czwartek, 19 listopada 2015

Agape

Ponieważ Bóg jest miłością (agape), wobec tego miłość musi być tą jedyną wszechpotężną zasadą rządzącą w Bożym wszechświecie. W przeciwnym bowiem razie Bóg nie mógłby być Bogiem. Sylogizm ten można ująć następująco: Bóg jest wszechpotężny. Bóg jest miłością. Dlatego też i miłość jest wszechpotężna. Z prawdy tej wypływa wniosek, że miłość jest potrafiącą wszystko przetrwać, wiecznie istniejącą i najwyższą zasadą rządzącą wszechświatem. Szatan przeciwstawił się tej zasadzie, ale przegrał.
***
Według ‘satanistycznej biblii’ krucyfiks symbolizuje „żałosną niemoc wiszącą na drzewie”. W ‘satanistycznych rytuałach’ Szatan nazywany jest „niesamowitym Księciem Ciemności, który rządzi ziemią”. Dalej jest przedstawiany jako ten, który przejmuje inicjatywę od Chrystusa, nazywanego „nieskończoną obrzydliwością z Betlejem”, „przeklętym Nazarejczykiem”, „nieudolnym królem”, „przemijającym i niemym Bogiem”, „podłym i wstrętnym pretendentem do chwały Szatana”.
Szatan opisany jest jako „Lucyfer rządzący ziemią”, który pośle „chrześcijańskich sługusów na zagładę”. Opisany jest również jako „Pan Światła” – a aniołowie, cherubiny i serafiny Chrystusa „kulą się i drżą przed nim ze strachu” oraz „płaszczą się przed nim”, podczas gdy on „rozwala bramy niebios”.W Księdze Objawienia znajdujemy całkowicie odmienny opis wydarzeń. Przedstawiona jest tam walka pomiędzy dziką bestią reprezentującą ślepą siłę i zabitym Barankiem. Walka kończy się ostatecznym zwycięstwem nad zwierzęciem i objęciem tronu wszechświata przez Baranka i Oblubienicę jako współrządzącą u Jego boku. Zwycięża miłość!Kiedy niebiosa przeminą z trzaskiem, a żywioły rozpalone stopnieją, ziemia i dzieła ludzkie na niej spłoną; kiedy „stare przeminie, a ziemskie trony i królestwa upadną”, kiedy nowe niebiosa i nowa ziemia, w których mieszka sprawiedliwość, zastąpią stary wszechświat, pozostanie jedynie to, co pojednało się z miłością. Miłość ta nawet teraz, w tym niespokojnym czasie, jest najwyższym prawem wszechświata i przetrwa, i przeżyje wszystkich swoich przeciwników.
***

Ponieważ jest to prawdą, najwyższym celem życia na ziemi jest nauczenie się miłości agape ucieleśnionej w Chrystusie. Taki właśnie jest cel wszystkiego, czego Bóg oczekuje od swoich dzieci. Głównym zajęciem Boga w tym wieku nie jest kierowanie wszechświatem przy pomocy przemożnej siły, ale uczenie członków Jego wybranej Oblubienicy miłości agape, aby przygotować ją do objęcia tronu. Bóg nie czyni nic w sferze odkupienia, co nie miałoby związku z tym zadaniem. Dlatego też każde pojedyncze wydarzenie, czy to radość, czy smutek, nieszczęście czy błogosławieństwo, ból czy przyjemność, wszystko bez wyjątku, Bóg wykorzystuje w celu zdobycia Oblubienicy i doprowadzenia w niej do pełności miłości agape. Tak więc najważniejszym celem życia na ziemi nie jest szukanie przyjemności, sławy, bogactwa czy jakiejkolwiek innej formy światowego sukcesu, lecz uczenie się miłości agape. W ostateczności, w Królestwie Bożym o czyjejś pozycji nie będzie decydował talent, wybitna osobowość, bystrość umysłu, sukces ziemski czy powodzenie, ale tylko jedno – miłość agape.


