piątek, 14 kwietnia 2023

Praca dyplomowa Estery - fragmenty

Akademia Muzyczna im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku
Praca dyplomowa napisana pod kierunkiem naukowym dr hab. Mariusza Klimka, prof. AM
Gdańsk 2022
Wydział Dyrygentury Chóralnej, Muzyki Kościelnej, Edukacji Artystycznej, Rytmiki i Jazzu
Kierunek: Jazz i muzyka estradowa
Specjalność: Wokalistyka jazzowa
Estera Drzymkowska
nr albumu: 6635

Poniżej kawałek pacy dyplomowej Estery Drzymkowskiej pt „Analiza rozrywkowej muzyki chrześcijańskiej na podstawie własnych doświadczeń oraz twórczości wybranych artystów” (gratuluję najwyższej oceny). W pracy czytamy o istocie i korzeniach muzyki gospel, o jej historii biblijnej i pozabiblijnej, o muzykach amerykańskich i osobistych doświadczeniach Autorki. 50 stron książki to także analiza pieśni spirituals, opis współczesnej sceny CCM oraz wywiad z byłym zakonnikiem. Sam nie wiem czemu 😉 ale wybrałem m.in. rozdział zatytułowany: „Twórczość i doświadczenia wybranych artystów - Neal Morse”:


***
Neal Morse to amerykański piosenkarz i kompozytor progresywnego rocka, znany przede wszystkim z występów z grupą Spock’s Beard, której jest założycielem oraz z kolaboracji z wieloma muzykami i grupami. Jednak od 2002 roku jego kariera diametralnie zmieniła wcześniej obrany kierunek, skupiając się na albumach solowych o tematyce Boga, wiary w Jezusa Chrystusa i nawrócenia. Artysta doznał w pewnym momencie swojego życia wielkiej przemiany, która wpłynęła na jego ówczesną twórczość i nakreśliła jego muzyczną ścieżkę, z której nie zszedł aż do dziś. Urodzony w 1960 roku na przedmieściach Los Angeles, Morse od najmłodszych lat fascynował się muzyką, która przenikała jego życie, wychowując się przy melodiach takich zespołów jak The Beatles, The Beach Boys czy Simon and Garfunkel. Jego ojciec był dyrygentem kilku chórów, a Neal śpiewał w trzech z nich. Wykonywali tam utwory w różnorodnych stylach muzycznych, m.in. jazz czy muzyka popularna, ale także klasyczne pieśni, a także chrześcijańskie spirituals. Rodzice Neala, pomimo przeszłości w kościele i korzeni chrześcijańskich, byli ateistami i agnostykami. W jego domu rozmawiało się zatem głównie o muzyce i polityce. Neal zaczął grać na gitarze w wieku dziewięciu lat, a w wieku dwunastu pisał już własne utwory i grał pierwsze koncerty. Jednocześnie w tym samym wieku regularnie palił marihuanę i pił alkohol. Większość dzieciństwa spędzał grając głównie rock i punk razem ze szkolnymi kolegami oraz swoimi braćmi. Większe kroki w karierze zaczął podejmować w latach osiemdziesiątych, występując z kapelą w barach i klubach z coverami znanych utworów rockowych. Jak sam pisze w swojej biografii pt. „Testimony”, te lata określił jako ,,nędzne”, spędzane głównie imprezując i grając pomniejsze koncerty w barach. W pewnym momencie życia stał się bardzo wyalienowany i samotny. Wraz z początkiem lat dziewięćdziesiątych Neal zaczął interesować się rockową muzyką progresywną i komponować pierwsze utwory w tym gatunku. To właśnie w 1992 roku razem z bratem Alanem założył zespół Spock’s Beard, który przyniósł mu w nadchodzących latach największą rozpoznawalność i karierę.

We wrześniu 1995 roku Neal poślubił Cherie, przyjaciółkę, którą poznał parę lat wcześniej. To właśnie z nią i z jej synem Chadem przyszedł na nabożeństwo wielkanocne po długiej przerwie od wizyt w jakimkolwiek kościele. Pomimo całkowitego braku zainteresowania wiarą w tamtym momencie bardzo zaintrygowały go pieśni śpiewane w trakcie nabożeństwa. Neal wspominał, że był zdumiony jak „autentycznie i czysto” one brzmiały. Zaintrygował go również fakt, iż w skład zespołu wchodziły zarówno osoby bardzo młode jak i seniorzy. Jest niemal pewne, iż w tamtym momencie nie rozumiał jeszcze istoty i celu wykonywania muzyki chrześcijańskiej, zwłaszcza podczas posługi kościelnej. Jednak w najbliższych miesiącach Neal coraz częściej uczęszczał na nabożeństwa niedzielne, jednocześnie poznając członków wspólnoty kościelnej. Jak sam to opisuje w swojej biografii – „czuł, że coś zaczyna się zmieniać w jego wnętrzu”. W trakcie śpiewania pieśni podczas nabożeństw zaczął odczuwać „bardzo dziwne, niemożliwe do opisania” uczucie. Czasami były to pewnego rodzaju nerwowość lub „motyle w brzuchu”, tak jakby doświadczał tremy przed wyjściem na scenę. Nie umiał tego zrozumieć, w jaki sposób pozornie zwykłe pieśni i śpiewane hymny mogą wywoływać w nim tak dużo emocji oraz tak przedziwną reakcję jego organizmu. Razem z żoną przychodzili już regularnie do kościoła, zaczął też czytać Biblię. Przełom w życiu Neala nastąpił, gdy jego nowonarodzona córeczka Jayda poważnie zachorowała. Razem z żoną przeżyli bardzo trudny czas, jednak wspierani przez wspólnotę kościelną oraz nieustannie modląc się do Boga o pomoc, doczekali się jej całkowitego i nagłego uzdrowienia z choroby. W swojej biografii opisuje, że przyjął to wydarzenie jako prawdziwy cud od Boga. Od tego momentu Neal w pełni uwierzył, że Bóg istnieje i zdecydował się poświęcić Mu swoje życie. W jego głowie jednak pojawiły się dylematy na temat obecnej ścieżki kariery związanej z grupą Spock’s Beard oraz nowo założonym zespołem Transatlantic, którą mimo wszystko bardzo bał się porzucić. Chciał bowiem czynić to, co Bóg od niego oczekuje, nie wiedząc, czy jego obecna ścieżka jest zgodna z wiarą, którą przyjął.

Przez pewien czas Neal pozostał w obu zespołach, lecz jego podejście do komponowanych utworów zmieniło się. Treści tekstów do nowych albumów zaczął kierować na Boga i Jezusa Chrystusa, manifestując tym samym swoją wiarę. Widać to między innymi na płycie Spock’s Beard pt. „V”, gdzie pisał teksty, myśląc o swoim nawróceniu i o samym Stwórcy. Podobnie angażował się też w utwory zespołu Transatlantic (m.in. w albumie „SMPTe”). W jego wnętrzu jednak ciągle istniała potrzeba tworzenia wyłącznie dla Boga i pisania tylko o Nim, bez żadnych ograniczeń. W nowych tekstach nie mógł bowiem zawrzeć bezpośrednio słów „Bóg”, czy „Jezus”, gdyż kłóciłoby się to z konceptem zespołu, którego inni członkowie nie byli zresztą chrześcijanami. Zaczął zatem komponować nowe pieśni, które za jakiś czas miały trafić na jego solowy album. Wreszcie, w 2002 w roku Neal zdecydował o opuszczeniu Spock’s Beard, zespołu, którego był liderem i założycielem. Jak sam to ujął w swojej biografii: „odczułem, że Bóg chce abym robił coś innego”, co też oznajmił przyjaciołom z zespołu. Był to trudny moment w jego życiu, zwłaszcza, że grupa dopiero co wypuściła album „Snow”, będący ich największym komercyjnym sukcesem do tej pory. Pomimo perspektywy rozwoju kariery oraz olbrzymiego wsparcia od członków grupy, a nawet propozycji zorganizowania „sekcji biblijnej i gospelowej” podczas koncertów, odszedł, skupiając się na karierze solowej skierowanej wyłącznie na chwaleniu Boga. Z zespołu Transatlantic zdecydował się odejść w 2003 roku.

Początkowo, nieszczególnie wiedział w jaki sposób odnaleźć się na nowej ścieżce kariery. Z czasem nabrał jednak odwagi i determinacji do wydania w 2003 roku chrześcijańskiego albumu koncepcyjnego p.t. „Testimony”, którego treści skupione były wyłącznie na nawróceniu oraz chwaleniu Stwórcy. Album nadal wpasowywał się w zamiłowanie artysty do muzyki progresywnej, a w procesie jego tworzenia pomogło wielu przyjaciół Neala. Album zebrał pozytywne oceny, jednak dla Neala bardzo istotny okazał się być odbiór wśród jego fanów. Wiele osób niebędących chrześcijanami przesyłało mu opinie i świadectwa o tym jak poruszeni byli jego nowym dziełem, a wręcz „wybuchali płaczem” słuchając utworów na płycie i nie wiedząc z jakiego powodu to się dzieje. Neal doświadczył podobnych emocji lata wcześniej, wsłuchując się w pieśni chrześcijańskie w kościele, teraz był już spełniony i szczęśliwy kierunkiem, który obrał. W swojej biografii o swojej nowej ścieżce kariery napisał natomiast, że jest to „najwspanialsze wezwanie jakie ktokolwiek mógłby otrzymać”.

Od samego początku kariery, Bóg miał duży wpływ na twórczość Neala. W swojej biografii artysta pisze, że jeszcze przed nawróceniem w procesie komponowania nowych utworów „czuł obecność obok niego”, a słowa do pisanych tekstów przychodziły same, tak jakby jego ręce były kierowane przez kogoś innego. W innych momentach, jak sam opisuje, słyszał w głowie melodie całych piosenek, które potem posłużyły mu do komponowania nowych albumów. Zaczynał więc wierzyć, że ta siła twórcza nie pochodzi od niego samego, lecz ktoś mu autentycznie pomaga. Po wielu latach zrozumiał, że tak właśnie było, jednocześnie przeżył prawdziwą transformację poprzez nawrócenie się na wiarę w Chrystusa i pomimo iż miał przed sobą perspektywę kariery i komercyjnego sukcesu zdecydował się nagrywać muzykę chrześcijańską, skierowaną na Boga, co zaowocowało do dziś wieloma kolejnymi albumami solowymi.

Neal Morse swoją karierę podsumował w ten sposób: „Spędziłem całe życie pogrążony w samolubstwie, użalaniu się nad sobą i zwątpieniu. Sądziłem, że znalazłem pragnienia mojego serca, gdy zasmakowałem sukcesu, ale to spotkanie z Jedynym sprawiło, że moje życie odmieniło się i zostało wypełnione w każdym aspekcie”

Inni muzycy:
Phill Driscoll (ur. 1947 r. w Seattle, USA) – światowej sławy trębacz, grał i komponował m.in. z Joe Cockerem. Od Świąt Bożego Narodzenia 1977 r. zaczął uczęszczać do kościoła, gdzie doznał przemiany duchowej, rzucił nałóg narkotykowy i zaczął komponować muzykę chrześcijańską oraz gospel. W 1984r. wygrał nagrodę Grammy w kategorii „Najlepszy utwór gospel”.

