Przed kilku dniami oglądałem dokładniej obraz, który już zdala kilka razy obserwowałem. Rozciąga się na nim bujna wspaniałość barw, szerokie pole czerwonych maków. Przezeń kroczy ślepa. Kijem w ręku szuka sobie drogi. W drugiej ręce niesie wielki dzban. Gdym obraz ten spostrzegł pierwszy raz, myślałem, że malarz chciał przedstawić, jak człowiek przechodzi koło tyle darów i łaski Bożej i nie widzi, iż to ręka Pana jemu każdodziennie daruje. Lecz z tem nie zgadzała się królewska postawa niewiasty i mimo ociemniałe oczy cudowny, szlachetny wyraz twarzy. Wkrótce też zauważyłem dwa na pozór nie wiele znaczące rysy obrazu: mały krzyż na jej piersiach i opadłe, na ziemi leżące, czerwone listki kwiatów maku. Wyjaśniło mi się: czerwony mak oznacza piękność świata pomijającego, a niewiasta przedstawia miłość chrześcijańską, która nie zważa na wabiącą ale tak znikomą piękność świata, mając daleko wyższe i szlachetniejsze zadanie wypisane w jej poważnych rysach twarzy. Jakie to jest zadanie, oznacza dzban, z którym śpieszy do źródła. On za wielki, aby miał zaspokoić tylko jej własne potrzeby. Tam w tyle męczą się jej bracia, z źródła przyniesie im orzeźwiającej wody. Dlatego też nie zważa na otaczającą ją krasę - nie zważa ze względu na braci.
Wielu z naszych zrozumiało w tych dniach, kiedy bracia nasi znosić muszą największe niewygody, po części męczą się, krwawią i umierają, że trzeba być ślepym na żądze tego świata przemijającego, służyć braciom na polu bitwy, starać się dla nich o orzeźwienie dla ciała i duszy. Niektórzy jeszcze tego nie zrozumieli. A nie tylko nasi żołnierze padają zmęczeni, lecz ci wszyscy w domu pozostali, te opuszczone dzieci i złamane serca.
Mamy nadzieję, że za łaską Boga wojna się też skończy. Pozostanie zadanie miłości. A u wszystkich narodów w wojnie udział biorących będzie wielu cieleśnie i duchowo złamanych; czy też kto sobie na nich wspomni a pragnącym poda z studni wody żywota. Jakie ogromne zadanie misyi! Kto weźmie dzbanek i napoi braci?
Wodę żywą tylko ten podać może, który ją znalazł i sam ją pił. Jezus mówi: Kto pragnie, niech przyjdzie; kto chce niech bierze wodę żywota za darmo. Krzyż na piersi ślepej powiada nam, że wodę tę znajdziemy na Golgocie, gdzie wina nasza zmyta i przystęp do Ojca wyjednany został. Pij z tego źródła, nie zważaj na żądze świata, pomyśl o biednych braciach, napój ich, aby Pan powiedział ci raz: Byłem pragnącym a napoiliście mię.
(pisownia oryginalna)
Ewangelicki dwutygodnik sprzed niemal stu lat "Dla Wszystkich" 15. lipca 1915. (Śląsk Pruski, Śląsk Austriacki, Ameryka) pod red. Ks. E. Lohmanna
obraz z 1889 roku "Die Blinde im Mohnfeld", Bruno Piglhein (1848-1894)
czwartek, 3 października 2013
piątek, 13 września 2013
Nowe przymierze
Stare przymierze było przymierzem obustronnym. Bóg miał swoją część do wykonania i swoje warunki do wypełnienia, a Izraelici mieli swoje. Tak więc od początku było jasne, że jeśli Izraelici złamią swoją część przymierza i nie uda im się sprostać jego wymogom, nie tylko stracą błogosławieństwa obiecane przez Boga, ale zrujnują społeczność z Bogiem i ściągną na swoje głowy jego przekleństwo.