Paul Billheimer - Nie marnuj swoich łez

wtorek, 10 listopada 2015

Watergate

Ameryka nigdy dotąd nie widziała czegoś takiego jak afera Watergate. Wyglądało to tak, jakby kraj zamarł na kilkanaście miesięcy, kiedy trwały przesłuchania, reporterzy wyciągali brudy, a prezydent, człowiek nastawiony na sukces tak samo jak Chuck Colson, czuł, jak wszystko przecieka mu przez palce - wszystko, na co pracował przez całe swoje życie. Dwa lata po przytłaczającym zwycięstwie wyborczym, musiał stawić czoło wyborowi między procedurą impeachmentu (oficjalna procedura odsunięcia od władzy prezydenta) a rezygnacją z urzędu.
Colsona pochłonęła fala ogólnonarodowego gniewu. Jedyne, co mógł zrobić, to wrócić do praktyki prawniczej. W samym środku kryzysu poszedł na spotkanie ze starym przyjacielem i klientem Tomem Phillipsem, prezesem Raytheon Company (jeden z największych koncernów zbrojeniowych w USA i na świecie). Chuck darzył go szacunkiem jako człowieka ze swego pokolenia, który podziela jego etykę pracy. Był zaskoczony, widząc, jak opanowany i spokojny był Tom. A więc prawdą było to, że jego życie wyszło na prostą - pomyślał. Krążyły plotki, że Tom doświadczył jakiegoś przeżycia religijnego. Chuck zapytał go, co się stało. Przyjaciel był dość powściągliwy. Popatrzył przed siebie i odparł: Znalazłem Jezusa. Moje życie teraz należy do Niego.
Tam, skąd pochodził Chuck takie stwierdzenie uchodziło za wariactwo. Można od czasu do czasu pójść do kościoła, ale nikt nie będzie mówił o "znalezieniu Jezusa" lub poddaniu Mu swojego życia. A potem Chuck znowu musiał spokornieć - został przesłuchany przez sąd przysięgłych. Jego nazwisko zostało sponiewierane przez największe media. Spokój jego przyjaciela był czymś nader pożądanym. Nieco później Chuck zadzwonił do Toma i poprosił o spotkanie.
- Chcę usłyszeć coś więcej o tej religijnej przygodzie, która ci się przydarzyła - powiedział.
Usiedli na werandzie i Tom opowiedział, jak poszedł na ewangelizację Billy'ego Grahama. Wyciągną książkę pt. 'Chrześcijaństwo po prostu' C.S. Lewisa i odczytał fragment o tym, co Lewis nazywa 'wielkim grzechem' - o pysze. Słowa były błyskotliwe i pełne intelektualnej głębi, a myśl w nich zawarta przewróciła świat Chucka do góry nogami. Nauczono go myśleć, że duma to wielka wartość, że trzeba być dumnym z pracy i ze swego nazwiska, szczycić się swoimi osiągnięciami. Teraz zobaczył, że duma miała również ciemną stronę. Pycha jest w stanie zbyt mocno popychać człowieka do szukania własnego dobra. Może uczynić go aroganckim i pełnym pogardy w stosunku do innych. To książka o mnie - pomyślał Chuck - Taki byłem. W obliczu tych słów poczuł się nagi i bezsilny. Sąd nie mógłby potraktować go surowiej i zadać mu więcej bólu, niż zrobiły wspomniane słowa. Płatny zabójca został rozbrojony. Tom zaproponował, że pomodli się z nim, aby poprowadzić go ku nowemu życiu. Chuck nie był na to gotowy, ale zgodził się pożyczyć książkę C.S. Lewisa. W drodze do domu wołał do Boga. Jego niepokój był tak głęboki, że obawiał się, iż rozbije samochód. Zjechał na pobocze i zaczął rozmawiać z Bogiem, na co nigdy wcześniej nie miał czasu. Ogarnęło go cudowne uczucie, że Bóg go słuchał. Czegoś takiego nigdy wcześniej nie doświadczył. Chuck był typem masywnego, twardo stąpającego po ziemi faceta. Czyżby oszalał? Następnego ranka zorientował się, że wszystko się uspokoiło. Odzyskał trzeźwość myślenia. Czuł za to ekscytację z powodu nowych idei - oraz pokój, prawdziwy pokój, prawdziwe uwolnienie od okropnego brzemienia bycia Chuckiem Colsonem - człowiekiem, który musiał mieć nadzwyczajne wyniki, być mistrzem, który zdoła przetrzymać wszystkich.
Teraz widział swój grzech i swoją słabość i - o dziwo - było to uwalniające. już go to nie rujnowało, ponieważ wszystko mógł u stóp Boga. Zatopił się w lekturze C.S. Lewisa - czytał, powracał do przeczytanych już fragmentów, podkreślał, rozmyślał. Powziął decyzję. Od tego dnia jego życie należało do Chrystusa. Ale co zrobić z problemami z prawem? Myślał o tym i znalazł zarzut, do którego mógł się przyznać. Zaproponował, że przyzna się do winy i podda się karze więzienia.
Nie był zaskoczony, że media dowiedziały się o jego nawróceniu i obróciły to w szyderstwo. Oczywiście wszystko to było wybiegiem - twierdzili eksperci. Ale to nie miało dla niego znaczenia. Pomimo całego tego publicznego zgiełku Chuck Colson wiedział, że stał się nowym stworzeniem. Władza jego dawnych bożków została usunięta, a on sam wiedział, co było prawdziwym źródłem władzy. To dziwne, myślał, kiedy prowadzono go do celi. Dziwne, że człowiek może iść za kraty, a jednocześnie czuć się bardziej wolny niż kiedykolwiek wcześniej.


Kyle Idleman - Wojna bogów

piątek, 27 lutego 2015

Córeczko!