Dave Mustaine (ur. 1961 r. w La Mesa, USA) – wokalista, gitarzysta i lider zespołu metalowego Megadeth. Po pobycie na odwyku alkoholowym, nawrócił się, jednocześnie zrezygnował z publicznego grania wielu znanych i lubianych przez fanów utworów Megadeth, których teksty nawiązywały m.in. do okultyzmu. Do dziś otwarcie mówi o swojej wierze oraz relacji z Bogiem m.in. w wywiadach. Podobne nawrócenie na wiarę w Boga przeżył również basista zespołu David Ellefson.

Keith Green (ur. 1953 w Nowym Jorku, USA; zm. 1982 r. w Lindale) – jako dziecko miał wielkie ambicje na zostanie gwiazdą muzyki popularnej, jednak w wieku nastoletnim zaczął eksperymentować z narkotykami i interesować się religią wschodu. Jego życie odmieniło się, gdy poznał swoją przyszłą żonę Melody, z którą zaczęli razem zgłębiać nauki chrześcijaństwa, jednocześnie odrzucając na zawsze używki. Rozpoczął karierę, komponując i wykonując utwory o tematyce chrześcijańskiej, co przyniosło mu dużą rozpoznawalność. Do dziś uznawany jest za legendę współczesnej muzyki chrześcijańskiej, skupiając swe teksty przede wszystkim na Bogu i Ewangelii. Zginął w katastrofie samolotu w 1982 roku.

M.C. Hammer (a właściwie Stanley Burrell, ur. 1962 r. w Oakland, USA) – amerykański raper, zdobywca trzech nagród Grammy, znany przede wszystkim z hitu „U Can’t Touch This” z 1990 roku. Od 1984 roku zaczął uczęszczać na spotkania biblijne, jednak radykalne nawrócenie przeżył kilka lat później, doświadczając choroby swojej żony i ocierając się o bankructwo. Rozpoczął działalność jako ewangelista chrześcijański, nie kończąc jednocześnie kariery muzycznej. Zaczął jednak w nowych albumach nawiązywać do swojego nawrócenia. W 1998 roku wydał album ,,Family Affairs”, którego teksty i przekaz były nakierowane na Boga i Ewangelię o Jezusie Chrystusie.

Gloria Gaynor (ur. 1943 r. w New Jersey, USA) – amerykańska piosenkarka, znana przede wszystkim z hitu „I Will Survive” z 1978 roku. Po sukcesie utworu popadła w uzależnienie narkotykowe i alkoholowe, jednak w 1982 roku zainspirowana chrześcijańskimi pieśniami swojej młodości, nawróciła się na wiarę w Chrystusa, w której trwa do dziś, wolna od nałogów. Zaczęła komponować i wydawać muzykę gospel, wydając m.in. w 2013 roku album pt. „I Will Survive”, a następnie w 2019 roku „Testimony”, za który w 2020 roku zdobyła nagrodę Grammy. Oba albumy poruszają tematy wiary i relacji z Bogiem.
_________
bibliografia:
https://en.wikipedia.org
N. Morse, P. Braoudakis, Testimony, 2011.
B. Alfonso, Keith Green Biography
K. Winters, Phil Driscoll Biography
T. Kluck, From Megadeth to Life, https://www.thegospelcoalition.org/article/from-megadeth-to-life/
M. Parker, Dave Mustaine: „Black magic ruined my life!"

Spis treści:
Wstęp
Rozdział I: Istota muzyki chrześcijańskiej i jej korzenie
1.1 Uwielbienie Boga przez muzykę
1.2 Muzyka w kulturze żydowskiej
1.3 Przykłady integralności kultury żydowskiej z muzyką
Rozdział II: Wybrane gatunki i charakterystyka współczesnej muzyki chrześcijańskiej
2.1 Korzenie i początki współczesnej muzyki chrześcijańskiej
2.2 Camp Meetings
2.3 Spirituals
2.4 Analiza pieśni spirituals „Go down, Moses”
2.4 „ Biały” Gospel
2.5 „Czarny” gospel
2.6 Współczesna muzyka worship
Rozdział III: Twórczość i doświadczenia wybranych artystów
3.1 Brian Philip „Head” Welch
3.2 Neal Morse
3.3 Bob Dylan
3.4 Johnny Cash
3.5 Przykłady innych artystów
3.6 Moje własne doświadczenia
Rozdział IV: Wywiad z polskim muzykiem – Piotrem Płechą
Zakończenie
Dyskografia
Bibliografia

sobota, 1 kwietnia 2023

Świadectwo nawróconego księdza

Miliony, może nawet większość katolików to katolicy z nazwy, z wychowania, siłą bezwładu. Nasza rodzina była katolicka z przekonania. Dobrze rozumieliśmy i pilnie wcielaliśmy w życie naukę kościoła, widząc w nim „jedyny prawdziwy kościół” założony przez Jezusa Chrystusa. Bez wahania uznawaliśmy wszystko, czego uczyli księża. Wówczas, jeszcze przed II soborem watykańskim, powszechnie wierzono, że „poza kościołem rzymskokatolickim nie ma zbawienia”. Dawało nam to poczucie bezpieczeństwa, słuszności naszego stanowiska. Było nam dobrze w ramionach „Świętej Matki Kościoła”.
Kiedy zmarł ojciec (nie miałem jeszcze 10 lat), matka zaczęła co dzień uczęszczać na mszę i przez ponad 24 lata nie opuściła ani jednej. Co wieczór cała rodzina wytrwale odmawiała różaniec; zachęcano nas też do częstego nawiedzania „przenajświętszego sakramentu”. Katolickie wychowanie nie kończyło się na domu, szkoły bowiem, do których uczęszczaliśmy, też były katolickie. Ksiądz prałat Hubert Cartwright i inni księża z naszej parafii — katedry Św. Piotra i Pawła w Filadelfii — mawiali, że nasza rodzina jest bardziej katolicka niż sam Rzym.

Nic dziwnego, że jako nastolatek poczułem powołanie kapłańskie. Miast jednak zostać księdzem diecezjalnym i służyć Bogu w parafiach, postanowiłem ubiegać się o przyjęcie do Karmelitów Bosych, starego zakonu monastycznego o jednej z surowszych reguł. Od pierwszego dnia w Holy Hill (Wisconsin) pokochałem życie religijne, i miłość ta motywowała mnie do przedzierania się przez zakamarki łaciny i innych przedmiotów, których nauka szła mi z trudem. Bezprzykładne oddanie ze strony księży wykładowców uświadamiało mi, iż warto ponieść każdą ofiarę, aby dostąpić święceń kapłańskich.
Podczas czterech lat nauki w niższym seminarium duchownym, dwu lat nowicjatu, trzech lat studiowania filozofii i czterech lat studiów teologicznych (te ostatnie już po święceniach) otrzymałem bardzo gruntowne przygotowanie. Wytrwale stosowałem rozmaite umartwienia, nigdy też nie wątpiłem w swe powołanie ani w nic, czego mnie uczono. Złożyłem śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, wyrażając wolę oddania całego życia Bogu. Głosem Boga był dla mnie głos kościoła.

Inny Chrystus

Święcenia kapłańskie przyjąłem w waszyngtońskim Sanktuarium Niepokalanego Poczęcia Maryi, siódmym co do wielkości kościele Świata. Kiedy „Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup” John M. McNamara kładł dłonie na mojej głowie cytując słowa Psalmu 110,4: „Tyś kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka”, ledwo doszedłem do siebie, świadomy, że odtąd jestem pośrednikiem między Bogiem a ludźmi. Namaszczenie i związanie mych rąk stułą znaczyło, że zostają one namaszczone, by zmieniać chleb i wino w prawdziwe (dosłownie) ciało i krew Jezusa, aby we mszy nieustannie powtarzać ofiarę Golgoty i być szafarzem zbawiennej łaski w pozostałych sakramentach katolickich, jak chrzest, spowiedź, bierzmowanie, małżeństwo i namaszczenie chorych. W chwili święceń ksiądz katolicki ma otrzymać niezatarte znamię, pozwalające mu pełnić obowiązki kapłańskie „na wzór Chrystusa” (adter Ghristus), jako ktoś będący „w osobie Chrystusa” (in persona Christi). Przekonanie to było tak silne i powszechne, że zaraz po święceniach podchodzono do nas i całowano świeżo namaszczone dłonie.
Po ostatnim roku teologii, ostatecznie przygotowującym do głoszenia kazań i wysłuchiwania spowiedzi (oraz udzielania rozgrzeszenia), spełniło się moje długoletnie marzenie: aby zostać misjonarzem na Filipinach.

Misje i powiew wolności

Zamiana uporządkowanego klasztornego życia na prostotę i wolność życia
misjonarskiego była wyzwaniem, na które nie byłem gotowy. Bardzo lubiłem podróże do niektórych spośród osiemdziesięciu paru prymitywnych barrios, osiedli stanowiących moją parafię, z zapałem prowadziłem też lekcje religii w liceum karmelickim w miasteczku. Dotąd moje życie toczyło się niemal wyłącznie wśród mężczyzn; teraz z zaciekawieniem przyglądałem się, jak roześmiane dziewczęta flirtują z chłopcami. Niebawem spostrzegłem, że moja uwaga skupia się na jednej z pilniejszych uczennic. Młoda, bardzo ładna dama wydawała się dojrzalsza od innych, zapewne z powodu obowiązków, jakie musiała przejąć po zmarłej matce. Chętnie, acz nieśmiało, wdawała się w rozmowy ze mną po lekcjach religii. Było to zupełnie nieznane mi przeżycie, i rychło doszedłem do wniosku, że nowo odkryte przeze mnie uczucie to miłość.
Nic dziwnego, że biskup — choć rezydował wiele kilometrów ode mnie — wkrótce się o tym dowiedział i co prędzej odesłał mnie do Stanów. Bolesność kary była trudna do zniesienia dla nas obojga — ale życie, jak to ono potoczyło się dalej.
Po przeżyciach i posmakowaniu wolności na Filipinach nie chciałem już wracać do życia klasztornego. Ojciec prowincjał pozwolił mi pracować w parafii Karmelitów Bosych w Arizonie, i praca ta sprawiała mi przyjemność. Rzym jednak dał mi dyspensę na opuszczenie zakonu i posługę księdza diecezjalnego w wielkiej parafii w San Diego (Kalifornia). Zadanie nie okazało się tak atrakcyjne; toteż poprosiłem o pozwolenie na posługę kapelana w Marynarce Stanów Zjednoczonych. Dano mi je. W nowym miejscu nowe perspektywy, porządek i podróże stały się dla mnie ucieczką od coraz jałowszego, zrytualizowanego i zsakramentalizowanego życia w parafii.