A to właśnie, dokładnie uczynili! Bóg był cierpliwy, ale Izrael stale i bez końca nie dotrzymywał swoich zobowiązań, i w końcu Bóg ich odrzucił: Ponieważ oni nie wytrwali w moim przymierzu, przeto Ja nie troszczyłem się o nich, mówi Pan. Hebr.8,9
Powinno to być dla nas lekcją; ale niestety wciąż są ludzie, nawet w chrześcijaństwie, którzy wyobrażają sobie, że prawdziwa i satysfakcjonująca społeczność z Bogiem może być zbudowana na tych samych warunkach, zachowania starego przymierza. Mogą nie wyrażać tej myśli w użytych przez nas teologicznych terminach i mogą próbować powiedzieć mniej więcej coś takiego: "Wierzę, że jeśli zrobię, co potrafię, aby zachować przykazania, służyć Bogu i miłować mojego bliźniego, będę w porządku, to wszystko dobrze się skończy." Ale niestety to nieprawda. Jest to niemożliwe. I jeśli nalegają, aby ich relacja z Bogiem zależała od własnych nieudanych wysiłków w zachowaniu praw, to i Bóg nie będzie miał innego wyjścia jak odrzucić ich, podobnie jak odrzucił naród izraelski.
Sam Bóg zatem zamknął stare przymierze i wszelkie próby budowania społeczności z ludźmi na jego podstawie. Bóg zapowiedział swój zamiar uczynienia tego kilka wieków temu przez proroka Jeremiasza. Zapowiedział, że pewnego dnia uczyni nowe przymierze ze swym ludem.
Tak więc nowe przymierze musiało być inne, zupełnie inne od starego: Nie takie przymierze, jakie zawarłem z ich ojcami. W dniu, gdym ujął ich za rękę, aby ich wyprowadzić z ziemi egipskiej." Zwróćmy uwagę na to "nie", ponieważ czasami słyszymy sugestie, że pomimo wszystko nowe przymierze nie różni się tak bardzo od starego. Ale według Boga różni się w sposób radykalny i fundamentalny.
W jakich aspektach? Po pierwsze w tym, że nowe przymierze nie jest przymierzem dwustronnym. Spójrzcie na jego warunki, zostały tu spisane Hebr 8,10-12:
Takie zaś jest przymierze, które zawrę z domem Izraela po upływie owych dni, mówi Pan:
1) Prawa moje włożę w ich umysły i na sercach ich wypiszę je, i będę im Bogiem, a oni będą mi ludem.
2) I nikt nie będzie uczył swego ziomka ani też swego brata, mówiąc: Poznaj Pana, bo wszyscy mnie znać będą od najmniejszego aż do największego z nich.
3) Gdyż łaskawy będę na nieprawości ich, a grzechów ich nie wspomnę więcej.
Widzicie , że ani jednej rzeczy nie wymaga Bóg od swego ludu, nie są wezwani do spełnienia ani jednego warunku. Warunki przymierza zapowiadają po prostu, każdy z nich i wszystkie razem, co uczyni Bóg. Uczyni wszystko! I ponieważ Bóg wypełni wszystkie warunki, które wypełnić obiecał, przymierze nigdy nie będzie złamane, a lud Boży nigdy nie zostanie porzucony ani odrzucony.
David Gooding - Niewzruszone królestwo
A to właśnie, dokładnie uczynili! Bóg był cierpliwy, ale Izrael stale i bez końca nie dotrzymywał swoich zobowiązań, i w końcu Bóg ich odrzucił: Ponieważ oni nie wytrwali w moim przymierzu, przeto Ja nie troszczyłem się o nich, mówi Pan. Hebr.8,9
Powinno to być dla nas lekcją; ale niestety wciąż są ludzie, nawet w chrześcijaństwie, którzy wyobrażają sobie, że prawdziwa i satysfakcjonująca społeczność z Bogiem może być zbudowana na tych samych warunkach, zachowania starego przymierza. Mogą nie wyrażać tej myśli w użytych przez nas teologicznych terminach i mogą próbować powiedzieć mniej więcej coś takiego: "Wierzę, że jeśli zrobię, co potrafię, aby zachować przykazania, służyć Bogu i miłować mojego bliźniego, będę w porządku, to wszystko dobrze się skończy." Ale niestety to nieprawda. Jest to niemożliwe. I jeśli nalegają, aby ich relacja z Bogiem zależała od własnych nieudanych wysiłków w zachowaniu praw, to i Bóg nie będzie miał innego wyjścia jak odrzucić ich, podobnie jak odrzucił naród izraelski.