DO ESTHER EDWARDS BURR 
Stockbridge, 28 marca 1753 roku
Drogie Dziecko, 
Cieszymy się, że masz się lepiej, lecz martwi nas Twoje przewlekłe słabe zdrowie. Z zadowoleniem przyjąłem wiadomości z Twojego listu do matki, zwłaszcza o tym, że dobrowolnie ofiarowałaś się na służbę Bogu i doznałaś duchowego pocieszenia w swoim cierpieniu, wynikłym z ogromnego osłabienia i dokuczliwych bólów. Powinnaś za to dziękować, jak również za niestrudzoną serdeczność i troskliwą opiekę Twojego małżonka (Aaron Burr -zm. 1757 r. - pastor Kościoła prezbiteriańskiego w Newark w stanie New Jersey; był też rektorem College'u New Jersey; ożenił się z Esther Edwards w 1752 roku.), o czym nam pisałaś. Nie chciałbym, abyś dziwiła się temu doświadczeniu: taki jest porządek rzeczy, że najpierw świat się uśmiecha, a potem napełnia smutkiem. W samą porę Bóg udzielił Ci w ten sposób ostrzeżenia, abyś nie polegała na doczesnej pomyślności. Dlatego, jeśli tylko Bóg będzie chciał przywrócić Ci zdrowie, radziłbym, abyś nie szukała szczęścia na ziemi. Póki żyjesz, staraj się służyć Bogu i zdziałać tyle dobrego, ile zdołasz, pracuj na rzecz pomnażania chwały Bożej i dla dobra swojej duszy. Ciesz się, mogąc czynić i znosić to wszystko, do czego Bóg powołał Cię na tej pustyni, i nie oczekuj, że świat okaże się czymś innym niż tylko pustynią. Podejmij swoją wędrówkę w trudzie, w cierpieniu i w znoju i wypatruj odpoczynku oraz nagrody w przyszłym życiu, kiedy umarli w Panu odpoczną po swoich trudach i wejdą do radości swego Pana. Możliwe, że jeśli uda Ci się zwalczyć tę chorobę, resztę życia spędzisz w dużym oddaleniu od rodziców, ale nie troskaj się tym. Nawet gdybyś mieszkała nieopodal, i tak przecież w niedługim czasie wszyscy wydamy ostatnie tchnienie i nasz proch powróci do ziemi, do czego przybliża nas każda chwila. Nieskończenie ważniejsze jest, by żyć przed obliczem wiekuistego Ojca i zmierzać do domu niebieskiego. Starajmy się postępować tak, aby się tam kiedyś spotkać. Co zaś się tyczy medykamentów dla Ciebie, to udało nam się zdobyć tylko jednego grzechotnika. Wiem, że specyfik z jego jadu pomógł Ci wcześniej, dlatego nadal powinnaś go zażywać. Jeśli Twój żołądek jest słaby i wrażliwy, musisz pić jedynie małe dawki. Posyłamy Ci też żeń-szeń. Najlepiej spróbuj przygotować go na różne sposoby: weź go tyle, ile uznasz za stosowne ze względu na Twój żołądek, i sporządź wywar wodny. Możesz też namoczyć go w winie: w dobrej maderze lub bordo; jeśli zaś byłyby za mocne, zastąp je jakimś dobrym białym winem. Obojętnie, czy będziesz żeń-szeń gotować, czy moczyć w winie, najlepiej pokroić go na cieniutkie plasterki lub utłuc w żelaznym moździerzu. Do wyciągu dodaj przyprawy namoczone w takim winie, jakie lubisz i jakie nie podrażnią Ci żołądka. A przede wszystkim, jeśli czujesz się na siłach, przy dobrej pogodzie spróbuj jeździć konno, ale nie za długo, żeby się nie przemęczyć. Musisz też być bardzo ostrożna i unikać przeziębienia. Najlepiej nie zważaj na porady lekarzy i lecz się sama, słuchając tych, którzy dobrze znają Twoje przypadłości. Pragnąłbym, abyś razem z panem Burrem doradzała niekiedy Timmy'emu (Najstarszy syn Edwardsa, Timothy Edwards -1738-1813, uczył się w tym czasie w College'u New jersey) w sprawach jego duszy. Polecam Cię opiece Bożej, o którą modlimy się dla Ciebie codziennie. 
Twój kochający ojciec Jonathan Edwards
PS. Twoja matka chciałaby, żebyś zrobiła sobie konfitury z rodzynek funt białego cukru na funt rodzynek bezpestkowych. Zmieszaj je z gałką muszkatołową, cynamonem, goździkami, skórką pomarańczową i zmiel w młynku. Jedna gałka na pół funta konfitur, inne przyprawy w podobnej proporcji. Jedz te konfitury po trochu, tyle by nie podrażnić żołądka: rano, godzinę przed obiadem i po południu. Te same przyprawy oraz skórka pomarańczowa nadają się do korzennego wina, ale staraj się je zażywać same, odcedzone z wina. Zauważyliśmy, że przyprawy te są tak silne, iż mogą wywołać gorączkę, dlatego najlepiej rozcieńczyć je wodą, aby osłabić ich działanie. Twoja matka twierdzi, że powinnaś też od czasu do czasu pić herbatkę z liści przymiotna - może w Newmark znane jest pod tą samą nazwą. Podobno bardzo to jej pomogło i wzmocniło ją, gdy była osłabiona. Do pozdrowień dołącza się cała rodzina.