Moja religijność ubogaciła się dzięki kontaktom z kapelanami protestanckimi. Po raz pierwszy poruszałem się po obszarze kultury niekatolickiej W ekumenicznej atmosferze moja postawa niepostrzeżenie neutralizowała się. A gdy II sobór watykański otworzył okna rygorystycznej tradycji i wpuścił nieco świeższego powietrza, wziąłem głęboki, orzeźwiający oddech. Nastał czas zmian. Niektórzy liczyli na ich radykalność, inni woleli nieznaczną tylko modernizację.

Rzym traci blask

Zadaniem wielu wiara katolicka nie dawała odpowiedzi na najpowszedniejsze problemy współczesności. Wielu nękała samotność, niezrozumienie. Zwłaszcza księży. Kapłaństwo traciło blask. Wykształcenie księdza niekoniecznie już uważano za lepsze niż wykształcenie zwykłego parafianina; nie był tez już ksiądz ceniony wyżej niż większość wiernych. Księża dużo częściej, niż byli skłonni się do tego przyznać, przeżywali kryzys tożsamości. Działo się to nawet w środowisku kapelanów.
Przeżyłem kolosalny wstrząs na wieść, że niektórzy katoliccy kapelani spotykają się z dziewczętami. Z ciekawością przysłuchiwałem się swobodnym dyskusjom o nieżyciowości obowiązku celibatu. Wkrótce zdobyłem się na odwagę, by podważyć zdanie władz mojego kościoła, obstających przy tradycji będącej wśród księży przyczyną wielu rozterek moralnych. Po raz pierwszy zwątpiłem w autorytet mojej religii, i to nie powodowany intelektualną pychą, ale z głębi sumienia, szczerze.
W ramach przygotowań do kapłaństwa zapoznano nas dokładnie ze starą tradycją rzymską nakazującą kapłanowi celibat. Wiedzieliśmy, że nieliczni księża, którzy dostali od Watykanu pozwolenie na małżeństwo, nie mogli nadal pełnić posługi. Ale czasy się zmieniały. Kwestie, o których dotąd milczano, były dziś podnoszone na II soborze watykańskim. Zdaniem wielu żonaci księża posiadaliby — jak protestanccy pastorzy — większą wrażliwość i zrozumienie spraw małżeńskich i rodzinnych. Dyskusje na te tematy były nieuniknione, ilekroć zebrała się razem grupka księży; toczyły się też w moim mieszkaniu poza terenem bazy, które zajmowałem wraz z mamą.

Mama nie stroniła od tych rozmów. Posiadała dużą wiedzę, była inteligentna; ceniłem sobie jej zdanie. Pamiętam jej zdumienie na wieść, że w szkołach katolickich naucza się teorii ewolucji i że Rzym nawiązał dialog z komunistami. Od dawna dręczył ją rozdźwięk między zasadami wyłożonymi w Piśmie świętym a brakiem zasad przejawianym przez wielu przywódców naszego kościoła. Dawno temu prałat Cartwright pocieszał mamę przypomnieniem, że choć kościół ma wiele problemów, to Jezus obiecał, że „bramy piekielne nie przemogą go”. Mama zawsze traktowała Biblię z wielką atencją. Choć czytywała ją regularnie od lat, to w tym czasie poświęciła się jej ze szczególnym zapałem. I gdy wśród mych kolegów obserwowałem tendencję ku liberalizmowi religijnemu, mama zaczęła podążać w całkiem odwrotną stronę. Było to dla mnie niepojęte. Gdy inni wyrażali nadzieję na liberalizację i poluźnienie tradycyjnych zasad i rytuałów, mama nie kryła pragnienia, aby kościół kładł większy nacisk na Biblię, na sprawy duchowe i na Jezusa, na osobistą z Nim więź.

Rzym traci wiarygodność


Z początku nie rozumiałem, co się dzieje, ale później zacząłem dostrzegać w mamie cudowną zmianę. To pod jej wpływem dojrzałem w Biblii drogowskaz wiary. Nieraz rozmawialiśmy o różnych rzeczach: prymat Piotrowy, nieomylność papieża, kapłaństwo, chrzest niemowląt, spowiedź, msza, czyściec, niepokalane poczęcie Marii i jej wniebowzięcie. Z czasem zauważyłem, że o naukach tych nie tylko nie ma mowy w Biblii, ale są one sprzeczne z jej jasnym poselstwem. W końcu pękła bariera powstrzymująca mnie przed posiadaniem swoich przekonań. Nie miałem już wątpliwości co do poglądów zgodnych z Pismem — lecz jak wpłynie to na moje kapłaństwo?
Szczerze wierzyłem, że Bóg powołał mnie do swojej służby — ale stałem wobec dylematu sumienia. Co miałem począć? Owszem, byli księża, którzy nie wierzyli w każdy dogmat Rzymu. Owszem, byli księża cichcem zawierający małżeństwa, posiadający dzieci. Owszem, mogłem pozostać katolickim kapelanem i nadal pełnić posługę bez głośnego wyrażania przekonań. Mogłem dalej otrzymywać wynagrodzenie i cieszyć się przywilejami przynależnymi mej randze wojskowej. Mogłem dalej otrzymywać zasiłek i inne świadczenia dla matki. Było wiele racji, dla których powinienem był zostać, zarówno zawodowych jak i materialnych — ale byłoby to obłudne i nieetyczne. Od młodości starałem się postępować uczciwie; tak też postanowiłem uczynić i teraz.

Zerwanie z katolicyzmem


Choć biskup dał mi pozwolenie na dwadzieścia lat pracy w wojsku, zrezygnowałem po zaledwie czterech. Bez rozgłosu przenieśliśmy się z mamą w sąsiedztwo mojego brata Paula i jego żony, w okolice Zatoki San Francisco. Na krótko przed przeprowadzką mama zerwała na dobre więzy z katolicyzmem i ochrzciła się u Adwentystów Dnia Siódmego. Wiedziałem, że studiuje Biblię wraz z jednym z pracowników tego kościoła, o chrzcie powiedziała mi jednak dopiero wtedy, gdy postanowiłem porzucić kapłaństwo.
Decyzja o rezygnacji z kapłaństwa okazała się trudna. Twierdzenie Rzymu, że nie istnieją obiektywne powody, aby opuścić „jedyny prawdziwy Kościół”, dało mi oczywiście wiele do myślenia. Dla tradycjonalnych katolików jestem „Judaszem”, „potępionym, wyklętym, od którego należy trzymać się z dala”. Owszem, opuszczenie bezpiecznej owczarni rzymskokatolickiej wiązało się z licznymi przeszkodami, przekonałem się jednak, iż Jezus nigdy nie zawodzi.

Autorytet Biblii

Strząsnąwszy z sandałów rzymski proch, stanąłem przed doniosłą kwestią: Gdzie więc szukać autorytetu? Metodą eliminacji doszedłem do wniosku, iż jedynym trwałym autorytetem jest Biblia. Wiele systemów- w tym i katolicki — próbowało już podważać jej wystarczalność, skuteczność, doskonałość, a nawet to, iż powstała nie z woli człowieka, że spisywali ją mężowie Boży z natchnienia Ducha świętego. „Nie z woli bowiem ludzkiej zostało kiedyś przyniesione proroctwo, ale kierowani Duchem świętym mówili <od Boga> święci ludzie” (2P 1,21BT). Cóż za szczęśliwy byłby to dzień, gdyby wszyscy, którzy wzywają imienia Jezusa Chrystusa, pojęli, że Biblia to jedyne niezmienne źródło autorytetu. Jest to autorytet ostateczny z racji swej pełnej identyfikacji z niezmiennym Autorem. Bóg wyraził się jasno. Tragedią jest więc, że katolicyzm, a także większość tradycjonalnego protestantyzmu oraz wiele grup zielonoświątkowych i innych odrzuca wystarczalność Biblii; wolą ufać niepewnej tradycji, wizjom, objawieniom, „proroctwom”. Tymczasem nie tylko nie można dowieść, iż źródła te są „od Boga”, ale wiele z nich wręcz przeczy nauce Biblii.
Przyczyną, dla której wielu uważa Biblię za źródło niepełne, jest fakt, iż nie przestudiowali jej dość starannie. Notatki z 13 lat nauki w zakonie Karmelitów Bosych pokazują, iż przebyłem jedynie 12 godzin kursu biblijnego. Już to dowodzi, iż nie Pismo święte jest podstawą nauczania kościoła rzymskiego.

Przedwczesna decyzja


Opuszczając kościół rzymskokatolicki pragnąłem studiować Biblię. Byłem człowiekiem „kościelnolubnym” i nie miałem oporów, aby przystać do innej denominacji. Po przyjrzeniu się kilku wspólnotom protestanckim ze smutkiem spostrzegłem, iż w swej ekumenicznej naiwności stawiają współpracę z Rzymem ponad biblijną prawdę. Zetknięcie z mnóstwem najróżniejszych kościołów to dla byłego katolika, poszukującego prawdy, przeżycie nieraz załamujące, a nawet niebezpieczne.
Ale spotkanie z adwentystami — przyjaciółmi mamy — okazało się przemiłym doświadczeniem. Byli to ludzie zapaleni w wierze, a ich umiłowanie Pisma współbrzmiało z moim pragnieniem, aby oddać się jego studiowaniu. To zadecydowało o nieco pochopnej decyzji przyłączenia się do Adwentystów Dnia Siódmego. Pastor, który mnie chrzcił, postarał się, aby Rada Południowej Kalifornii tego kościoła posłała mnie na rok do seminarium — na Uniwersytet Andrews.
Szykując się do wyjazdu, poznałem Ruth. Już od około roku modliłem się o żonę, żywiąc nadzieję, że ją znajdę. I od pierwszej chwili, gdy Ruth zjawiła się w naszym kościele, wiedziałem, że to właśnie będzie moja towarzyszka. Pobraliśmy się na krótko przed wyjazdem do seminarium.

Narodzony z Ducha

Ruth też zapisała się do adwentystów i jak wszyscy znajomi uważała, że skoro chcę iść od seminarium, to jestem chrześcijaninem. Ale raz, uświadomiwszy sobie, że nigdy nie wspominałem o swym nowym narodzeniu, zapytała: „Bart, a kiedy ty zostałeś chrześcijaninem?”. Odpowiedź wprawiła ją w osłupienie: „Ja się urodziłem jako chrześcijanin!” W rozmowach, jakie potem prowadziliśmy, usiłowała wyjaśnić, że każdy rodzi się grzesznikiem i że w pewnym punkcie życia musi dostrzec, iż potrzebny mu Zbawiciel. Że musi duchowo narodzić się na nowo, w wierze, i tylko Chrystus może uwolnić go od skutków grzechu. Gdy odparłem, że zawsze wierzyłem w Boga, przypomniała mi o Liście Jakuba 2,19: „Ty wierzysz, że Bóg jest jeden ? Dobrze czynisz; demony również wierzą i drżą.”

