików, w obawie przed konsekwencjami życia w Duchu Świętym, psuje Jego dzieło. Zagrożona może być relacja z katolicką rodziną, wiele do stracenia jest też w obszarze działań, w które człowiek się angażuje, w sferze uczuciowej, a także w obrębie własnej tożsamości.
Nowy Testament bardzo wyraźnie określa, że chrzest jest przeznaczony wyłącznie dla osoby, która zrozumiała własne grzechy, pokutowała za nie i osobiście zaufała przez wiarę Jezusowi Chrystusowi. Praktykowany przez Kościół katolicki chrzest niemowląt jest sprzeczny z samym znaczeniem i celem chrztu i opiera się na wierze rodziców i świadków, którzy reprezentują „wierzący kościół”, a nie na wierze chrzczonej osoby. Sprzeczność z Pismem jest w tym miejscu bardzo wyraźna, ponieważ chrzest katolicki zakłada, że niemowlę zostało obdarzone „łaska uświęcająca” (termin ukuty przez katolików), czyli zbawczą łaską Boga. Reszta życia tego dziecka (osoby) jest procesem pozostawania w stanie łaski u Boga. Kościół katolicki wierzy, że takie ochrzczone dziecko jest od dzieciństwa członkiem Kościoła Jezusa Chrystusa. Stąd większość katolików nigdy nie słyszy nauczania czy nawoływania do osobistego aktu pokuty i wiary w Jezusa Chrystusa, która jest prawdziwym nawróceniem niezbędnym do wejścia do Kościoła Chrystusa. Katolicy doświadczają wielokrotnych aktów pokuty (katolicki sakrament pojednania, czyli spowiedź), ale nie prawdziwego, trwałego nawrócenia, którego znakiem jest chrzest.
Jestem przekonany, że im bardziej ktoś jest wierny Kościołowi katolickiemu i zaangażowany w nim, tym mocniej diabeł trzyma życie takiej osoby w garści stąd bierze się ślepota i życie w złudzeniu. Więzy te mogą zostać zerwane jedynie przez miłosierną i zbawczą moc Boga, poprzez szukanie Go całym sercem i pełne podporządkowanie się i posłuszeństwo jego Słowu. O wiele więcej ludzi wyszłoby z tej niewoli, gdyby szukało Bożej rady, nie szło na kompromis z jego Słowem i zaczęło żyć w posłuszeństwie. Bóg z pewnością pociągnie do odpowiedzialności wszystkich tych, którzy tego nie zrobią. Jego serce jest zasmucone, ponieważ tak wielu ludzi będzie zgubionych z powodu tego, że uparcie odmawiają podążania za Nim, dopóki można Go znaleźć. Ślepota i niewiedza nie będą wytłumaczeniem przed sędziowskim tronem Boga. On już dał swoje Słowo, swojego Syna, swoją drogę i wyjawił swoje wymagania względem ludzi i Kościoła. To, co Bóg mi ukazał, nie było prywatnym objawieniem, ale jest dostępne dla każdego katolika, który szczerze będzie szukał Pana i zagłębiał się w Pismo z pragnącym sercem. Bóg wskaże kierunek każdemu, kto zrobi tak samo, jak ja.
Bogaty młodzieniec opisany w Biblii myślał, że jego życie, religijne i postawa moralna to wszystko, czego Bóg od niego wymaga. Ale Jezus powiedział mu, że ma sprzedać wszystko, rozdać biednym i pójść za Nim. Pismo mówi: „Kto bowiem chce zachować duszę swoja, straci ją” (Łk. 9,24), co oznacza, że jeżeli człowiek nie wyjdzie poza swoją strefę bezpieczeństwa, z której jest zadowolony i w obrębie której czuje się dobrze z sobą samym, minie się z celem i życiem, które wyznaczył mu Bóg. Z powodu nieznajomości Biblii i błędnego zrozumienia Słowa Bożego, duch podstępu daje wielu katolikom przekonanie, że ich relacja z Bogiem jest właściwa. Nie zdają sobie oni sprawy z tego, że do autentycznej relacji z Bogiem wymagane jest właściwe rozumienie Słowa Bożego i odpowiednia reakcja wiary. To prawda, że Bóg patrzy na serce i że Duch Święty działa jak chce, dając światło, wystarczające zrozumienie i obdarzając wiarą czy to katolika, czy jakiegokolwiek innego religijnego człowieka, by ten mógł uwierzyć w Jezusa. Dotarcie na ten poziom wiary, choć jest ona ograniczona, wystarcza Duchowi Świętemu do dalszego wlewania światła w szczere, prawdziwie dążące do prawdy serce. Proces ten zawsze prowadzi do wybawienia z więzów religii do prawdziwej wolności dzieci Bożych, jednakże tak wielu katolików, w obawie przed konsekwencjami życia w Duchu Świętym, psuje Jego dzieło. Zagrożona może być relacja z katolicką rodziną, wiele do stracenia jest też w obszarze działań, w które człowiek się angażuje, w sferze uczuciowej, a także w obrębie własnej tożsamości.