Jonathan Edwards - Wybór pism

sobota, 20 grudnia 2014

Przyjaźń

Pycha jest naturalnym zagrożeniem związanym z przyjaźnią. Ponieważ przyjaźń jest najbardziej duchową z miłości, zagrażające jej niebezpieczeństwo jest również duchowej natury. Można wręcz powiedzieć, że przyjaźń jest uczuciem anielskim — jednak człowiek, który chciałby bezkarnie spożywać chleb anielski, musi w trójnasób uzbroić się w pokorę. Może teraz łatwiej nam będzie pokusić się o odpowiedź, dlaczego Pismo Święte tak rzadko używa przyjaźni jako obrazu najwyższej miłości. Otóż przyjaźń jest z natury zbyt duchowa, aby móc służyć za dobry przykład rzeczy duchowych. To, co najwyższe, nie zdoła ustać bez tego, co najniższe. Bóg może bezpiecznie przedstawiać się nam jako Ojciec albo Oblubieniec, bo chyba tylko szaleniec uznałby, że Bóg jest naszym ojcem w sensie fizycznym albo że związek Boga i Kościoła może mieć charakter inny niż mistyczny. Jeśli jednak posłużymy się jako Jego obrazem przyjaźnią, moglibyśmy pomylić symbol z rzeczą symbolizowaną. Wpisane w naturę przyjaźni niebezpieczeństwo wzmogłoby się jeszcze bardziej. Nie da się zaprzeczyć, że przyjaźń jest bliska życiu niebiańskiemu, jednak jest to bliskość w sensie podobieństwa. Gdyby ją traktować jako symbol Miłości Najwyższej, łatwo można by ją pomylić z bliskością w sensie stopnia przybliżenia do Boga. Przyjaźń zatem, tak jak każda miłość przyrodzona, nie jest zdolna zbawić samej siebie. Przeciwnie, ze względu na swój duchowy charakter przyjaźń staje w obliczu subtelniejszego wroga i tym bardziej musi się oddawać pod boską opiekę, o ile chce uniknąć zepsucia. Zauważmy, jak wąska jest prawdziwa droga przyjaźni. Z jednej strony nie wolno jej się przeradzać w towarzystwo wzajemnej adoracji, ale z drugiej strony trudno byłoby nazwać prawdziwą przyjaźnią uczucie, które nie byłoby pełne wzajemnego podziwu, to jest miłości płynącej z docenienia innych. O ile bowiem nie chcemy, aby nasze życie uległo strasznemu zubożeniu, z naszymi przyjaźniami musi być tak, jak się to zdarzyło z Chrześcijanką i jej towarzyszkami w siedemnastowiecznym poemacie Johna Bunyana pt. Wędrówka pielgrzyma: „Jedna na drugą patrzyła zdjęta grozę, bo żadna w sobie samej dostrzec nie mogła owej chwały, którą w pozostałych widziała. Teraz zatem każda traktowała inne z szacunkiem większym niźli siebie samą. Tyś jest piękniejsza ode mnie, rzekła jedna; nie, tyś nadobniejsza, odrzekła jej druga.” Na dłuższą metę jest tylko jeden sposób, aby móc bez ryzyka zakosztować tego wspaniałego doświadczenia. Bunyan wspomina o nim w tym samym fragmencie: otóż kobiety mogą zobaczyć się nawzajem w nowym świetle dopiero wtedy, kiedy w domu Tłumacza zostaną wykąpane, opatrzone symboliczną pieczęcią i otrzymają białą szatę. Aby nie popadać w pychę, musimy stale pamiętać o tym darze kąpieli, pieczęci i białej szaty. Im wznioślejsze jest podłoże, na którym wyrosła nasza przyjaźń, tym bardziej trzeba o tym pamiętać. Zwłaszcza w przyjaźni wyrastającej na gruncie religijnym zapominać o tym byłoby rzeczą zabójczą. Jeśli bowiem zapomnimy o tym darze, może nam się wydać, że to my — nasza czwórka czy piątka — wybraliśmy się nawzajem; że dostrzegamy piękno pozostałych dzięki własnej szlachetności; że to przyrodzone siły wyniosły nas ponad resztę ludzkości. inne rodzaje miłości nie są podatne na tego rodzaju złudzenie. Przywiązanie rzecz jasna wymaga pokrewieństwa lub przynajmniej bliskości, która nigdy nie opiera się na wolnym wyborze. Jeśli chodzi o miłość erotyczną, co drugi poemat miłosny i co druga piosenka na świecie powie, że twoja miłość była nieuchronna i zapisana w gwiazdach, że masz nad nią taką samą kontrolę jak nad gromem uderzającym z jasnego nieba, bo „nie w naszych silach jest kochać ani nienawidzić". O miłości decydują strzały Kupidyna, geny, wszystko, tylko nie my sami. Jednak w przyjaźni, która jest wolna od podobnej konieczności, może nam się wydawać, że sami wybraliśmy się nawzajem. W rzeczywistości kilka lat różnicy wieku, kilka mil odległości między naszymi domami, wybór tej uczelni a nie innej, przypadek, który zadecydował, że przy pierwszym spotkaniu w rozmowie pojawił się taki a nie inny temat — gdyby nie te przypadkowe zdarzenia, być może nigdy nie stalibyśmy się przyjaciółmi. Jednak ściśle rzecz biorąc, dla chrześcijanina nie istnieją przypadki. Działał tu tajemny Mistrz Ceremonii. Chrystus, który swoim uczniom powiedział: „To nie wyście mnie wybrali, ale ja was wybrałem", mógłby powiedzieć każdej grupie przyjaciół-chrześcijan: „To nie wyście się wybrali, ale ja was wybrałem dla siebie nawzajem". Przyjaźń nie jest nagrodą za nasz dobry gust, który pozwolił nam się odszukać wśród innych. Przyjaźń to narzędzie, którym Bóg ukazuje każdemu z przyjaciół piękno pozostałych. Nie jest to piękno większe niż tysiąca dowolnych innych ludzi — jednak w przyjaźni Bóg otwiera nam na nie oczy. Jak każde piękno, pochodzi ono od Boga, a kiedy przyjaźń jest dobra, Bóg przez tę przyjaźń owo piękno potęguje, tak aby z niego uczynić narzędzie nie tylko swego objawienia, ale i tworzenia.