Dzięki takim rozmowom i dzięki uniwersyteckim kursom z Listów do Rzymian, Galacjan i Hebrajczyków pojąłem, iż polegam na własnej sprawiedliwości i wysiłkach religijnych, nie zaś na dokonanej, w pełni wystarczającej ofierze Jezusa Chrystusa. Religia rzymskokatolicka nie pokazała mi, że moja własna sprawiedliwość jest cielesna i nie liczy się przed Bogiem, nie nauczono mnie też, iż muszę zaufać tylko sprawiedliwości Chrystusa — bo On uczynił już dla wierzącego wszystko, co konieczne. Jednego dnia podczas nabożeństwa Duch święty zachęcił mnie do nawrócenia i przyjęcia daru Bożego.
Jako zakonnik w klasztorze, wierzyłem, że łaskę dadzą mi sakramenty i że one mnie zbawią, ale teraz z Bożej łaski narodziłem się na nowo, duchowo: zostałem zbawiony. Dotąd, nie wiedząc nic o sprawiedliwości Bożej, niby Żyd w czasach apostoła Pawła chciałem budować na fundamencie własnej sprawiedliwości, nie zważając na sprawiedliwość Bożą (Rz 10,2-3)

Nie znam Cię, Czytelniku, i nie wiem, jaka więź łączy Cię z Bogiem; ale pozwól zadać sobie najważniejsze pytanie w życiu: Czy jesteś chrześcijaninem biblijnym? Czy zaufałeś tylko doskonałej ofierze Jezusa, tylko na jej mocy oczekując odpuszczenia grzechów? Jeśli nie, może nadeszła chwila, by rzecz tę uporządkować? Jak w niezwykłej uroczystości zaślubin, obiecaj Mu miłość, oddanie i ufność. Przyjęcie Jezusa jako Zbawcy w niczym nie przypomina religijnego rytuału, to decyzja o powierzeniu Mu życia na zawsze. Gdy dokonamy tego wyboru, Chrystus zamieszka w nas jako Ten najważniejszy, a my otrzymamy życie wieczne dostępując odpuszczenia całego naszego grzechu. Zaczną się zmiany. W Biblii czytamy: „Mając tę pewność, że ten, który rozpoczął w was dobre dzieło, będzie je też pełnił aż do dnia Chrystusa Jezusa” (Flp 1,6; BW).

Przekręcanie Ewangelii


Pod koniec mojego czwartego roku u adwentystów kilku braci namówiło mnie na udział w spotkaniach charyzmatycznych, mówiąc, iż dziś, w czasie poprzedzającym powrót Chrystusa, Duch święty przełamuje bariery między wyznaniami. Spragniony wszystkiego, co Bóg ma dla mnie w zanadrzu, wszedłem do sali modlitewnej — i otrzymałem „dar języków”. Byłem jednak nastawiony dość podejrzliwie, zwłaszcza że nie doznałem wcale uczuć, jakie wielu opisywało. Prywatnie modliłem się językami, ale nie mogłem się zmusić do tego, by zachęcać innych do uczestnictwa w ruchu. Za dużo ważniejsze uznałem zachęcanie do czytania Biblii, głoszenia innym Chrystus i życia według Pisma świętego. Ruch charyzmatyczny zaintrygował mnie głównie dlatego, iż wydawał się rodzić w ludziach troskę o innych. Właśnie to oraz spontaniczność i zapał robiły na mnie wrażenie, przypominając o biblijnym stylu życia, którego w wielu kościołach wydawało się brakować.
Wkrótce po mojej ordynacji u Adwentystów Dnia Siódmego Rada Południowej Kalifornii rozpoczęła promocję pism Ellen G. White, jednej z twórców adwentyzmu, uważanej przez ten Kościół za prorokinię. Kursy dla pastorów wydały się mnie i Ruth ciekawe i pomocne... aż do ostatniej ich części. Wykładowca, przybyły z Rady Generalnej w Waszyngtonie, wygłosił stwierdzenia, z których kilka mocno nas zatrwożyło, a jedno stało się dla mnie punktem zwrotnym. Orzekł bowiem, że pisma Ellen G. White są „równie natchnione jak pisma Mateusza, Marka, Łukasza i Jana”. Wzburzony, porozumiałem się z pewną bardzo szacowną osobistością, ale rozmowa ta nijak nie pomogła mi zgodzić się z tą tezą. Już wcześniej dostrzegłem w adwentyzmie elementy legalizmu i elitaryzmu — teraz jednak musiałbym się jeszcze pogodzić z dodawaniem do objawienia samego Pisma świętego. Gdy postanowiłem, że cykl spotkań pod hasłem „Sukcesja świadectwa” w naszym kościele nie odbędzie się, niektórzy członkowie zaprotestowali. Wkrótce nabrałem w sumieniu przekonania, że nie mogę dalej być pastorem adwentystów. Gdyby nie wsparcie i pomoc kilku przyjaciół — także duszpasterzy, ale nie adwentystów — ta zmiana w moim życiu okazałaby się nader trudna do przebrnięcia.

Przez kolejne cztery lata, gdy sprawowałem opiekę duszpasterską nad dwoma kościołami, rosła prędko moja znajomość Biblii, zauważyłem też, jak trudno zajmować się ludźmi, którzy nie żyją w systemie autorytarnym. Miałem wiele sposobności składania świadectwa; nabrałem też przeświadczenia, że Bóg „uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył [mnie] do posługi” — ale że nie będzie to posługa duszpasterska.

Misja dla katolików

Po modlitwie o tę sprawę postanowiłem wrócić do San Diego, gdzie pracowałem kiedyś jako kapelan. Wiedząc, że po II soborze watykańskim wielu katolików przeżywa zamęt i rozczarowanie, pomyślałem, że wesprę ich w staraniach o wyjście z katolicyzmu. Nie minęło dużo czasu, a Pan dał mi sposobność zabierania głosu. Ludzie pytali, jak się nazywa nasza misja; odpowiadaliśmy, że jest to rodzaj misji dla katolików.
Wzrastając duchowo, zwróciliśmy wraz z Ruth uwagę na ekumeniczny charakter ruchu charyzmatycznego i postanowiliśmy ten ruch opuścić. Mniej więcej wtedy natknęliśmy się na biblijnych fundamentalistów, którzy szczerze wierzyli poselstwu Biblii i wiernie wprowadzali je w czyn. Choć mieliśmy wielu przyjaciół w niezależnych kościołach biblijnych, przystaliśmy do pewnego fundamentalistycznego kościoła baptystycznego, w którym też ordynowano mnie na kaznodzieję.


 Mission To Catholics International (Międzynarodową Misję dla Katolików) zarejestrowano jako organizację o charakterze niedochodowym. Rozpowszechniliśmy już miliony broszur, książek i taśm ukazujących różnice między katolicyzmem a Biblią i prezentujących biblijne zbawienie. Każdy ofiarodawca może na życzenie otrzymywać nasz comiesięczny list informacyjny. Pan dał nam pewne możliwości w radio i telewizji; cieszę się też, że ukazała się moja książka „Pielgrzymka z Rzymu” i że jej wersja angielska i hiszpańska spotkały się z doskonałym przyjęciem. (Przekład polski ukazał się nakładem Fundacji Chrześcijańskiej Kultury i Oświaty; przyp. tłum.). Organizujemy spotkania w wielu krajach i zawozimy tam literaturę biblijną; codziennie też z naszego domowego biura w San Diego wysyłamy pocztą zamówione materiały.
Wielość spotkań nie pozostawia nam wiele czasu; często przez 13 tygodni non stop objeżdżamy Stany Zjednoczone czy inne kraje. Szkoła Ewangelizacji wśród Katolików (A School of Roman Catholic Evangelism) organizuje tygodniowe i dłuższe intensywne kursy dla pastorów i innych osób chcących tworzyć wyspecjalizowane misje, skutecznie świadczące wśród społeczności rzymskokatolickiej. Do udziału w zajęciach zachęcamy też misjonarzy i byłych katolików (zwłaszcza byłych księży i byłe zakonnice, by przygotować ich dobrze do posługi w środowisku biblijnego fundamentalizmu).
W Misji dla Katolików żywimy przekonanie, iż nie jest miłością ukrywanie prawdy przed tymi, którzy są w ciemności. Katolicy potrzebują zachęty do zastanowienia się nad tym, w co wierzą, do studiowania Biblii i porównywania treści swojej religii z prawdą Pisma świętego. Jedynie wtedy będą mogli doświadczyć wolności i światłości prawdy Bożej.
... „I poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi” (Jana 8,32).


Bartholomew F. Brewer
https://missiontocatholics.org/
bart@mtc.org



inne świadectwa: lion-system.blogspot.com


Daleko od Rzymu, blisko Boga - świadectwa 58 nowonarodzonych księży

środa, 8 marca 2023

Peter Gee - O życiu i śmierci

Str. 1 Czy Bóg istnieje? Czy może jest tylko wymysłem człowieka? Czy istnieje cel lub sens życia? A może wcale go nie ma? Czy wszyscy jesteśmy przeznaczeni, aby iść przez ten świat na oślep? Czy powinniśmy po prostu robić to, co wydaje się ,,dobre” dla każdego z nas - bez względu na konsekwencje dla innych? I tylko jeść, pić i weselić się, bo jutro pomrzemy? Czy zostaniemy pewnego dnia rozliczeni ze wszystkich swoich czynów, zarówno dobrych, jak i złych? Czy powinniśmy próbować w życiu jak najwięcej i brać z niego pełnymi garściami? A może jednak istnieje inny cel naszej egzystencji - oraz odpowiedź na to, dlaczego rodzimy się, żyjemy i umieramy? Jakie mamy dzisiaj do dyspozycji dowody, które mogłyby nam pomóc znaleźć właściwe odpowiedzi? Czy istnieje życie po śmierci? Czy może dostajemy te siedemdziesiąt lat, a potem po prostu znikamy? Czy to wszystko, co istnieje? To, co widzimy jest już wszystkim, co otrzymamy? A może jest więcej? Czy istnieje duch i dusza? Czy wyłącznie nasze fizyczne ciała? Czy istnieje niebo i piekło? Czy może to tylko przestarzała idea, która nie ma zastosowania w naszym nowoczesnym, naukowym świecie? A co z Jezusem Chrystusem - uznawanym szeroko za największego człowieka, który kiedykolwiek żył na ziemi - gdzie wpasowuje się On w to wszystko? Życie i śmierć…o co w tym chodzi?

Pod koniec XIX wieku, człowiek o imieniu Hudson Taylor, założyciel ruchu misyjnego w Chinach, wyraził się jasno, pisząc: ,,Istnieje żywy Bóg. Przemówił poprzez Biblię. Liczy się ze swoimi słowami i wypełni wszystko, co obiecał”.

Str. 3. Poczułem bardzo mocne ,,szarpnięcie” strun mojego serca, nakłaniające mnie do napisania tej książki - i niesamowite poczucie konieczności - by podzielić się swoimi doświadczeniami z innymi ludźmi. Nie tylko doświadczeniem utraty ojca - czułem, że Bóg chciał, bym podzielił się także moją wiarą w Niego. Zawsze byłem bardzo nieśmiały, jak mój ojciec, więc rozmawianie z innymi o mojej wierze przychodziło mi z trudnością. Z tego powodu napisanie książki wydało mi się dobrym sposobem podzielenia się z innymi skarbem, który w swoim życiu odkryłem w pełni w 1989 roku.