***
Pan pokazał mi w swoim Słowie, że Jego Kościół ma być „bez skazy lub zmazy", ma
być ciałem „prawdziwych wierzących”. którzy żyją jego Słowem w sprawiedliwości i
którzy uwielbiają Go „w duchu i w prawdzie”. Jak Paweł z Tarsu, za śmiecie
poczytuję wszystkie te lata swojej przynależności do bezbożnych struktur,
tradycji, nauk i obowiązków. Mnie również, tak, jak apostoła Pawła, Bóg
oddzielił na półtora roku, bym się opamiętał, przyjął jego objawienie i
przygotował do służby, do której mnie powołał przy końcu czasów ostatecznych.
Był to dla mnie wspaniały czas wzrostu i pouczania przez Słowo Boże. Można było
oczekiwać, ze po trzydziestu dziewięciu łatach bycia katolikiem, w tym ośmiu
spędzonych w seminarium i trzynastu i pół w sutannie, porzucenie tego
wszystkiego będzie dla mnie traumatycznym doświadczeniem. Wcale nie, Pan dał mi
pewność i pokój, że podjęte przeze mnie kroki „wyjścia spośród nich” pochodziły
od Niego. Znałem Jego siłę i prawdę jego Słowa, by podjąć kroki oddzielenia się
od Kościoła katolickiego. Nie obawiałem się reakcji mojej katolickiej rodziny i
przyjaciół. Miałem pewien rodzaj świętej śmiałości, by swobodnie mówić o tym,
że to Pan pokierował mną, bym opuścił Kościół katolicki.
***
Katolicka doktryna chrztu oparta jest na doktrynie o nierozłączności Pisma i
Tradycji. Zawarty powyżej dobry, biblijny wstęp do katolickiego nauczania o chrzcie jest unieważniony przez katolickie nauczanie oparte na Tradycji, z
której bierze się koncepcja, że „kościół jest niezbędny do zbawienia”. Katolicka
doktryna chrztu ukazuje, jak katolicy pojmują zbawienie. Chrzest katolika
rozpoczyna proces „zbawienia przez sakramenty”. Katolicka doktryna zbawienia
ogłoszona na Soborze Watykańskim II, zasadniczo stanowi potwierdzenie tej
właśnie doktryny ogłoszonej po raz pierwszy na słynnym soborze trydenckim w
latach 1545-63: „Gdyby ktoś mówił, że ludzie są usprawiedliwieni albo przez samo
przypisanie im sprawiedliwości Chrystusa [...] -niech będzie wyklęty”. Na
soborze owym ustalono również, że „nie można powiedzieć, że komukolwiek [...]
przebacza się lub przebaczono grzechy” i że taka ufność jest „próżna i
pozbawiona wszelkiej pobożności”. Nowy Testament bardzo wyraźnie określa, że chrzest jest przeznaczony wyłącznie dla osoby, która zrozumiała własne grzechy, pokutowała za nie i osobiście zaufała przez wiarę Jezusowi Chrystusowi. Praktykowany przez Kościół katolicki chrzest niemowląt jest sprzeczny z samym znaczeniem i celem chrztu i opiera się na wierze rodziców i świadków, którzy reprezentują „wierzący kościół”, a nie na wierze chrzczonej osoby. Sprzeczność z Pismem jest w tym miejscu bardzo wyraźna, ponieważ chrzest katolicki zakłada, że niemowlę zostało obdarzone „łaska uświęcająca” (termin ukuty przez katolików), czyli zbawczą łaską Boga. Reszta życia tego dziecka (osoby) jest procesem pozostawania w stanie łaski u Boga. Kościół katolicki wierzy, że takie ochrzczone dziecko jest od dzieciństwa członkiem Kościoła Jezusa Chrystusa. Stąd większość katolików nigdy nie słyszy nauczania czy nawoływania do osobistego aktu pokuty i wiary w Jezusa Chrystusa, która jest prawdziwym nawróceniem niezbędnym do wejścia do Kościoła Chrystusa. Katolicy doświadczają wielokrotnych aktów pokuty (katolicki sakrament pojednania, czyli spowiedź), ale nie prawdziwego, trwałego nawrócenia, którego znakiem jest chrzest.
środa, 18 stycznia 2017
Żyjemy w czasach fałszywych proroków!
Oto obraz, który powinniśmy sobie wyobrazić. Znajdujemy się
jak gdyby przed ciasną bramą. Słyszeliśmy już Kazanie, przysłuchiwaliśmy się
nawoływaniom, a teraz zastanawiamy się co mamy uczynić. Nasz Pan mówi nam: „W
tym momencie powinniście w szczególności strzec się niebezpieczeństwa ze strony
fałszywych proroków. Są oni zawsze obecni, stojąc tuż przed ciasną bramą. Jest
to ich ulubione miejsce. Jeśli zaczniecie ich słuchać, będziecie całkowicie
zgubieni, ponieważ chcą oni was przekonać, abyście nie wchodzili przez ciasną
bramę, oraz abyście nie szli wąską drogą. Będą próbować was odwieść od
słuchania tego, co mam wam do powiedzenia." Istnieje więc nieustanne
ryzyko, że pojawi się fałszywy prorok z podstępnymi pokusami. Natychmiast
pojawia się w naszych myślach pytanie: kim są owi fałszywi prorocy? Jak można
ich rozpoznać? Nie jest to takie proste pytanie, jak by mogło się nam wydawać.