C. S. Lewis - Cztery miłości

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Niepewność

... przyjaciel odpowiedział: „Wiesz co, nie jestem pewien". Pomyślałem wtedy, że to bardzo rozsądna odpowiedź, świadcząca o jego głębokiej pokorze. Tylko że od tamtej pory minęło już pięć lat a on wciąż „nie jest pewien". Utknął w miejscu, wybrał wątpienie, postawę bardzo dziś atrakcyjną i wręcz szanowaną. Gdy wyrażasz wątpliwości, jesteś „swój". Posłuchaj, co mówią niektórzy: Tak naprawdę nie wiem... wciąż zmagam się z tym problemem... Wiesz co, nie mam pewności...". A jeśli już się zdarzy, ze ktoś wyrazi stanowcze przekonanie w jakimś obszarze, zaraz szybko doda: „Ale to oczywiście tylko moje zdanie". Tak jakby posiadanie przekonań było czymś niewłaściwym. Pewność budzi podejrzenia; nie brzmi „prawdziwie" czy „autentycznie". Wątpić - to takie ludzkie. Wydajesz się bardziej „ludzki", gdy dzielisz się wątpliwościami, niż gdy jesteś czegoś pewien. W efekcie niepewność jest w cenie, gdyż wydaje się bardziej ,,autentyczna". Nasuwa się tu jeszcze jedno skojarzenie. Owszem, dogmatycy, wyrażający arogancką pewność w różnych sprawach, swoją postawą naprawdę poczynili wiele szkód. Szczególnie dogmatycy religijni. Toteż „dobrzy" ludzie nie chcą mieć z dogmatyzmem religijnym nic wspólnego, nie chcą też być uważani za tych, którzy mają silne, ugruntowane przekonania. Nie chcą być z tym nawet kojarzeni. Poza tym dzisiejsza kultura promuje postawę wątpienia we wszystko. Gdy na ekrany kin weszła pierwsza część serii “Opowieści z Narnii”, byłem w szoku, jak bardzo scenarzyści wypaczyli charakter Piotra. Autor książki C.S. Lewis, ukazuje go jako silnego i odważnego, tymczasem twórcy filmu przedstawili nam chłopca niepewnego i pełnego wątpliwości. To zupełne odwrócenie jego charakteru, wskazujące na popularny trend, jaki panuje we współczesnym świecie. Chcieli w ten sposób nadać Piotrowi więcej „wiarygodności". Bo dopiero gdy wątpisz, jesteś “swój". Reżyser Peter Jackson dokonał tego samego zabiegu na charakterze Aragorna, gdy filmował trylogię Tolkiena “Władca pierścieni”. W pierwotnym zamyśle autora Aragorn to postać emanująca siłą i pewnością siebie. Nie brak mu pokory, ale postępuje stanowczo i zdecydowanie. Tymczasem w filmie został sportretowany jako postmodernistyczny bohater, zmagający się z niepewnością, zwątpieniem w samego siebie i żalem. Tak jak byśmy już nie wierzyli, że mogą istnieć na świecie prawdziwi bohaterowie. Wyszedłem z kina wściekły. Przyszedł mi wtedy do głowy pewien cytat z książki Alana Blooma. Odnosząc się do czynionego przez postmodernistów fundamentalnego założenia, Bloom napisał: “Człowiek prawdziwie do czegoś przekonany stanowi realne zagrożenie. Na podstawie obserwacji historyczno-kulturowych widzimy, że w przeszłości cały świat pogrążony był w szaleństwie; ludzie trwali w przekonaniu, że mają rację, co prowadziło do wojen, prześladowań, niewolnictwa, ksenofobii, rasizmu i szowinizmu. Obecnie zaś nie chodzi o to, by poprawiać błędy i naprawdę mieć rację, ale raczej, by w ogóle nie myśleć, że można mieć jakąkolwiek rację (The Closing of the American Mind). A zatem udające pokorę wątpliwości stały się dziś cenną zaletą, warunkiem koniecznym do tego, by budzić respekt. Ludzie o silnych przekonaniach budzą podejrzenia. Wielu znanych mi chrześcijan przyjęło postawę umiarkowanego zwątpienia, wierząc, że jest to prawdziwa zaleta charakteru. Żeby było jasne: doceniam pragnienie bycia pokornym i trzymanie się z dala od dogmatyzmu. Myślę, że to słuszna droga. Ale, przyjaciele, silne przekonania nie są naszym wrogiem! Jest nim duma. Jest arogancja. Pycha. Ale nie przekonania. Jak powiedział G.K. Chesterton: „Otwarty umysł to w rzeczywistości oznaka głupoty, podobnie jak otwarte usta. (...) Człowiek otwiera umysł, by, podobnie jak ustami, natychmiast uchwycić nim cokolwiek, co w niego wpadnie". Spójrzmy teraz na Jezusa, który zawsze potrafił tak cudownie sprzeciwiać się ogólnie przyjętym normom. Jego szczerość, pokora czy miłosierdzie są bezdyskusyjne. A jednak wątpliwości czy niepewność - co dla wielu może być sporym zaskoczeniem - nie spotykają się z Jego aprobatą. “Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie!. Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary?" (Ewangelia św. Mateusza 14,22-31). Jezus nie chwali Piotra za autentyczność tej reakcji. Nie mówi: „Piotrze, ależ byłeś prawdziwy w swoim pomieszaniu i jak uczciwy, kiedy zwątpiłeś, tracąc grunt pod stopami! Wielu będzie mogło się na to powoływać". Nie, On go gani za poddanie się wątpliwościom. (...) Bycie „niewiernym Tomaszem" - niedowierzającym, pełnym wątpliwości - to żadna chluba, ale powód do wstydu. (...) Gdybyś był naprawdę przekonany, że ludzie idą na wieczne potępienie, jeśli nie uwierzą w Jezusa Zbawiciela, wówczas daleko śmielej byś się dzielił swoją wiarą, a wtedy... co pomyśleliby o tobie koledzy z pracy? Zauważ, jak wygodnie jest wątpić. I znowu wracamy do kwestii motywów.