Str. 5 C.S. Lewis zatytułował swoją relację dojścia do osobistego doświadczenia Boga ,,Zaskoczony radością" - ponieważ był dosłownie zaskoczony tym, jak bardzo Bóg go kocha. Ja sam również mogę zaświadczyć o podobnym przeżyciu. Spodziewałem się wielkiego osądu i nagany z Jego strony - jednak to, czego doświadczyłem, to przytłaczająca i bezwarunkowa miłość Boga. Miłość dana niezależnie od grzechów, które popełniłem, niezależnie od tego, ile osiągnąłem lub nie osiągnąłem w swoim życiu. Bóg po prostu przytłoczył mnie swoją miłością, ponieważ kochał mnie za ,,mnie". Bóg kochał mnie za to, kim byłem. I kochał mnie w moim najgorszym stanie. Przyjął mnie takim, jakim byłem - zarówno dobrym, jak i złym. Dlatego, że po prostu przyszedłem do Niego taki, jaki byłem. Nie było niczego, co mógłbym zrobić, aby zasłużyć na Bożą miłość. To był Jego dar dla mnie.

Str.6 Nie oceniajcie, proszę, Boga na podstawie działań chrześcijan. Wielu tak zwanych ,,chrześcijan" jest często najgorszą reklamą Boga - wszczynają wojny, są hipokrytami, niemoralni, osądzający i uprzedzeni. Bóg taki nie jest. To tylko ułomne i upadłe istoty ludzkie, które mówią, że Go reprezentują. Musimy ocenić Boga na podstawie tego, kim On jest - a nie tylko poprzez działania chrześcijan.

Str. 8 Jezus stoi tuż obok, blisko każdego z nas, czekając tylko na to, byśmy do Niego zawołali i z Nim porozmawiali - ,,Wtedy każdy, kto wezwie imienia Pana, będzie zbawiony" (Dz 2,21). Chrystus odpowie nam. Nigdy nie odrzuci tego, kto do Niego przychodzi. Zawsze odpowie, gdy będziemy do Niego wołać. Ale wybór należy zawsze do nas. Wszyscy mamy wolność, aby powiedzieć ,,nie" - lub przeżyć całe nasze życie bez Niego. Jednak moją serdeczną modlitwą jest, aby każdy, kto czyta tę książkę, modlił się do Jezusa Chrystusa i zaprosił Go do swojego życia. Chcę po prostu, aby każdy na tym świecie mógł doświadczyć w swoim sercu tej miłości Boga, której ja miałem zaszczyt doświadczyć. Bóg jest prawdziwy. Jego miłość jest prawdziwa. Jest bardzo realna! Jest tak samo realna jak ty czy ja. Naprawdę będzie to najbardziej ,,realna" rzecz, jaka kiedykolwiek ci się przydarzyła! To najwspanialszy dar, jaki istnieje - a najbardziej zdumiewające jest to, że jest on darmowy - kupiony dla nas przez krzyż Jezusa Chrystusa.

Str 14. Kiedy mój ojciec powiedział mi, że ma raka, a następnie, że jest on śmiertelny - pomimo kryjącego się we mnie strachu - dominującym uczuciem w mojej duszy był pokój. To było jakby Bóg mówił do mojego serca, ,,Tak, to się skończy śmiercią twojego ojca - tak, musisz przejść przez tę burzę, czas próby. Nie musisz jednak przechodzić przez to sam. Będę z tobą na każdym kroku. Przejdę przez tę dolinę razem z tobą. Będę trzymał ciebie, twoją matkę i rodzinę w swoich wiecznych ramionach”.

Str. 16 Możemy zaufać Bogu we wszystkim. On nie kłamie. Nie zmienia się. Możemy Mu zaufać co do życia. Możemy Mu zaufać także co do śmierci.

Str. 21 Wtedy, w wieku dwudziestu sześciu lat, w ciągu jednego tygodnia przeżyłem dwa dni, które zmieniły moje życie na zawsze. 1 lipca 1989 roku pojechałem do Earl's Court w Londynie, aby wysłuchać przemówienia Billy'ego Grahama, amerykańskiego ewangelisty. Wzywał ludzi do nawiązania osobistej relacji z Jezusem Chrystusem - poprzez odwrócenie się od rzeczy, o których wiedzieli, że są złe, i poświęcenie swojego życia, by Mu służyć. W trakcie ,,modlitwy poświęcenia”, Billy Graham powiedział, że teraz rozpocznie się nasza przyjaźń z Bogiem. Przez całe życie uważałem się za ,,chrześcijanina", ponieważ zostałem wychowany w kościele i od małego wierzyłem w Boga i Jezusa. Jednak nie czułem, że mam ,,osobistą więź" z Bogiem. Wydawało mi się, że nie słyszę regularnie głosu Boga i nie sądziłem, że moje modlitwy są wysłuchiwane. Już wcześniej prosiłem Jezusa, by przyszedł i zamieszkał w moim sercu - ale za każdym razem czułem, że udaję. Niezależnie od tego, czy już byłem, czy nie byłem ,,chrześcijaninem” - poczułem bardzo mocno dwie rzeczy. Pierwszą było wewnętrzne ,,wołanie”, aby wyjść naprzód. Boskie ,,szturchnięcie”, jeśli można tak powiedzieć. Na tym spotkaniu nie było absolutnie żadnego emocjonalizmu, ani żadnej innej presji, aby odpowiedzieć na wezwanie. Po prostu miałem wewnątrz ciche, choć bardzo, bardzo silne przekonanie. ,,To jest twój czas" - Bóg wydawał się mówić tak w moim sercu - ,,Chcę, abyś wyszedł naprzód, tutaj, dzisiaj, w tym momencie". Drugim odczuciem, było to, że dla mnie osobiście, publiczne wyznanie wiary przed wieloma innymi ludźmi było konieczne.

Str. 22 Kiedy byłem już w połowie drogi do domu, w moim samochodzie, wiedziałem, że naprawdę coś się wydarzyło! Pojawiło się coś, co mogę opisać tylko jako ,,blask" w środku mojej klatki piersiowej i uczucie ,,lekkości" - to rzeczy, których nigdy wcześniej nie czułem. W ciągu kilku następnych dni doświadczałem niesamowitej radości - co wyobrażam sobie jako ,,kąpiel od wewnątrz" - całkowite obmycie i oczyszczenie. Jakby seria fal rozbijających się o mnie. Czułem także spokój, jak gruby koc, który całkowicie mnie okrywał. Jeśli to, czego doświadczyłem, było miłością i obecnością Boga w osobistej relacji, to nie chciałem, żeby się kiedykolwiek skończyło! Później odkryłem, że ten pierwszy tydzień bywa nazywany przez chrześcijan ,,miesiącem miodowym", w którym Bóg często objawia swoją obecność w szczególny sposób, jako rodzaj zapewnienia lub gwarancji, że dana osoba naprawdę ,,weszła" i naprawdę do Niego należy - ,,On też wycisnął na nas pieczęć i, jako zadatek, dał nam do serc swego Ducha" - mówi 2 Koryntian 1,22.

Str. 23 Steve uznał za słuszne by pomodlić się o mnie. On i jego żona, Helen, położyli więc ręce na mojej głowie i modlili się, abym został ,,napełniony Duchem Świętym". Jest to coś, co chrześcijanie robili dla pierwszych wierzących dwa tysiące lat temu - i od tego czasu część Kościoła nadal to robi. Zobacz na przykład księgę Dziejów Apostolskich: ,,A kiedy Paweł włożył na nich ręce, zstąpił na nich Duch Święty ..." (Dz 19,6). Podobnie jak w poprzedni weekend, nie poczułem w tamtej chwili nic, ale kiedy leżałem w łóżku, około czterech godzin później, zacząłem odczuwać coś, co mogę opisać jako ,,bulgoczące źródło" wewnątrz mnie. Miałem wrażenie, jakby woda wypływała ze mnie kaskadami raz po raz - jak fontanna. Doznawałem też uczucia silnego ,,mrowienia" przechodzącego przez moje ręce i twarz, trochę jakby porażenie prądem! Czułem się tak, jakbym był przepełniony radością, a to bulgotanie wewnątrz mnie ciągle się wzmagało. To był tak cenny czas w moim życiu! Jedyny sposób, w jaki mogę oddać słowami to doświadczenie, to zacytowanie tytułu piosenki - czułem się, jakbym ,,tańczył na suficie"! Później znalazłem werset w Ewangelii Jana, w którym Jezus mówi: ,,Kto wierzy we mnie, jak głosi Pismo, z jego wnętrza popłyną rzeki wody żywej" (J 7,38). To podsumowuje dokładnie to, co czułem.

Str. 82-83 Powód, dla którego Bóg nie pozwala na kontakt ze światem duchów, poza relacją z Duchem Świętym, jest dwojaki. Po pierwsze, kontakt z duchami poza Bogiem jest w praktyce oddawaniem czci innym ,,bogom", co jest zabronione (Wj 20,3). Po drugie, kontakt z Duchem Świętym jest ,,bezpieczny", ponieważ jesteśmy pod Bożym błogosławieństwem i ochroną. Nie ma nic złego w Duchu Świętym (Łk 11,9-13). Jednak kiedy kontaktujemy się z innymi duchami, sięgamy do źródła duchowej mocy, która nie pochodzi od Boga, ale od szatana, i która jest bardzo, bardzo niebezpieczna. Bóg ostrzega nas: ,,Nie będziecie zwracali się do wywoływaczy duchów, ani do wróżbitów. Nie szukajcie ich rady, kalając się przez nich w ten sposób - Ja, PAN, jestem waszym Bogiem” (Kpł 19,31) ... ,,Przyjście człowieka bezprawia dokona się zgodnie z działaniem całej mocy szatana. Towarzyszyć mu będą znaki i fałszywe cuda” (2 Tes 2,9).

Kim więc są te duchy, które przywołuje medium, jeśli nie duchami bliskich nam ludzi? Wielu chrześcijan uważa, że media wzywają ,,przewodników duchowych", którzy są tak naprawdę złymi duchami - wywoływacze ci nie mają bowiem duchowego upoważnienia do przyzywania duchów zmarłych. Te złe lub zwodnicze duchy, są często określane przez chrześcijan jako ,,duchy znajome" (na przykład Kapł 19,31; Powt 18,11, w King James Version), ponieważ znają wszystkie szczegóły życia danej osoby. Wierzy się, że - ponieważ świat duchów znajduje się poza czasem i przestrzenią (2 P 3,8) - duchy te mają dostęp do wszystkich potrzebnych informacji o życiu danej osoby. To może tłumaczyć stopień dokładności informacji, które medium przekazuje żyjącym. Lekcja z tego wszystkiego jest jasna. Nie próbujcie nawiązywać kontaktu ze światem duchów poprzez jakiekolwiek okultystyczne środki. Zawsze bowiem trzeba zapłacić jakąś cenę - ,,Nie błądźcie, Bóg nie pozwala z siebie szydzić! Dlatego, co człowiek sieje, to i żąć będzie” (Gal 6,7). Saul zabił się następnego dnia po wizycie u medium. Jedna wizyta u medium może komuś zepsuć całą resztę życia- lub rzucić swego rodzaju klątwę - chyba że osoba ta wyrazi skruchę i poprosi Boga o przebaczenie.