Odpowiedź na nie jest niesłychanie ciekawa i fascynująca. Istnieją dwie główne
szkoły dotyczące interpretacji powyższego stwierdzenia o fałszywych prorokach.
W każdej z nich można znaleźć wielkie nazwiska z historii kościoła. Pierwsza
szkoła mówi, że powyższy fragment dotyczy jedynie nauki fałszywych proroków „po
ich owocach poznacie ich" — mówi nasz Pan. Wspomniany owoc wg nich dotyczy
nauczania i doktryny, oraz niczego więcej. Protestanccy bibliści należący do
tej grupy ogólnie uznają kościół rzymsko-katolicki jako najlepszy tego
przykład. Druga grupa jednak zupełnie się z tym nie zgadza. Mówi ona, że werset
o fałszywych prorokach w ogóle nie dotyczy ich nauki, lecz opisuje wyłącznie
rodzaj życia jaki prowadzą. Znany biblista dr Alexander MacLaren mówi: „Nie
jest to test wykrywający heretyków, lecz demaskujący hipokrytów a w
szczególności nieświadomych obłudników". Uważa on, że wspomniany fragment nie ma
żadnego związku z treścią nauki. Istnieje wiele osób, które przyjmują jego
założenie. Cała trudność związana ze wspomnianymi prorokami polega na tym, że
ich nauka jest właściwa, lecz ich życie jest złe, oraz że nie zdają sobie sprawy
ze swojej obłudy. Istnieją więc dwie szkoły myślenia. Musimy uporać się z ich różnymi
sposobami wyjaśniania powyższego fragmentu. W ostatecznym rozrachunku, nie ma
większego znaczenia, który z nich przyjmiemy. Sugeruję nawet, że obydwa są jednocześnie
słuszne i niesłuszne. Błędem jest również twierdzenie, że właściwa interpretacja
znajduje się po jednej lub po drugiej stronie. Nie oznacza to kompromisu, lecz
stwierdzenie, że żadna z nich nie może wyjaśnić w pełni wspomnianego fragmentu,
jeśli nie obejmuje równocześnie tej drugiej. Nie możesz powiedzieć, że werset
ten to tylko kwestia nauki, oraz że stanowi on nawiązanie jedynie do herezji,
ponieważ wcale nie tak trudno jest ją wykryć. Większość ludzi z odrobiną
rozeznania potrafi rozpoznać heretyka. Jeśli jakiś człowiek pojawi się na
kazalnicy z wątpliwą teologią odnośnie istoty Boga oraz zaprzecza bóstwu
Chrystusa i jego cudom, powiesz, że jest on heretykiem. Nie będziesz miał z tym
większych trudności, ani nie zauważysz w tym nic podstępnego. Przykład naszego
Pana sugeruje jednak, że taka trudność istnieje, oraz że można w niej wyczuć
jakiś podstęp. Zwróć uwagę na same terminy, którymi się posługuje - na obraz
odzienia owczego. Sugeruje On, że prawdziwa trudność dotycząca tego rodzaju
fałszywego proroka polega na tym, że z początku wcale go sobie takim nie wyobrażałeś.
Cała ta kwestia ma niezwykle subtelny charakter, w rezultacie czego, Boży lud
może ulec zwiedzeniu. Zwróć uwagę w jaki sposób apostoł Piotr wyraża to w
drugim rozdziale swojego II Listu. Ludzie ci – mówi – wkradają się
niepostrzeżenie. Wyglądają na ludzi porządnych. Mają na sobie owcze odzienie i
nikt nie podejrzewa ich o nic fałszywego. Biblia Starego i Nowego Testamentu
zawsze wydobywa tę cechę w fałszywych prorokach. Ich podstępność stanowi
wielkie niebezpieczeństwo. Każda prawdziwa interpretacja wspomnianego nauczania
musi odpowiednio podkreślać ten szczególny element. Z tego powodu nie możemy
więc przyjąć, że wspomniany fragment ostrzega jedynie przed heretykami i ich
doktryną. To samo dotyczy drugiej interpretacji. W ich zachowaniu bowiem nie ma
nic zdecydowanie rażącego. W przeciwnym wypadku każdy by to rozpoznał. Nie
byłoby w tym nic podstępnego ani trudnego. Musimy więc wyobrazić sobie
następujący obraz. Fałszywy prorok jest człowiekiem, który do nas przychodzi i
na pierwszy rzut oka wygląda na osobę pod każdym względem bez zarzutu. Jest
miły, przyjemny i uprzejmy. Jego nauczanie jest, ogólnie mówiąc, prawidłowe, a
on posługuje się wyrażeniami, które używane są przez dobrych chrześcijańskich
nauczycieli. Mówi o Bogu, o Jezusie Chrystusie, o krzyżu, kładzie nacisk na
miłość Bożą, oraz głosi wszystko co powinien. Przyodziany jest w owczą skórę,
czemu odpowiada jego sposób życia. Nie podejrzewasz więc, że może być w nim coś nieprawidłowego.