John Eldredge - Pełna ulga w świętości

środa, 21 maja 2014

Interpretacja

Cała księga [Objawienia] składa się ze zmieniających się scen, ruchomych obrazów i aktywnych symboli. Ponadto są dźwięki, głosy, pieśni, odpowiedzi, chóry. Rodzi się jednak pytanie, co znaczą te obrazy? W jaki sposób będziemy je interpretować? By odpowiedzieć na to pytanie, zróbmy małą dygresję. Na pewno pamiętacie przypowieść o miłosiernym Samarytaninie w Łukasza 10. Są osoby, które zinterpretowałyby tę piękną historię w następujący sposób: mężczyzna, który podróżuje z Jerozolimy do Jerycha przedstawia Adama, głowę rasy ludzkiej. Zostawił niebiańskie miasto i podróżuje w dół, do ziemskiego zepsutego miasta. Lecz łaknąc „ziemi", wpada w ręce złodziei, to znaczy zostaje opanowany przez szatana i jego złych aniołów. Owi złodzieje odzierają go z szaty pierwotnej sprawiedliwości. Również biją go, zostawiając całego poranionego, półżywego (PÓŁŻYWEGO w grzechach i upadkach!). Kapłan i lewita przedstawiają zakon i ofiary. Nie mogą zbawić grzesznika, nie są w stanie udzielić pomocy. Lecz dobry Samarytanin, mianowicie Jezus Chrystus, podróżuje tą drogą i pomaga biednemu grzesznikowi. Dobry Samarytanin namaszcza jego rany oliwą Ducha Świętego oraz winem, to znaczy, krwią swojej męki. Następnie wkłada biedaka na własnego muła, symbolizującego zasługi Chrystusowej sprawiedliwości. Zabiera biedaka do gospody, to znaczy, do kościoła. Następnego dnia daje gospodarzowi dwa denary, to jest Słowo Boże i Sakramenty, by zaspokoić duchowe potrzeby biednego grzesznika. Wówczas dobry Samarytanin odjeżdża, lecz obiecuje powrócić. 
Cóż, jeżeli czytelnik w ten sposób myśli oraz zachwyca się takimi uduchowionymi wyjaśnieniami, równie dobrze może zamknąć tę książkę. Nigdy nie zrozumie właściwie przypowieści naszego Pana. Ani też nigdy nie będzie w stanie zrozumieć księgi Objawienia. Podkreślmy fakt, że ta interpretacja od początku do końca jest niepoprawna. Kompletnym błędem jest doszukiwanie się ukrytych znaczeń, zastanawiać się, co oznacza biedny człowiek, który dostał się między złodziei, co symbolizują złodzieje, kapłan, lewita, dobry Samarytanin, wino, oliwa, muł, gospoda oraz dwa denary. Żadna z tych rzeczy nie ma absolutnie żadnego „głębszego", duchowego znaczenia! Jeśli muł ma być uduchowiony, kto ma dokładnie ustalić, jakie jest jego znaczenie? A co z dwoma denarami? Czy reprezentują dwa Sakramenty, Słowo Boże i Sakramenty czy dwa testamenty? Kto to ustali? Nie wynika to z kontekstu przypowieści i dlatego nie powinniśmy doszukiwać się głębszego znaczenia. 
Z pewnością wszystkie te elementy przypowieści: wino, oliwa, kapłan, lewita, gospoda, dwa denary itd. posiadają wartość, ponieważ bez nich przypowieść byłaby niekompletna i nie niosłaby żadnego przekazu. Jednak nie powinniście przypisywać odrębnego, duchowego znaczenia każdemu z tych elementów. Po prostu, służą temu, by parabola była kompletna. Wówczas, gdy przeczytacie całą przypowieść, powinniście zapytać: „Jakie jest znaczenie tej przypowieści, postrzeganej jako całość?". Każda parabola uczy jednej, głównej prawdy. Małe studium kontekstu zwykle czyni tę prawdę doskonale wyraźną. W świetle Łukasza 10:25-29 oraz wersetów 36 i 37, widzimy, że znaczenie tej pięknej historii jest takie, że powinniśmy być bliźnimi dla każdego, kogo Pan postawi na naszej drodze, a nie zastanawiać się na tym, kto jest moim bliźnim.