Str. 86 Chrześcijanie wierzą w jednego Boga w trzech osobach, muzułmanie wierzą w jednego Boga, ,,Allaha”, a nie w Trójcę. Hindusi wierzą w wielu bogów, buddyści w ogóle nie wierzą w ,,Boga”. Allah jest Bogiem odległym, bezosobowym - nie można do niego dotrzeć. Bóg chrześcijaństwa jest Bogiem osobowym, kochającym, przystępnym - do którego przychodzimy przez Jego Syna Jezusa Chrystusa. Jezus jest jedynym przywódcą - spośród wszystkich głównych religii świata - który twierdzi, że jest Bogiem (J 10,30). Budda widział siebie jako nauczyciela poszukującego ,,prawdy”, hinduizm nie ma jednego konkretnego założyciela. Muhammed postrzegał siebie wyłącznie jako proroka. Abraham był wybranym ,,ojcem” judaizmu, a nie bóstwem. Jezus dokonał więcej cudów niż jakakolwiek osoba, która kiedykolwiek żyła. Żaden inny przywódca nie został opisany jako ,,cudotwórca” w taki sposób jak On. Jezus używał tych cudów jako ,,znaków”, aby pokazać, że jest Bogiem (Łk 7,18-23). Nirwana w buddyzmie i hinduizmie jest osiągana przez ,,dobre uczynki” i spełnianie obowiązków. Zbawienie w islamie i judaizmie następuje przez uczynki i przestrzeganie prawa. Chrześcijanie są zbawieni przez osobę - przez krzyż Jezusa Chrystusa i przez samą wiarę. Przez jedną, doskonałą ofiarę Jezusa (Hebr 10,12 14).

Str. 87 Bóg mówi nam, że każdy, kto naprawdę Go szuka, znajdzie Go (Jer 29,13). Jezus mówi to samo - ,,Szukajcie, a znajdziecie" (Łk 11,9).

Tak więc, prawdą jest stwierdzenie, że wszyscy ludzie są ,,poszukiwaczami” prawdy. Jednak twierdzenie, że wszystkie wyznania czczą tego samego Boga lub patrzą na tego samego ,,słonia” jest zarówno fałszywe, jak i mylące. Kiedy przyjrzymy się bliżej wszystkim głównym wyznaniom, okaże się, że ich ,,bogowie" są bardzo różni od siebie. Jest wielu bogów, ale my mamy szukać jedynego prawdziwego Boga (Wj 20,3).

Str. 88 Przez dwa ostatnie rozdziały przyglądaliśmy się - i nadal będziemy się przyglądać pytaniu: ,,Czy istnieje jedna, ostateczna prawda?". Wszystkie główne religie przeczą sobie nawzajem. Wszystkie nie mogą mieć racji równocześnie. Grób Jezusa jest pusty, ponieważ twierdzi On, że powstał z martwych i żyje. To umacnia jego twierdzenie, że jest Bogiem. Jezus powiedział, że istnieje tylko jedna Prawda i można ją znaleźć w Nim - ,,Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” (J 14,6). Chrześcijaństwo nie twierdzi, że jest Prawdą i jedyną Drogą do Boga, ponieważ tak powiedzieli chrześcijanie, ale dlatego, że stwierdził to sam Jezus Chrystus!

Str. 93 Słowo ,,okultystyczny” znaczy tajemny, ukryty, mistyczny lub nadprzyrodzony. Odnosi się ono także do tajemnej wiedzy i mocy, które są zdobywane i przekazywane przez pokolenia. Ruch New Age wykorzystuje te moce i wiedzę okultystyczną. W poszukiwaniu ,,oświecenia” i w celu uwalniania w ludziach ,,Bożego potencjału” wszystko jest dozwolone. 

Przez ruch New Age przebija wielki optymizm i nadzieja. Ich idea głosi, że jako społeczeństwo zbliżamy się do świtu nowej, utopijnej ery. Wyznawcy New Age wierzą, że człowiek jest panem świata i swojego losu. Ludzkość czyni ogromne postępy w technologii. Przybliża się ogólnoświatowy pokój. Rządy i struktury społeczne łączą się w jedno. Ludzie otwierają swoje umysły na świat duchowy w celu zdobycia wiedzy - lub ,,wchodzą w niego”, aby odkryć swój pełny potencjał. Według nich, wykorzystanie okultystycznych, duchowych mocy i energii jest konieczne, aby wynieść ludzkość na kolejny ,,wyższy poziom” istnienia lub świadomości. Czują oni, że ludzkość wchodzi w nową erę.

Str. 194 Chrystus opisał nasze indywidualne spotkanie z Nim, jako ,,narodzenie się na nowo" - ,,Ręczę i zapewniam, kto się nie narodzi na nowo, nie może zobaczyć Królestwa Bożego" (J 3,3). Kiedy dziecko rodzi się fizycznie, rodzi się z wody łona matki. Jezus powiedział, że każdy człowiek musi się narodzić również ,,duchowo”, aby zobaczyć Boże Królestwo. Wszyscy rodzimy się fizycznie ,,żywi”, ale duchowo ,,martwi” dla Boga - z powodu naszej grzesznej natury (Iz 59,2). Zostajemy ożywieni duchowo przez Ducha Bożego - ,,Duch rodzi ducha" (J 3,6). Rodzimy się z Ducha, gdy wchodzimy w relację z Bogiem poprzez nasz własny wybór i wolną wolę - ,,Lecz wszystkim tym, którzy Go przyjęli, dał przywilej stania się dziećmi Boga - tym, którzy wierzą w Jego imię, którzy narodzili się nie z krwi ani z woli ciała, ani z woli mężczyzny, lecz z Boga" (J 1,12-13).

Nie wolno nam polegać na wiedzy o Bogu z drugiej ręki - od naszych rodziców czy dziadków, lecz każdy z nas musi Go szukać. Wszyscy musimy mieć do czynienia z Bogiem jako jednostki, jeden na jeden. I wszyscy musimy przyjść do Boga jako osierocone dzieci, które chcą być adoptowane przez naszego Ojca Niebieskiego.

Str. 200 Niektórzy uczą, że wszyscy w końcu zostaną zbawieni, że nie ma potrzeby indywidualnego przyjęcia Boga przez mężczyzn i kobiety - Bóg w swoim wielkim miłosierdziu ostatecznie zbawi wszystkich. Tę ideę nazywa się ,,uniwersalizmem". Choć większość ludzi chciałaby, aby była ona prawdziwa, musimy przyjąć przesłanie samego Boga - zapisane w Biblii - jako ostateczne źródło autorytetu w tej sprawie, a nie pomysły ludzi (2 Tym 3,16). Po pierwsze, Biblia uczy, że nie ma dla ludzkości innej drogi do zbawienia, niż przez krzyż Jezusa (Mt 26,36-46). Gdyby istniała inna droga, to Bóg by ją znalazł. Po drugie, Biblia uczy, że Jezus jest drogą do Boga - ,,Ja jestem drogą ... Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie" (J 14,6). Musimy przyjść do Boga przez Jezusa - ponieważ tylko On zapewnił przebaczenie naszych grzechów przez krzyż. Tak więc sam Jezus jest bramą do relacji z Bogiem.

Str. 227 Kiedy człowiek staje się nowym stworzeniem (2 Kor 5,17), zmienia się od wewnątrz, więc na początku może nie być żadnych zewnętrznych oznak tych zmian. Jednak chrzest w wodzie jest potężnym zewnętrznym znakiem tego, co stało się wewnętrznie. Nie jest to po prostu symboliczny gest, nabożeństwo w kościele czy okazja do rodzinnego spotkania. Chrzest jest podkreśleniem naszej wiary - publicznym, zewnętrznym znakiem, że poważnie myślimy o przynależności do Chrystusa i podążaniu za Nim.

Str. 246 Jezus powiedział: ,,Królestwo niebios przypomina również kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł tę jedną, niezwykle cenną, odszedł, sprzedał wszystko, co miał, i nabył ją" (Mt 13,45-46). Nic innego nie może się równać ze spotkaniem z Bogiem, z wejściem do Jego królestwa - i doświadczaniem Jego niesamowitej miłości, radości i pokoju. Jest to naprawdę największy skarb na świecie. Kiedy znajdziesz ten skarb, wszystko inne blednie w porównaniu z nim. Nie ma nic innego w całym życiu i stworzeniu, co mogłoby się temu równać! Poznanie Boga i Jego Syna, Jezusa Chrystusa, jest naprawdę największym skarbem ze wszystkich. A poznanie Boga oznacza początek ekscytującej i trwającej całe życie duchowej podróży.


Peter Gee - ,,Life and death. What’s it all about. Part I. Finding the truth” 

 










Spis treści:

Twarzą w twarz z rzeczywistością

Czy jest tam ktoś?

To moja prawda, powiedz mi swoją

Czy wszystkie drogi prowadzą do Boga?

A wy za kogo mnie uważacie?

Największy dzień w historii świata

Pusty grób

Wchodząc

Podróż

Posłowie

Notatki

________________________________

English

Page 5 We are told time and time again in the Bible, that God loves us and is for us. Yet somehow, we never seem to quite take it in, and believe it for ourselves. So we end up thinking, 'I know that God loves everyone else. But I don't really believe that he loves "Me"'. However this is a lie. For God does love me. And he does love you. C. S. Lewis entitled his account of coming to a personal experience of God, 'Surprised By Joy' - because he literally was that - surprised by just how much God loved him. And I myself can testify to a similar experience. I was half expecting great judgement and rebuking from Him - but what I experienced was the overwhelming and unconditional love of God. Love given regardless of the sins I had committed, or regardless of how much I had achieved, or had not achieved in my life. God simply overwhelmed me with his love, because he loved me for 'me'. God loved me for who I was. And He loved me at my very worst. He accepted me just as I was - both the good and the bad. Because I simply came to him just as I was. There was nothing I could ever do to earn God's love. lt was his free gift to me.

Page 6 However, please do not judge God by the actions of Christians. Many so-called 'Christians' are often the very worst advertisement for God - starting wars, hypo-critical, immoral, judgmental and prejudiced. But that is not God. That is just flawed and fallen human beings who say that they represent him. But we must judge God (or who he is - and not through Christians alone.

Page 8 Jesus stands right there, close by the side of each one of us, just waiting for us to call to him and talk to him - "And everyone who calls upon the name of the Lord will be saved" (Acts 2:21 ). Christ will respond to us. He will never turn away anyone who comes to him. He will always answer when we call to him. But the choice is always ours. We all have the freedom to say 'no' - or to choose to live for the whole of our lives without him. But my heartfelt prayer is that everyone who reads this book will pray to Jesus Christ, and invite him to come into your lives. I just want everyone in this world to be able to experience this love of God in their hearts, which I have had the privilege to experience. God is real. His love is real. It is very real! It is as real as you or I. Indeed, it will be the most 'real' thing that has ever happened to you! It is the greatest gift in existence - and what is most amazing of all, is that it is free - bought for us by the cross of Jesus Christ.