Nie istnieje w nim nic, co mogłoby natychmiast zwrócić twoją uwagę lub wzbudzić
podejrzenia - nic, co mogłoby być rażąco złe. Cóż niewłaściwego więc można by
powiedzieć o takiej osobie? Uważam, że osoba ta może błądzić zarówno w swojej
nauce jak i w sposobie życia. Zauważymy bowiem, że obydwie te rzeczy są ze sobą
nierozerwalnie związane. Nasz pan wyraża to słowami: „Po owocach ich poznacie
ich." Nauki i życia nigdy nie można rozdzielić, a gdzie pojawia się
niewłaściwa nauka, w jakimkolwiek kształcie lub formie, zawsze prowadzi do
nieprawidłowego stylu życia. Jak możemy więc określić takich ludzi? Dlaczego
ich nauczanie jest złe? Najwłaściwsza odpowiedź mówi, że nie ma w nim ani
„ciasnej bramy", ani „wąskiej drogi". Na początku wydaje się ono właściwe,
lecz później odkrywamy, że nie zawiera powyższych prawd. Jego fałsz można
rozpoznać po tym, czego ono nie mówi, raczej niż po tym co mówi. Dopiero w tym
momencie uświadamiamy sobie jak bardzo jest ono podstępne. Jak już
zauważyliśmy, każdy chrześcijanin może rozpoznać człowieka, który wypowiada
rażące słowa.
Myślę jednak, że nie będę niesprawiedliwy jeśli powiem, że olbrzymia większość chrześcijan w dzisiejszych czasach nie potrafi rozpoznać człowieka, który mówi właściwe rzeczy, lecz pomija te najistotniejsze. Z niewiadomych przyczyn uważamy, że błąd polega tylko na czymś rażąco złym. Nie potrafimy pojąć, że najbardziej niebezpieczną osobą jest ten, kto nie podkreśla tego, co trzeba. Oto jedyny właściwy sposób zrozumienia przykładu o fałszywych prorokach, Są to ludzie, w których ewangelii nie ma "ciasnej bramy", ani „wąskiej drogi". Nie ma w nich cech, które mogłyby obrażać naturalnego człowieka. Wszystkim się podobają. Noszą na sobie „owcze odzienie", są atrakcyjni, mili i przyjemni z wyglądu. Wygłaszają uprzejme, wygodne, i pocieszające słowa. Sprawiają wszystkim przyjemność i każdy o nich mówi dobrze. Nikt nie prześladuje ich za zwiastowanie, ani ostro nie krytykuje. Są wychwalani przez liberałów i modernistów. Chwalą ich ludzie ewangelicznie wierzący oraz wszyscy pozostali. W pewnym sensie stali się oni „wszystkim dla wszystkich". Nie ma w nich nic z ciasnej bramy a w ich przesłaniu nie pojawia się „wąska droga". „Zgorszenie krzyża" u nich nie występuje. Jeśli tak wygląda wizerunek fałszywego proroka w ogólnym zarysie, zadajmy sobie następujące pytanie: co dokładnie mamy na myśli, gdy mówimy „wąska brama oraz wąska droga"? Pamiętacie w jaki sposób apostoł Piotr argumentuje w 2 rozdziale swojego II Listu. Mówi bowiem: „Lecz byli też fałszywi prorocy między ludem, jak i wśród was będą fałszywi nauczyciele." Musimy więc wrócić do Starego Testamentu i czytać o owych fałszywych prorokach, ponieważ w swojej istocie nie zmienili się oni do dzisiaj. Istnieli bowiem zawsze, a za każdym razem, gdy przychodził prawdziwy prorok taki jak Jeremiasz, lub ktoś jemu podobny, pojawiali się aby kwestionować jego wypowiedzi, aby mu się sprzeciwiać, aby mu zaprzeczać oraz aby go wyśmiewać. Czym się cechowali? Zostali oni opisani następująco: „ I leczą rany swojego ludu powierzchownie, mówiąc: Pokój, pokój! - choć nie ma pokoju." Fałszywy prorok zawsze pociesza. Gdy słuchasz go, przeważnie odnosisz wrażenie, że dzieje się niewiele złego. Przyznaje on oczywiście, że w pewnym stopniu ono istnieje; nie jest głupcem do tego stopnia, by mówić, że zło zupełnie znikło. Twierdzi jednak, że wszystko jest i będzie dobrze. „Pokój, pokój" - mówi. „Nie słuchajcie takich ludzi jak Jeremiasz" - woła. „On ciasno myśli, wszędzie widzi herezję i trudno z nim współpracować. Nie słuchajcie go. „Pokój, pokój." Leczy rany swojego ludu powierzchownie: „Pokój, pokój! - choć nie ma pokoju." Wówczas Stary Testament wypowiada z ogromną mocą przerażającą prawdę o religijnych ludziach ówczesnych i dzisiejszych czasów: „Mojemu ludowi się to podoba". Dzieje się tak, ponieważ tego rodzaju zwiastowanie nigdy nie zakłóca spokoju i nigdy nie jest dla nas niewygodne. Żyjesz tak jak dotychczas, jesteś