William Hendriksen - Więcej niż zwycięzcy

czwartek, 27 lutego 2014

Pokój z Bogiem

Paweł nie mówi, że mamy "pokój Boży", ale że mamy "pokój z Bogiem". "Pokój Boży, który przewyższa wszelki rozum" (Fil.4,7) jest czymś, czego potrzebuje człowiek, otoczony problemami, trudnościami oraz udrękami. Jest poważnie zagrożony ulegnięciem niepokojącym go troskom, zmartwieniom i obawom. Wszyscy jesteśmy narażeni na tego rodzaju pokusę. W liście do Filipian apostoł zajmuje się ludźmi solidnie utwierdzonymi w chrześcijańskim życiu, a nie sposobem, w jaki można rozpocząć tego rodzaju życie. Nigdy nie poznamy "pokoju Bożego" póki nie będziemy mieć "pokoju z Bogiem". Ważne jest, byśmy zrozumieli, iż tutaj tematem nie jest to, jak mamy sprostać życiowym udrękom, ale raczej, jak możemy sprostać Bożemu prawu, zmierzyć się z Bożym sądem, i Bożą sprawiedliwością. Apostoł przypomina nam, że przez Pana Jezusa Chrystusa i dzięki środkowi, jakim jest usprawiedliwienie z wiary, mamy pokój względem Boga. (...)
...jeśli chcesz mieć pewność zbawienia, nie zaczynaj od swoich uczuć, ale od zrozumienia, a uczucia pojawią się później.(...)
Kolejna cecha charakterystyczna fałszywego pokoju jest nieco zaskakująca i niespodziewana. Człowieka, który posiada fałszywy pokój, nigdy nie dręczą wątpliwości. Falsyfikat zawsze jest zbyt wspaniały, falsyfikat sięga dalej niż prawdziwe przeżycie. Kiedy diabeł daje człowiekowi fałszywy pokój, imitujący ten prawdziwy, stwarza warunki, w których człowiek znajduje się w pewnym stanie psychicznym. Nie staje w sposób rzeczywisty w obliczu prawdy, nie ma zatem niczego, co mogłoby go zmartwić. Intelektualni wierzący nigdy nie są zaniepokojeni, są całkowicie odprężeni, nie mają wątpliwości i smutków. Osoby posiadające falsyfikat pokoju są zbyt wygadane i beztroskie. Porównajcie takich ludzi z nowotestamentowym obrazem chrześcijanina.

dr Martyn Lloyd-Jones - Pewność zbawienia 

poniedziałek, 17 lutego 2014

Narodziny prawdziwego życia i miłości.