Page 21 Then, at the age of twenty six, I experienced within the space of a week, two days that were to change my life forever. On July 1st 1989, I went to Earl's Court in London, to hear Billy Graham, the American evangelist, speak. He called people to enter a personal relationship with Jesus Christ — by turning their backs on the things they knew to be wrong in their lives, and by committing their lives to serving him. Through praying a 'prayer of commitment”, Billy Graham said that this friendship with God would begin. I had considered myself to be a 'Christian'" all my life, as I had been brought up in the church, and had always had faith in God and in Jesus, since I had been a young child. Yet I didn't feel that I had this 'personal relationship” with God. I didn't seem to hear God's voice regularly and I didn't think that my prayers were being answered. I had asked Jesus to come and live in my heart before — but every time previously, I'd just felt like I was going through the motions. Whether I was, or was not, already a 'Christian' — I felt two things very strongly. The first was that there was a 'calling" inside of me to go forward. A divine 'nudge' if you like. There was certainly no emotionalism, or no other pressure to respond at that meeting. It was simply a quiet conviction inside of me, which was very, very strong. "This is your time” seemed to be what God was saying to me in my heart — "I want you to go forward, here, tonight, at this moment”. The second thing I felt, was that for me personally, a public declaration of my faith in front of a lot of other people was necessary.

Page 22 But by the time I was half way home in my car, I knew that something had very definitely happened! There was, what I can only describe as a 'glow' in the centre of my chest, and a feeling of 'lightness' — which were things that I had never ever felt before. Over the next few days, I experienced an incredible joy — what I can only describe as being like a bath from the inside out” — a total washing and cleansing. Like a series of waves crashing over me. And a peace, like a thick blanket, which covered me completely. If what I was experiencing, was the love and presence of God in a personal relationship, then I didn't want it ever to stop! I later discovered that this first week was what Christians call a honeymoon period” where God often gives his presence in a special way as a kind of assurance, or guarantee, that the person really has 'entered in” and really does belong to him — "He anointed us, set his seal of ownership on us, and put his Spirit in our hearts as a deposit, guaranteeing what is to come” says 1 Corinthians 1:22.

Page 23 Steve felt it "right" to pray for me. So he and his wife Helen laid hands on my head, and prayed that I would be 'filled with the Holy Spirit. This is something that Christians were doing for the first believers, two thousand years ago — and parts of the Church have continued to do it ever since. See for example, the book of Acts "When Paul placed his hands on them, the Holy Spirit came on them ...” (Acts 19:6). Just as the weekend before, I felt nothing at the time, but as I was lying in bed about four hours later, I began to feel what I can only describe as something like a “bubbling spring” inside me. It felt like water welling up — like a fountain, cascading inside of me, over and over again. And there was this great 'tingling” sensation through my hands and face, a bit like electric shocks! It felt like I was overflowing with joy, and this bubbling inside me just kept welling up and up. It was such a precious time in my life! The only way I can describe the whole experience, is to quote the title of a song — it felt like I was "Dancing on the ceiling'! I later found the verse in John's gospel where Jesus says, 'Whoever believes in me, as the scripture has said, streams of living water will flow from within him” (John 7:38). This sums up just how I felt.

Page 82-83 The reason that God does not allow contact with the spirit world, other than a relationship with the Holy Spirit, is two-fold. Firstly, contact with spirits outside of God, is in practice, worship of other ‘gods’, which is forbidden (Exodus 20:3). Secondly, contact with the Holy Spirit is ‘safe’, because we are under God’s blessing and protection. There is nothing bad about the Holy Spirit (Luke 11:9-13), However, when we contact other spirits, we are tapping into a source of spiritual power that is not from God, but from Satan = and which is very, very dangerous indeed. God warns us, ‘Do not turn to mediums or seek out spiritists, for you will be defiled by them. I am the Lord your God.’ (Leviticus 19:31) ... ‘The coming of the lawless one will be in accordance with the work of Satan displayed in all kinds of counterfeit miracles, signs and wonders’ (2 Thessalonians 2:9).

So who are these spirits whom the mediums call up, if they are not the spirits of peoples’ loved ones? Many Christians believe that mediums call upon ‘spirit guides’ who are in fact evil spirits — because they do not have the spiritual authority to call up the spirits of the dead. These evil or deceiving spirits, who are called up, are often referred to by Christians as ‘familiar spirits’ (for example Leviticus 19:31, Deuteronomy 18:11, in the King James Version), because they know all the details of the person’s life. The belief is - because the spirit world is outside of time and space (2 Peter 3:8) — that these spirits have access to all the information they need about a particular person’s life. This could account for the degree of accuracy in the information that the medium relates back to the living. One exception to this seems to be in 1 Samuel 28, when Saul asks a medium to call up the dead prophet Samuel. God seems to allow the real Samuel to appear, judging by the medium’s reaction (verse 12). She was obviously expecting a familiar or deceiving spirit, but was scared when God allowed the real person to appear!

The lesson in all this is clear. Do not try to make contact with the spirit world through any occult means. For there is always a price to pay - ‘Do not be deceived: God cannot be mocked. A man reaps what he sows’ (Galatians 5:7). Saul killed himself the very next day after visiting the medium. One visit to a medium can mess up the whole of the rest of a person’s life - or put a kind of curse over it - unless they repent and ask God’s forgiveness.

Page 86 Christians believe in one God of three persons, Muslims believe in one God, ‘Allah’, and not in the Trinity. Hindus believe in many gods, Buddhists do not believe in ‘God’ at all. Allah is a remote, impersonal God - he cannot be reached. The God of Christianity is a personal, loving, approachable God - who we come to through his Son Jesus Christ. Jesus is the only leader who personally claims to be God (John 10:30) — of all of the main world religions. Buddha saw himself as a teacher in search of ‘truth’, Hinduism does not have one specific founder. Muhammed saw himself as a prophet alone. Abraham, was the chosen ‘father’ of Judaism, not a deity. Jesus performed more miracles than any person who has ever lived. None of the other leaders are recorded as ‘miracle’ workers in the same way. Jesus used these miracles as ‘signs’ to show that he was God (Luke 7:18—23). ‘Nirvana’ in Buddhism and Hinduism, is achieved by ‘good works’ and duty. ‘Salvation’ in Islam and Judaism is by ‘works’ and observance of ‘the law’. Christians are saved by a person - through the cross of Jesus Christ and by faith alone. Through Jesus’ one, perfect sacrifice (Hebrews 10:12 14).

Page 87 And God does tell us that anyone who truly seeks after him will find him (Jeremiah 29:13). Jesus also says the same thing — ‘Seek and you will find’ (Luke 11:9).

So, it is true to say that human beings are all fellow ‘seekers’ after the truth together. But, to say that all faiths are worshiping the same God, or looking at the same ‘elephant’ is both false and misleading. When you look closely at all of the major faiths, it becomes clear that their ‘gods’ are obviously very different to one another. There are many gods, but we must look for the one true God (Exodus 20:3).

Page 88 Over these last two chapters we have been looking - and will continue to look at the question, ‘Is there one, definitive truth?’ All of the main religions contradict each other. They cannot all be right at the same time. Jesus’ grave is empty because he claims to have risen from the dead, and be living today. This supports his claim to be God. Jesus said that there is only one ‘Truth’ and it is to be found in him — ‘I am the way and the truth and the life. No one comes to the Father’ (God) ‘except through me’ (John 14:6). Christianity does not claim to be the ‘Truth’, and the only ‘Way’ to God, because Christians have said it ~ but because Jesus Christ himself has claimed it!

Page 194 Christ also described our individual encounter with him, as being ‘born again’ — “I tell you the truth, no one can see the Kingdom of God unless he is born again” (John 3:3). When a child is born physically, he is born out of the water of his mother’s womb. Jesus said that every single person needs to be born ‘spiritually’ too, in order to see God’s Kingdom. We are all born physically ‘alive’, but spiritually ‘dead’ to God — because of our sinful nature (Isaiah 59:2). We are made ‘alive’ spiritually by the Spirit of God — “the Spirit gives birth to spirit” (John 3:6). We become born of the Spirit when we enter into a relationship with God through our own choice and freewill — ‘Yet to all who received him, to those who believed in his name, he gave the right to become children of God — children born not of natural descent, nor of human decision or a husband’s will, but born of God’ (John 1:12-13).

We must not rely on our parents’ or grandparents’ second hand knowledge of God. But each one of us must seek Him out. We must all deal with God as individuals, one to one. And we must all come to God as orphan children, seeking to be adopted by our Heavenly Father.

Page 200 Some people teach that everyone will eventually be saved; that there is no need for an individual response to God by men and women: and that God, in his great mercy, will eventually save everyone. This idea called ‘Universalism’. Whilst most people would like it to be true, we must ultimately take the message of God himself — recorded in the Bible - as our final source of authority in this matter — rather than the ideas of human beings (2 Timothy 3:16). Firstly, the Bible teaches that there is no other way for mankind to be saved — other than through the cross of Jesus (Matthew 26:36—46). If there had been another way, that God would have found it. Secondly, the Bible teaches that Jesus is the way to God - “I am the way ... No one comes to the Father except through me” (John 14:6). We have to come to God through Jesus - because He alone has provided forgiveness for our sins through the cross. So Jesus himself is the gateway to this relationship with God.

Page 227 When a person becomes a new creation (2 Corinthians 5:17) they are changed from the inside out - so there may be no real outward signs to start with. Yet baptism in water is a powerful outward sign of what has happened internally. It is not simply a symbolic gesture, a church service, or a chance for a family gathering. Baptism is an underlining of our faith - a public, outward sign that we are serious about belonging to Christ and following him.

Page 246 Jesus said, “The kingdom of heaven is like a merchant looking for fine pearls. When he found one of great value, he went away and sold everything he had and bought it” (Matthew 13:45—46). Nothing else can ever compare with meeting God, and with entering his kingdom - and experiencing his incredible love, joy and peace. It is truly the greatest treasure in existence. When you find this treasure, everything else in life pales in comparison. There is nothing else in all of life and creation - that even comes close! To know God and his Son, Jesus Christ, is truly the greatest treasure of all. And to know God, marks the beginning of an exciting and lifelong, spiritual journey.

poniedziałek, 16 stycznia 2023

Międzynarodowa Społeczność Biznesmenów Pełnej Ewangelii

Po upływie kilku lat niektóre rodziny w Kara Kala zaczęły przyjmować świadectwa rosyjskich zielonoświątkowców. Szwagier dziadka, Megardisz Muszegan był jednym z nich. Przeżył on chrzest w Duchu Św. i podczas częstych wizyt u Shakarianów opowiadał o nowej radości, jaką znalazł w życiu.

(...)