w „porządku", oraz nie musisz zbytnio przejmować się ciasną bramą i wąską drogą, ani zastanawiać się tą czy inną nauką. „Pokój, pokój". Fałszywy prorok w swoim owczym odzieniu zawsze brzmi pocieszająco i kojąco. Jest zawsze nieszkodliwy, miły i atrakcyjny. W jaki sposób przejawia się to w praktyce? Uważam, że przeważnie tego rodzaju zwiastowanie cechuje się całkowitym brakiem doktryny w swoim przesłaniu. Przeważnie posługuje się ogólnikami i mglistymi określeniami. Nigdy nie wchodzi w doktrynalne szczegóły, ani nie lubi doktrynalnych kazań. Zawsze pozostaje niejasne. Ktoś mógłby zapytać: Co rozumiesz przez doktrynalne szczegóły, oraz gdzie jest tutaj miejsce na ciasną bramę i wąską drogę? Odpowiedz polega na tym, że fałszywy prorok bardzo rzadko będzie ci mówił o świętym życiu, sprawiedliwości i Bożym gniewie. Zawsze zwiastuje o miłości Bożej, lecz pozostałych spraw nie wspomina. Nigdy nie wzbudza w ludziach bojaźni, gdy wspomina o owym świętym i majestatycznym Bycie, z którym my wszyscy musimy mieć do czynienia. Nie twierdzi, że nie wierzy we wspomniane prawdy. Nie. Nie na tym polega trudność, lecz na tym, że w ogóle o nich nie mówi. Zazwyczaj podkreśla tylko jedną prawdę o Bogu, a mianowicie o miłości. Nie wspomina o innych prawdach, które są równie ważne w Piśmie Św. I właśnie tutaj tkwi niebezpieczeństwo. Nie głosi on bowiem rzeczy, które w sposób oczywisty są nieprawidłowe, lecz powstrzymuje się od zwiastowania tego, co jest wyraźnie dobre i prawdziwe. Dlatego nazywa się fałszywym prorokiem. Ukrywanie prawdy jest tak samo godne potępienia, jak głoszenie wielkiej herezji. Z tego względu rezultat takiego nauczania można przyrównać do ‘wilka drapieżnego’. Cechuje się ono łagodnością, lecz może doprowadzić ludzi do zagłady, ponieważ nigdy nie pokazało im świętości, sprawiedliwości i gniewu Bożego. Nigdy nie podkreśla doktryny o sądzie ostatecznym i wiecznym potępieniu ludzi zgubionych.
Myślę jednak, że nie będę niesprawiedliwy jeśli powiem, że olbrzymia większość chrześcijan w dzisiejszych czasach nie potrafi rozpoznać człowieka, który mówi właściwe rzeczy, lecz pomija te najistotniejsze. Z niewiadomych przyczyn uważamy, że błąd polega tylko na czymś rażąco złym. Nie potrafimy pojąć, że najbardziej niebezpieczną osobą jest ten, kto nie podkreśla tego, co trzeba. Oto jedyny właściwy sposób zrozumienia przykładu o fałszywych prorokach, Są to ludzie, w których ewangelii nie ma "ciasnej bramy", ani „wąskiej drogi". Nie ma w nich cech, które mogłyby obrażać naturalnego człowieka. Wszystkim się podobają. Noszą na sobie „owcze odzienie", są atrakcyjni, mili i przyjemni z wyglądu. Wygłaszają uprzejme, wygodne, i pocieszające słowa. Sprawiają wszystkim przyjemność i każdy o nich mówi dobrze. Nikt nie prześladuje ich za zwiastowanie, ani ostro nie krytykuje. Są wychwalani przez liberałów i modernistów. Chwalą ich ludzie ewangelicznie wierzący oraz wszyscy pozostali. W pewnym sensie stali się oni „wszystkim dla wszystkich". Nie ma w nich nic z ciasnej bramy a w ich przesłaniu nie pojawia się „wąska droga". „Zgorszenie krzyża" u nich nie występuje. Jeśli tak wygląda wizerunek fałszywego proroka w ogólnym zarysie, zadajmy sobie następujące pytanie: co dokładnie mamy na myśli, gdy mówimy „wąska brama oraz wąska droga"? Pamiętacie w jaki sposób apostoł Piotr argumentuje w 2 rozdziale swojego II Listu. Mówi bowiem: „Lecz byli też fałszywi prorocy między ludem, jak i wśród was będą fałszywi nauczyciele." Musimy więc wrócić do Starego Testamentu i czytać o owych fałszywych prorokach, ponieważ w swojej istocie nie zmienili się oni do dzisiaj. Istnieli bowiem zawsze, a za każdym razem, gdy przychodził prawdziwy prorok taki jak Jeremiasz, lub ktoś jemu podobny, pojawiali się aby kwestionować jego wypowiedzi, aby mu się sprzeciwiać, aby mu zaprzeczać oraz aby go wyśmiewać. Czym się cechowali? Zostali oni opisani następująco: „ I leczą rany swojego ludu powierzchownie, mówiąc: Pokój, pokój! - choć nie ma