Sam Bóg zatem zamknął stare przymierze i wszelkie próby budowania społeczności z ludźmi na jego podstawie. Bóg zapowiedział swój zamiar uczynienia tego kilka wieków temu przez proroka Jeremiasza. Zapowiedział, że pewnego dnia uczyni nowe przymierze ze swym ludem.
Tak więc nowe przymierze musiało być inne, zupełnie inne od starego: Nie takie przymierze, jakie zawarłem z ich ojcami. W dniu, gdym ujął ich za rękę, aby ich wyprowadzić z ziemi egipskiej." Zwróćmy uwagę na to "nie", ponieważ czasami słyszymy sugestie, że pomimo wszystko nowe przymierze nie różni się tak bardzo od starego. Ale według Boga różni się w sposób radykalny i fundamentalny.
W jakich aspektach? Po pierwsze w tym, że nowe przymierze nie jest przymierzem dwustronnym. Spójrzcie na jego warunki, zostały tu spisane Hebr 8,10-12:
Takie zaś jest przymierze, które zawrę z domem Izraela po upływie owych dni, mówi Pan:
1) Prawa moje włożę w ich umysły i na sercach ich wypiszę je, i będę im Bogiem, a oni będą mi ludem.
2) I nikt nie będzie uczył swego ziomka ani też swego brata, mówiąc: Poznaj Pana, bo wszyscy mnie znać będą od najmniejszego aż do największego z nich.
3) Gdyż łaskawy będę na nieprawości ich, a grzechów ich nie wspomnę więcej.
Widzicie , że ani jednej rzeczy nie wymaga Bóg od swego ludu, nie są wezwani do spełnienia ani jednego warunku. Warunki przymierza zapowiadają po prostu, każdy z nich i wszystkie razem, co uczyni Bóg. Uczyni wszystko! I ponieważ Bóg wypełni wszystkie warunki, które wypełnić obiecał, przymierze nigdy nie będzie złamane, a lud Boży nigdy nie zostanie porzucony ani odrzucony.
David Gooding - Niewzruszone królestwo
piątek, 6 września 2013
Uzdrowienie
Derek wiedział już co robić. Musi karmić się Słowem Bożym i skupiać się na fragmentach, które umacniają wiarę w to, czego potrzebuje - uzdrowienie. Dlatego postanowił zacząć czytać Biblię od początku z niebieską kredką w ręce i zaznaczać wszystkie fragmenty odnoszące się do uzdrowienia. Jak później do końca życia zwykł mówić: "Oczywiście, po pewnym czasie cała Biblia była niebieska. Boże uzdrowienie wyskakiwało z każdej strony Pisma".
Ale istniał pewien problem. Kiedy Derek usłyszał słowo uzdrowienie, myślał o uzdrowieniu duszy, a nie ciała. Przeszkadzała mu znajomość Platona. Rzeczy duchowe pochodziły z innego świata, niefizycznego, nauczał Platon. Prawda leżała w niewidzialnej dziedzinie ideału, ale nie w naturalnym świecie form. Derek zmagał się z platońskim mistycyzmem przez całe życie, ale tym razem Bóg wyraźnie go poprawił. Derek znalazł urywek z Przypowieści Salomona 4,20-22. Człowiekowi, który poświęca się Słowu Bożemu, fragment ten obiecuje, że będzie ono "lekarstwem dla całego ich ciała". Derek wiedział, że nie ma tutaj pomieszania ciała z duszą. "A więc", myślał Derek, "Słowo Boże jest lekarstwem dla ludzkiego ciała. Nie tylko jakimś ogólnym pokarmem dla duszy, ale uzdrowieniem konkretnie dla ciała".
Pojęcie lekarstwa zachęciło Dereka do dalszego badania. "Jak przyjmuje się lekarstwo?" - zadał sobie pytanie. Odpowiedź: trzy razy dziennie, po posiłkach. Tak więc postanowił przyjmować Słowo Boże jak lekarstwo po każdym posiłku. Przez miesiące po każdym posiłku robił sobie przerwę i wchłaniał słowa Biblii z nastawieniem człowieka, który przyjmuje medykament według precyzyjnie opracowanego rozkładu. (...) Po kilku miesiącach jego choroba w znacznej mierze ustąpiła.(...)