 W roku 1914 w Armenii nastał czas niewyobrażalnej tragedii. Z perfidnym okrucieństwem Turcy rozpoczęli swoje krwawe przedsięwzięcie: wypędzili dwie trzecie ormiańskiej ludności na pustynię mezopotamską. Podczas tego przemarszu zmarło ponad milion mężczyzn, kobiet i dzieci, w tym wszyscy mieszkańcy Kara Kala. Dalsze pół miliona zmasakrowano w wioskach. Był to pogrom, który Hitlerowi przywiódł na myśl projekt eksterminacji Żydów. „Świat nie interweniował, gdy Turcy zabijali Ormian — powiedział do swoich zwolenników — dlaczego więc teraz miałoby go to obchodzić?”.

Ormianie, którym udało się zbiec z zagrożonych terenów, opowiadali później historie pełne heroizmu. Mówili, że Turcy dawali czasami chrześcijanom szansę uratowania życia, jeśli wyprą się swej wiary. Najczęściej zamykali ich w stodołach, które podpalali. Wcześniej proponowali: „Jeśli przyjmiecie Mahometa zamiast Chrystusa, otworzymy drzwi!”. Najczęściej chrześcijanie wybierali raczej śmierć i śpiewali pieśni chwały, gdy płomienie ogarniały ich ciała.

Ci natomiast, którzy wzięli pod uwagę ostrzeżenia „chłopca-proroka” i szukali schronienia w Ameryce, słuchali tych wieści z wielką trwogą.

Dziadek Demos był wśród uciekinierów. Po pamiętnym wydarzeniu z udziałem rosyjskiego patriarchy nie wątpił już więcej w prawdziwość tego proroctwa. W 1905 roku, godząc się na niską cenę, sprzedał gospodarstwo prowadzone od pokoleń przez jego rodzinę. Podzielił bagaże, które członkowie rodziny zabrali na plecy, sam wziął ciężki, mosiężny samowar na węgiel drzewny. I tak jego żona, sześć córek: Szuszan, Estera, Sirun, Magga, Jerchan i Hamas oraz duma jego życia, trzynastoletni Izaak, wyruszyli w podróż do Ameryki.


Demos Shakarian (1913 - 1993) – chrześcijański przedsiębiorca ormiańskiego pochodzenia z Los Angeles, założyciel Full Gospel Business Men's Fellowship International (FGBMFI). Historia jego życia oraz FGBMFI jest tematem książki The Happiest People on Earth, w polskim tłumaczeniu „Najszczęśliwsi na świecie" (wyd. Absolutnie fantastyczne 2015r.) napisanej przez Johna i Elizabeth Sherrill (Guideposts Magazine) i opublikowanej w 1975 roku. Książka ta została przetłumaczona na wiele języków i stała się bestsellerem.


John i Elizabeth Sherrill - Najszczęśliwsi na świecie

poniedziałek, 24 października 2022

Znieczulenie reformacji

Dawno temu idąc do dentysty ludzie narażali się na wielki ból i cierpienie. Dopiero 175 lat temu po raz pierwszy usunięto ludzki ząb pod narkozą.

600 lat temu został spalony na stosie Jan Hus, potem (i wcześniej) inni szczerzy wyznawcy Chrystusa, a wielu zostało skazanych na bezlitosne tortury. Dopiero 175 lat temu (lub mniej) wynaleziono niezwykłe znieczulenie. Dzięki niemu pacjenci nie czują zupełnie bólu, a nawet z przyjemnością latają samolotami do „dentysty”. Od czasów reformacji nic się nie zmieniło oprócz świetnego wynalazku zwanego znieczuleniem. Dzisiaj nie potrzeba narzędzi powodujących ból, nie potrzeba stosów, tak prymitywne metody dziś wywołałyby szok - za pomocą owego znieczulenia osiąga się znacznie większe i lepsze efekty. Dla przypomnienia tamtych czasów przedstawiam fragment książki opartej na faktach.


***
Przy szeleście swoich kapłańskich szat mężczyzna pochylił się do przodu i ponownie zaczął mówić, nie dając Claudine szansy na dojście do słowa:

— A teraz powiedz nam, ty anabaptystko — wypluł słowa, jak gdyby były one trucizną. — Kto jest twoim mężem?
Claudine nie odpowiedziała od razu. Czy była to pułapka? Z pewnością wiedzieli, kto jest jej mężem! Czy starali się wyciągnąć od niej informacje na temat jego obecnego miejsca pobytu?
— Myślę, że wiecie kto jest moim mężem — odpowiedziała.
— Och tak? Znamy was, wy obrzydliwi anabaptyści. Wasi mężczyźni dzielą się kobietami i mają wszystkie do dyspozycji jak psy. Czyż to nie wspaniałe?
Słysząc to, Claudine oblała się rumieńcem. Poczuła narastający w niej gniew, więc w myślach modliła się o spokój. W końcu odpowiedziała opanowanym głosem:
— To nieprawda, ale oszczercze pomówienie.
— Ty kłamliwa kobieto! — wybuchnął ksiądz. — Temu również zechcesz zaprzeczyć, ale to prawda. Jakiś czas temu grupa anabaptystów siłą zdobyła miasto Muenster i okupowała je przez pewien czas. I owszem, oni mieli wszystko wspólne, włączając w to kobiety. Poza tym, pookradali kościoły i zakony. I to chcesz pewnie podważyć? Myślę, że nie spodziewałaś się, że ja o tym wiem, ale to prawda — bezczelnie się w nią wpatrywał.
— Owszem, tego dokonali fałszywi nauczyciele. Absolutnie nie chcemy brać udziału w ich nikczemnym postępowaniu. Nie są oni naszymi braćmi — Claudine pragnęła, aby ta część była dobrze zrozumiana. — Możesz temu przeczyć, ile tylko zechcesz, ale ja i tak wiem, że jest to prawdą — po czym ksiądz zamknął usta, tak jakby ostatnimi słowy podsumował całe zagadnienie.
Wtedy urzędnik odchrząknął i zapytał: — Gdzie jest twój mąż?
— Nie wiem — Claudine niezmiernie się cieszyła, że mogła udzielić takiej odpowiedzi całkowicie prawdomównie.
— Kobieto, nie wierzę ci, że naprawdę nie masz najmniejszego pojęcia o tym, gdzie on się teraz znajduje. Gdzie on jest? — zapytał ponownie, kładąc wielki nacisk na ostatnie trzy słowa.
— Nie chcę odpowiadać na to pytanie. Tę informację wykorzystalibyście po to, aby mu zaszkodzić — Claudine siedziała w pełnym determinacji milczeniu, patrząc na sekretarza w skupieniu zapisującego każde wypowiedziane słowo.
— Możemy sprawić, że i tak nam powiesz — urzędnik groźnie kiwał głową, gapiąc się na nią. — Czy otrzymałaś od niego jakieś informacje? — uważnie się jej przypatrywał, jakby chciał odczytać jej myśli.

Jego stalowe spojrzenie zdawało się przeszywać ją na wskroś.
Co powinna powiedzieć? Chwilę się zastanawiała, po czym znowu powtórzyła:
— Nie chcę udzielać odpowiedzi na żadne z tych pytań.
W duchu kobieta drżała i modliła się o siły. Przesłuchiwanie odnośnie jej wiary było jedną rzeczą, ale bycie wykorzystywaną do zdobycia informacji o reszcie braci budziło w niej przerażenie. Absolutnie nie chciała się przyczynić do tego, żeby jej mąż lub ktokolwiek inny został schwytany. W jej umyśle zaczął też narastać strach przed torturami. Czy jeżeli odmówi im odpowiedzi na te pytania, będą ją torturować? „Panie, strzeż moich ust i daj mi jasny umysł, abym była ostrożna”.
Tak jak się obawiała, był to dopiero początek ich strasznego starania się, aby wydobyć z niej informacje.
— Gdzie urodziło się twoje dziecko?
— W Menen.
— Czy zostało ono ochrzczone?
— Nie było takiej potrzeby.
— Hmm... Czy też słyszycie te bzdury? — wtrącił ksiądz. — I kto był obecny przy porodzie twojego dziecka?
— Nasza znajoma, położna.
— Kto jest tą znajomą?

(…)

Teraz oczami pełnymi łez Claudine spojrzała w górę na oskarżyciela,
- Nie mogę, proszę pana! - wykrzyknęła w strasznym cierpieniu. — Ale proszę pana, błagam, błagam, niech pan ma litość! - przycisnęła swojego synka do piersi.
- Zabierzcie je - urzędnik rozkazał strażnikowi.

Odgłos kroków zbliżył się do niej, po czym Jan został wyrwany z jej objęć. Kiedy jego przerażony płacz zamarł w oddali, łzy kobiety przekształciły się we wstrząsający nią całą szloch. Każda część ciała nakazywała jej poderwać się, pobiec za strażnikiem i błagać o swoje dziecko, jednak mimo to siedziała bez ruchu.
Urzędnik stał tuż przed nią. Był przekonany o swoim zbliżającym się zwycięstwie.
— Możesz mieć go z powrotem, jeżeli tylko się poddasz — powiedział brzmiącym prawie kojąco głosem.

Kendra K. Burkholder - Kogóż bać się będę ?

Wydarzenia zrelacjonowane w tej powieści oparte są na faktach; spisane zostały na podstawie starannie zgromadzonych informacji. Niektóre szczegóły i dialogi zostały dodane celem wspomożenia płynności wydarzeń, pomimo że autor nie mógł im świadczyć i ich utrwalić. Historia rozgrywa się w połowie XVI wieku we Flandrii - na obecnym obszarze Belgii. Główni bohaterowie byli członkami grupy chrześcijan, zwanych anabaptystami, a później znanych również jako mennonici.

Ruch anabaptystyczny został rozpoczęty w 1525 roku w Zurychu w Szwajcarii przez grupę ludzi studiujących Biblię, którzy pragnęli Kościoła opartego na nauczaniu z Nowego Testamentu, a nie kościoła stworzonego z całej populacji, niezależnie od szczerości wyznania. Anabaptyści praktykowali chrzest dorosłych wierzących, przez co rozumieli chrzczenie tych, którzy oddali się podążaniu za Chrystusem i wcielali w swoje codzienne życie Jego nauki. Odłam ten nie był nowym ruchem politycznym. Nawet przeciwnie — jego członkowie wyznawali nauczanie Jezusa i apostołów na temat niestosowania jakiejkolwiek przemocy. Jednymi z pierwszych przewodników tego zapoczątkowanego w Szwajcarii odłamu byli: Felix Manz, George Blaurock i Conrad Grebel.

Do 1535 roku ruch anabaptystyczny w swojej - opartej na Biblii - pokojowej formie zyskał wielkie poparcie w Holandii. jednym z pierwszych - oraz niezwykle wpływowych - przywódców w Holandii w latach 1535-1561 był Menno Simons, od którego imienia powstała nazwa mennonici. Ta książka opowiada historię Piersoma i Claudine, którzy dołączyłi do Kościoła anabaptystycznego kilka dekad po upływie 1535 roku.