pokoju." Fałszywy prorok zawsze pociesza. Gdy słuchasz go, przeważnie odnosisz wrażenie, że dzieje się niewiele złego. Przyznaje on oczywiście, że w pewnym stopniu ono istnieje; nie jest głupcem do tego stopnia, by mówić, że zło zupełnie znikło. Twierdzi jednak, że wszystko jest i będzie dobrze. „Pokój, pokój" - mówi. „Nie słuchajcie takich ludzi jak Jeremiasz" - woła. „On ciasno myśli, wszędzie widzi herezję i trudno z nim współpracować. Nie słuchajcie go. „Pokój, pokój." Leczy rany swojego ludu powierzchownie: „Pokój, pokój! - choć nie ma pokoju." Wówczas Stary Testament wypowiada z ogromną mocą przerażającą prawdę o religijnych ludziach ówczesnych i dzisiejszych czasów: „Mojemu ludowi się to podoba". Dzieje się tak, ponieważ tego rodzaju zwiastowanie nigdy nie zakłóca spokoju i nigdy nie jest dla nas niewygodne. Żyjesz tak jak dotychczas, jesteś w „porządku", oraz nie musisz zbytnio przejmować się ciasną bramą i wąską drogą, ani zastanawiać się tą czy inną nauką. „Pokój, pokój". Fałszywy prorok w swoim owczym odzieniu zawsze brzmi pocieszająco i kojąco. Jest zawsze nieszkodliwy, miły i atrakcyjny. W jaki sposób przejawia się to w praktyce? Uważam, że przeważnie tego rodzaju zwiastowanie cechuje się całkowitym brakiem doktryny w swoim przesłaniu. Przeważnie posługuje się ogólnikami i mglistymi określeniami. Nigdy nie wchodzi w doktrynalne szczegóły, ani nie lubi doktrynalnych kazań. Zawsze pozostaje niejasne. Ktoś mógłby zapytać: Co rozumiesz przez doktrynalne szczegóły, oraz gdzie jest tutaj miejsce na ciasną bramę i wąską drogę? Odpowiedz polega na tym, że fałszywy prorok bardzo rzadko będzie ci mówił o świętym życiu, sprawiedliwości i Bożym gniewie. Zawsze zwiastuje o miłości Bożej, lecz pozostałych spraw nie wspomina. Nigdy nie wzbudza w ludziach bojaźni, gdy wspomina o owym świętym i majestatycznym Bycie, z którym my wszyscy musimy mieć do czynienia. Nie twierdzi, że nie wierzy we wspomniane prawdy. Nie. Nie na tym polega trudność, lecz na tym, że w ogóle o nich nie mówi. Zazwyczaj podkreśla tylko jedną prawdę o Bogu, a mianowicie o miłości. Nie wspomina o innych prawdach, które są równie ważne w Piśmie Św. I właśnie tutaj tkwi niebezpieczeństwo. Nie głosi on bowiem rzeczy, które w sposób oczywisty są nieprawidłowe, lecz powstrzymuje się od zwiastowania tego, co jest wyraźnie dobre i prawdziwe. Dlatego nazywa się fałszywym prorokiem. Ukrywanie prawdy jest tak samo godne potępienia, jak głoszenie wielkiej herezji. Z tego względu rezultat takiego nauczania można przyrównać do ‘wilka drapieżnego’. Cechuje się ono łagodnością, lecz może doprowadzić ludzi do zagłady, ponieważ nigdy nie pokazało im świętości, sprawiedliwości i gniewu Bożego. Nigdy nie podkreśla doktryny o sądzie ostatecznym i wiecznym potępieniu ludzi zgubionych.
dr Martyn Lloyd Jones - Studium kazania na górze
sobota, 24 grudnia 2016
Piorunująca wiadomość
W dalszym ciągu zajmujemy się Pawłową argumentacją przeciwko stanowisku Żydów.
Pierwszym z argumentów było ponoszenie winy za potępianie pewnych postaw u
innych, samemu będąc nieświadomym swojej wewnętrznej niespójności w czynieniu
tegoż, polegającej na niedostrzeganiu faktu, że potępiając innych potępiali
siebie. Drugim była niepamięć w stosunku do tego, że sąd Boży zawsze jest zgodny
z prawdą. Obecnie zajmujemy się argumentem trzecim, czyli całkowitym
niezrozumieniem przez nich biblijnego nauczania o dobroci Bożej, cierpliwości i
pobłażliwości, wyrażonej w słowach: "lekceważysz... nie wiedząc [...]" Rz.2,4. Jest to, jak pamiętamy,
postawa świadomie wybierająca niewiedzę, postawa lekceważąca: „nie wiedząc, że
dobroć Boża do upamietania cię prowadzi". Szczegółowo zajęliśmy się słowem
„prowadzi", dlatego teraz musimy rozważyć to wielkie i niezwykle ważne słowo
„opamiętanie." Pozwólcie mi ponownie podkreślić jak ważnym jest, abyśmy
widzieli, że jest to pierwsza rzecz, na którą trzeba zwrócić uwagę podczas
głoszenia Ewangelii. Przede wszystkim Ewangelia wzywa nas do opamiętania.