Bóg zaczynał go uczyć, jak chodzić w mocy, jak odnosić zwycięstwo Jezusa na krzyżu dla innych ludzi. Derek czuł, że lekcje te nie były przeznaczone tylko dla niego. Przyjmował je, odczuwając, że każde przeżycie jest duchową studnią, z której będzie czerpał wielokrotnie.
Stephen Mansfield - Derek Prince. Biografia
Ale istniał pewien problem. Kiedy Derek usłyszał słowo uzdrowienie, myślał o uzdrowieniu duszy, a nie ciała. Przeszkadzała mu znajomość Platona. Rzeczy duchowe pochodziły z innego świata, niefizycznego, nauczał Platon. Prawda leżała w niewidzialnej dziedzinie ideału, ale nie w naturalnym świecie form. Derek zmagał się z platońskim mistycyzmem przez całe życie, ale tym razem Bóg wyraźnie go poprawił. Derek znalazł urywek z Przypowieści Salomona 4,20-22. Człowiekowi, który poświęca się Słowu Bożemu, fragment ten obiecuje, że będzie ono "lekarstwem dla całego ich ciała". Derek wiedział, że nie ma tutaj pomieszania ciała z duszą. "A więc", myślał Derek, "Słowo Boże jest lekarstwem dla ludzkiego ciała. Nie tylko jakimś ogólnym pokarmem dla duszy, ale uzdrowieniem konkretnie dla ciała".
Pojęcie lekarstwa zachęciło Dereka do dalszego badania. "Jak przyjmuje się lekarstwo?" - zadał sobie pytanie. Odpowiedź: trzy razy dziennie, po posiłkach. Tak więc postanowił przyjmować Słowo Boże jak lekarstwo po każdym posiłku. Przez miesiące po każdym posiłku robił sobie przerwę i wchłaniał słowa Biblii z nastawieniem człowieka, który przyjmuje medykament według precyzyjnie opracowanego rozkładu. (...) Po kilku miesiącach jego choroba w znacznej mierze ustąpiła.(...)
Bóg zaczynał go uczyć, jak chodzić w mocy, jak odnosić zwycięstwo Jezusa na krzyżu dla innych ludzi. Derek czuł, że lekcje te nie były przeznaczone tylko dla niego. Przyjmował je, odczuwając, że każde przeżycie jest duchową studnią, z której będzie czerpał wielokrotnie.
Stephen Mansfield - Derek Prince. Biografia
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Teologia zastąpienia.
Niektórzy spośród prawie trzy tysięcznej rzeszy ludzi, którzy nawrócili się, zostali ochrzczeni i otrzymali Ducha Świętego, powrócili do Rzymu i założyli w tym mieście zbór. Oznacza to, że w swej pierwszej fazie istnienia, kościół rzymski składał się wyłącznie z Żydów.
Po tym nadszedł kolejny etap rozwoju tego kościoła, kiedy zaczęli ewangelizować Rzym i wielu pogan przyjęło żydowskiego Mesjasza, jako swojego Pana i Zbawiciela. Tak więc w drugiej fazie rzymski kościół stanowił mieszankę Żydów i pogan.
Trzeci etap życia tego kościoła przyniósł zaskakujący zwrot sytuacji.
W latach pięćdziesiątych naszej ery imperator Klaudiusz postanowił wygnać wszystkich Żydów z Rzymu. Uczynił to na kanwie zamieszek i niepokojów społecznych wywołanych z powodu człowieka zwanego Chrestus.
Paweł stwierdzał, że gdziekolwiek się udawał, byli tam też Żydzi, którzy uwierzyli, ale większość z nich nie wierzyła i wszczynała zamieszki z Rzymianami.
Właśnie coś takiego na niespotykaną skalę działo się w samym Rzymie. Żydzi coraz bardziej okazywali swój gniew i oburzenie, ponieważ wiele osób z ich społeczności przyłączyło się do tej nowej sekty, oddając cześć "Chrestusowi". Cezar Klaudiusz zareagował bardzo ostro i stanowczo: Precz z Żydami! Wypędził z Rzymu wszystkich Żydów, niezależnie od tego, czy wierzyli w tego Chrestusa czy też nie. Dz.18.