Dzieje się coś podobnego jak w materialnym świecie przy każdych narodzinach. Płód rodzi się nie dlatego, że chce się urodzić, że lepiej dla niego jest się narodzić i że wie iż dobrze jest się urodzić, lecz dlatego, że dojrzał i nie może kontynuować uprzedniego istnienia; musi poddać się nowemu życiu nie tyle dlatego, że ono go wzywa, ile dlatego, że znikła możliwość uprzedniego istnienia.
Dzieje się dokładnie to samo, co się dzieje podczas powstawania wszystkiego. Ta sama zagłada ziarna, uprzedniej formy życia, i wypuszczenie nowego kiełka; ta sama pozorna walka uprzedniej formy rozkładającego się ziarna i wzrost kiełka - i to samo odżywianie kiełka kosztem rozkładającego się ziarna. Nie możemy widzieć narodzin tej nowej istoty, nowego stosunku rozumnej świadomości do zwierzęcej, tak samo jak ziarno nie może widzieć wzrostu swojej łodygi. Kiedy rozumna świadomość wychodzi ze swego ukrytego stanu i nam się ukazuje, odnosimy wrażenie, że doznajemy sprzeczności. Lecz żadnej sprzeczności nie ma, tak jak nie ma jej w kiełkującym ziarnie. W kiełkującym ziarnie widzimy tylko, że życie mające uprzednio formę ziarna teraz jest już w jego kiełku. Dokładnie tak samo właśnie w człowieku o przebudzonej rozumnej świadomości nie ma żadnej sprzeczności, lecz są tylko narodziny nowej istoty, nowego stosunku rozumnej świadomości do zwierzęcej. (...)
Miłość prawdziwa jest samym życiem. "My wiemy, że przeszliśmy ze śmierci do życia, bo miłujemy braci."(1J 3,14) (...) Miłość nie jest zamiłowaniem do czegoś zwiększającego chwilowe korzyści osobiste człowieka, tak jak miłość do wybranych osób lub upodobanie do pewnych przedmiotów, lecz stanowi dążenie do dobra tego, co jest poza człowiekiem, co w nim zostaje po wyrzeczeniu się pożytków z tożsamości zwierzęcej. (...) Miłość ta, w której - i tylko w niej - jest życie, przejawia się w duszy człowieka jako ledwie zauważalny, delikatny kiełek pośród podobnych do niej ordynarnych kiełków chwastów rozmaitych żądz ludzkich, które nazywamy miłością. Najpierw ludziom i samemu człowiekowi wydaje się, że ten kiełek - z którego powinno wyrosnąć drzewo, miejsce na ptasie gniazda - i wszystkie inne kiełki są tym samym. Nawet wolą oni zrazu kiełki chwastów, które rosną szybciej, a jedyny kiełek życia, zagłuszony, obumiera; co gorsza zdarza się jeszcze częściej, że słyszeli, iż wśród tych kiełków jest jeden prawdziwy, życiowo ważny, zwany miłością, tymczasem, depcząc go, zaczynają w zamian hodować inny - kiełek chwastu, nazywając go miłością. A co jeszcze gorsze: stwardniałymi rękami chwytają kiełek i krzyczą: "oto on, znaleźliśmy go, teraz wiemy, że to on, wyhodujemy go. Miłość! Miłość! wyższe uczucie, oto ono!"  i zaczynają go przesadzać, doskonalić, i zawłaszczają go, zgniatają tak, że umiera, nie rozkwitnąwszy, a ci sami lub inni ludzie mówią: wszystko to bzdura, głupstwa, sentymentalizm. Zalążek miłości, w przejawie swym delikatny, nie znoszący dotyku, potężnieje tylko wtedy, gdy się rozrasta. Wszystko, co będą przy nim robić ci ludzie, tylko mu zaszkodzi. Potrzebne mu jedno - żeby nic nie zasłaniało słońca rozumu, bo tylko ono powoduje jego wzrost.

Lew Tołstoj - O życiu

wtorek, 10 grudnia 2013

Oskarżenia

Kiedy nasze sumienie dźwiga ciężar jakiejś porażki, diabeł natychmiast stara się odwołać do prawa, które nazwaliśmy Synajem, by oskarżyć nas powołując się na standardy wówczas przyjęte, których nie udało się nam zachować. Im wyższe nasze standardy moralne i duchowe, tym więcej diabeł ma do dyspozycji by móc zaatakować i oskarżyć nas.
Słusznie został on nazwany "oskarżycielem naszych braci" (Obj.12,10). Nie tylko oskarża nas on przed Bogiem, lecz również oskarża chrześcijanina przed nim samym, wskazując wszystkie kwestie, czy to prawdziwe, czy wyobrażone, w których nie udało mu się wypełnić przyjętego przez siebie prawa wzbudzając w nim poczucie potępienia. Psychiatra diagnozuje je u neurotycznego pacjenta jako "kompleks poczucia winy", lecz jest to również coś, z czym zmaga się wielu zdrowych psychicznie chrześcijan. Źródłem tego jest szatan, a tym, co nadaje siłę jego argumentom, jest ewidentnie prawo.  ("Siłą grzechu prawo" 1Kor 15,56) (...)
Skutkiem, jaki szatan uzyskuje przez swe oskarżenia jest skłonienie człowieka, by uciekł się do własnych wysiłków i usiłowań. Mówi nam czym nie jesteśmy, byśmy na własną rękę z mozołem próbowali nadrobić swoje braki. Oskarża nas, że niewystarczająco dużo się modlimy, nie dość często mówimy innym o tym, że potrzebują Chrystusa, nie oddajemy wystarczająco dużo Bogu, nie mamy dość pokory i tak dalej, po to tylko, by zmusić nas do prób dokonania wszystkich tych rzeczy własnymi siłami. Jedynym celem tych oskarżeń jest zniewolenie nas poprzez schwytanie w pułapkę własnego dążenia i wysilania się.
W ten sposó sprawia, że próbujemy wspiąć się inną drogą do błogosławieństwa (a jest to bardzo trudne i bolesne, bo mur jest wysoki!) zamiast wejść przez Bramę znajdującą się na poziomie ulicy.

Roy Hession - Ujrzeć Jezusa