Podawałem wam różne fragmenty i pokazałem, że Jan Chrzciciel głosił chrzest
opamiętania na odpuszczenie grzechów. Oto posłaniec Ewangelii. Nasz Pan chodził
i wzywał wszędzie ludzi do opamiętania. Piotr w Dzień Pięćdziesiątnicy uwypukla
jako piorunującą wiadomość: „Upamiętajcie się!", mówi, „i ochrzcijcie się w imię
Jezusa Chrystusa". I, jak widzieliśmy, apostoł Paweł, żegnając się ze starszyzną
efeską, przypomina im, że jego służba polegała na głoszeniu opamiętania się
przed Bogiem i wiary w Jezusa Chrystusa. Kwestia porządku jest bardzo ważna. Z
oczywistych względów jest to czynnik determinujący nasz sposób ewangelizacji i
myślę, że zgodzicie się ze mną, iż jest to coś, o czym w dzisiejszych czasach
mamy tendencję zapominać. Wydaje się, że ideą obecną w całej tej sprawie jest,
by najpierw przyprowadzić ludzi do Chrystusa, a dopiero potem do pokuty. Z
pewnością nie jest przypadkiem, że porządek Pisma jest zawsze odwrotny, i na
pewno bardzo niebezpieczne dla nas jest, jeśli chcąc widzieć większe efekty odwracamy ten biblijny schemat, który
zawsze charakteryzował sposób głoszenia Ewangelii przez Kościół, w każdym
okresie przebudzenia i ożywienia. Nie jest niespodzianką, że obserwujemy dzisiaj
niewiele dowodów na istnienie poczucia grzechu, rzadko widzi się też płaczących
grzeszników; nie jest więc niespodzianką, że rzadko słyszymy kogoś, kto w
obecności świętego Boga, przeżywa agonię duszy z powodu uświadomienia sobie
swojej grzeszności. Jeśli nie głosimy opamiętania, to oczywiście nie mamy
powodów, by tego oczekiwać. Jeśli cofniemy się i poczytamy historię przebudzeń w
Kościele chrześcijańskim odkryjemy, że opamiętanie zawsze było elementem
centralnym podstawowym. Póki co, poprzestanę na tym i przejdę dalej, musimy się
bowiem zastanowić nad rzeczywistym znaczeniem opamiętania: „dobroć Boża do
upamiętania cię prowadzi". Bardzo przekonującą metodą Przyjrzenia się temu
terminowi jest wzięcie pod uwagę dwóch słów, łacińskiego, od którego pochodzi
nasze angielskie słowo oraz greckiego. Słowo łacińskie (poenitentia — przyp.
red.) oznacza „myśleć jeszcze raz", myślisz — jeszcze raz. Mówiąc inaczej,
zwykle myślałeś w normalny dla siebie sposób, wezwanie do opamiętania zaś, które
jest efektem dobroci Bożej, powinno spowodować zatrzymanie się i ponowne
przemyślenie. Mamy wiele ilustracji takiego zachowania w Piśmie, ale jedno,
które nieodmiennie mnie przekonuje znajdujemy w Ewangelii wg św. Mateusza
21:28-32, gdzie sam nasz Pan Jezus Chrystus, w tak zwanej przypowieści o dwóch
synach, mówi o sprawie opamiętania: „Pewien człowiek miał dwóch synów.
Przystępując do pierwszego, rzekł: Synu, idź, pracuj dziś w winnicy. A on,
odpowiadając, rzekł: Tak jest, panie! Ale nie poszedł. I przystępując do
drugiego, powiedział tak samo. A on, odpowiadając, rzekł: Nie chcę, ale potem
zastanowił się i poszedł. Który z tych dwóch wypełnił wolę ojcowską? Mówią: Ten
drugi. Rzecze im Jezus: Zaprawdę powiadam wam, że celnicy i wszetecznice
wyprzedzają was do Królestwa Bożego. Albowiem przyszedł Jan do was ze
zwiastowaniem sprawiedliwości, ale nie uwierzyliście mu, natomiast celnicy i
wszetecznice uwierzyli mu; a wy, chociaż to widzieliście, nie odczuliście potem
skruchy, aby mu uwierzyć". Drugi syn jest tutaj ważną postacią, widzimy też, że
pierwszą cechą opamiętania jest „pomyśleć jeszcze raz". Mamy tu młodego
człowieka, któremu ojciec nakazał pracować w winnicy. Początkowo mówi, że nie
pójdzie, potem zaś widzimy go idącego do winnicy. Co mu się stało? Cóż,
najwyraźniej musiał ponownie przemyśleć ojcowski nakaz — jeszcze raz. Zawsze
stanowi to zasadniczą część opamiętania.
dr Martyn Lloyd-Jones - Boży sąd
dr Martyn Lloyd-Jones - Boży sąd
czwartek, 28 lipca 2016
Apokalipsa chwały
Prorok Ezechiel mówi, że Pan 'włoży haki' w szczęki koalicji dowodzonej przez
Rosjan i zmusi ich do wyruszenia przeciw Izraelowi w czasach ostatecznych (Ez. 38,8). Kolejne wersety wyjaśniają, że tym hakiem będzie ich pragnienie,
aby 'brać łupy i grabić' (38,12)
Osobiście uważam, że łupami, po które przybędą Rosjanie, będą arabskie pola naftowe Bliskiego Wschodu i wierzę też, że rosyjska inwazja na Izrael odegra w czasach ostatecznych dużo większą rolę niż to opisuje powieść "Pozostawieni". Oto według mnie najbardziej prawdopodobny scenariusz związanych z tym wydarzeń:
* Władze Autonomii Palestyńskiej podejmują próbę zajęcia całej Jerozolimy.
* Izraelczycy w szybkim tempie pokonują siły palestyńskie.
* Palestyńczycy zwracają się do państw arabskich o wsparcie militarne.
* Państwa arabskie przypuszczają zmasowany atak rakietami konwencjonalnymi na Hajfę i Tel-Aviv.
* Izraelczycy sięgają po arsenał nuklearny i całkowicie niszczą stolicę Syrii, Damaszek (Jer. 49 i Iz. 17)
* Świat arabski zwróci się do swojego tradycyjnego sojusznika - Rosji - o pomoc militarną w tym konflikcie.
* Rosjanie na tę prośbę skwapliwie przystają, dokonując inwazji na Izrael. Z pozoru będzie to miało służyć zniszczeniu Izraela, ale ich ukrytym, ostatecznym celem będzie przejęcie arabskich pól naftowych.
* Rosyjskie wojska zostają w nadnaturalny sposób zniszczone.
* Cały świat ogarnia panika.
* W Unii Europejskiej, jakby znikąd pojawia się dynamiczny, obdarzony charyzmą przywódca, który deklaruje, że ma skuteczny plan pokojowy dla Bliskiego Wschodu.
Podsumowując, stawiam tezę, że rosyjska inwazja przyczyni się do pojawienia się Antychrysta oraz wydarzeń prowadzących do zawarcia bliskowschodniego planu pokojowego, który poprzedzi okres Ucisku.
Osobiście uważam, że łupami, po które przybędą Rosjanie, będą arabskie pola naftowe Bliskiego Wschodu i wierzę też, że rosyjska inwazja na Izrael odegra w czasach ostatecznych dużo większą rolę niż to opisuje powieść "Pozostawieni". Oto według mnie najbardziej prawdopodobny scenariusz związanych z tym wydarzeń:
* Władze Autonomii Palestyńskiej podejmują próbę zajęcia całej Jerozolimy.
* Izraelczycy w szybkim tempie pokonują siły palestyńskie.
* Palestyńczycy zwracają się do państw arabskich o wsparcie militarne.
* Państwa arabskie przypuszczają zmasowany atak rakietami konwencjonalnymi na Hajfę i Tel-Aviv.
* Izraelczycy sięgają po arsenał nuklearny i całkowicie niszczą stolicę Syrii, Damaszek (Jer. 49 i Iz. 17)
* Świat arabski zwróci się do swojego tradycyjnego sojusznika - Rosji - o pomoc militarną w tym konflikcie.
* Rosjanie na tę prośbę skwapliwie przystają, dokonując inwazji na Izrael. Z pozoru będzie to miało służyć zniszczeniu Izraela, ale ich ukrytym, ostatecznym celem będzie przejęcie arabskich pól naftowych.
* Rosyjskie wojska zostają w nadnaturalny sposób zniszczone.
* Cały świat ogarnia panika.
* W Unii Europejskiej, jakby znikąd pojawia się dynamiczny, obdarzony charyzmą przywódca, który deklaruje, że ma skuteczny plan pokojowy dla Bliskiego Wschodu.
Podsumowując, stawiam tezę, że rosyjska inwazja przyczyni się do pojawienia się Antychrysta oraz wydarzeń prowadzących do zawarcia bliskowschodniego planu pokojowego, który poprzedzi okres Ucisku.
***
Pod koniec Tysiącletniego panowania Jezusa, ziemia jaką znamy, zostanie spalona ogniem i przekształcona w ziemię zupełnie nową. Na tej ziemi w swych uwielbionych ciałach, na wieczność zamieszkają odkupieni. Ich miejscem będzie Nowa Jerozolima, a pośród nich zamieszka zarówno Bóg Ojciec, jak i Syn Boży. Chwilę o tym pomyśl - wszystko co w tym świecie cenimy i uważamy za wartościowe, w jednej chwili zostanie strawione przez ogień.
Wszystkie zasoby materialne i zaszczyty, jakie ten świat potrafi zaoferować, zmienią się w popiół. Jedyną rzeczą o nieprzemijającym znaczeniu, będzie decyzja, którą w tym życiu podejmiemy bądź też nie, związana z Jezusem. Ta decyzja rozstrzygnie o miejscu, w którym na wieki pozostaniemy. Będzie to albo niebo, albo piekło.
dr David Reagan - Gniew i chwała. Księga Apokalipsy. Boży scenariusz przyszłości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