Czwarty etap historii rzymskiego kościoła rozpoczął się z chwilą śmierci cezara Klaudiusza i wstąpienia na tron cezara Nerona. W ciągu kilku pierwszych lat swego panowania Neron był całkiem dobrym imperatorem. Jego poprzednik Klaudiusz pozostawił Rzym w bardzo złym stanie ekonomicznym. Neron wiedział , że Żydzi byli dobrymi finansistami i ekonomistami. Nie był ostatnim w historii, który ze względów ekonomicznych postanowił ponownie sprowadzić Żydów. Wiele wieków później tak samo postąpił Lord Cromwell. Na skutek zaproszenia Nerona, Żydzi ponownie przybyli do stolicy imperium. Większość z przybyłych była niewierząca, lecz znaleźli się i tacy jak Akwilla i Pryscylla, którzy wierzyli. Rz.16. Lecz kiedy wierzący Żydzi powrócili i na nowo chcieli zintegrować się z kościołem, do którego kiedyś należeli, poganie nie chcieli ich przyjąć. To właśnie ten problem skłonił Pawła do napisania Listu do Rzymian. (...)
Paweł usiadł więc i postanowił napisać list, aby rozprawić się z tą potencjalnie groźną sytuacją. Podczas dwunastoletniej nieobecności Żydów w Rzymskim kościele, jego nauczyciele doszli do zaskakująco błędnych wniosków: "Banicja Żydów ze stolicy imperium jest dowodem na to, że Bóg odrzucił swój starożytny lud, a nas pogan wybrał, abyśmy ich zastąpili. Musimy być od nich o wiele lepsi, skoro Bóg postanowił zostawić nas tutaj i uczynić nowym Izraelem". Czy ta postawa nie wygląda wam znajomo? Zaczęło się to w kościele w Rzymie już w latach pięćdziesiątych n.e. Cały List do Rzymian napisany został przeciwko przejawom teologii zastąpienia. (...)
Paweł był bardzo poruszony. Po pierwsze dlatego, że taka postawa oznaczała rozłam w rzymskim kościele. Mogła się przyczynić do powstania dwóch odrębnych denominacji - kościoła żydowskiego i nie-żydowskiego. (...)
Członkowie kościoła w Rzymie rozwinęli w sobie pogardę wobec Żydów. Było to pierwsze nasienie antysemityzmu w Kościele Jezusa Chrystusa, które zainfekowało historię Kościoła na kolejne dwa tysiące lat.
David Pawson - Izrael w Nowym Testamencie
Po tym nadszedł kolejny etap rozwoju tego kościoła, kiedy zaczęli ewangelizować Rzym i wielu pogan przyjęło żydowskiego Mesjasza, jako swojego Pana i Zbawiciela. Tak więc w drugiej fazie rzymski kościół stanowił mieszankę Żydów i pogan.
Trzeci etap życia tego kościoła przyniósł zaskakujący zwrot sytuacji.
W latach pięćdziesiątych naszej ery imperator Klaudiusz postanowił wygnać wszystkich Żydów z Rzymu. Uczynił to na kanwie zamieszek i niepokojów społecznych wywołanych z powodu człowieka zwanego Chrestus.
Paweł stwierdzał, że gdziekolwiek się udawał, byli tam też Żydzi, którzy uwierzyli, ale większość z nich nie wierzyła i wszczynała zamieszki z Rzymianami.
Właśnie coś takiego na niespotykaną skalę działo się w samym Rzymie. Żydzi coraz bardziej okazywali swój gniew i oburzenie, ponieważ wiele osób z ich społeczności przyłączyło się do tej nowej sekty, oddając cześć "Chrestusowi". Cezar Klaudiusz zareagował bardzo ostro i stanowczo: Precz z Żydami! Wypędził z Rzymu wszystkich Żydów, niezależnie od tego, czy wierzyli w tego Chrestusa czy też nie. Dz.18.
Czwarty etap historii rzymskiego kościoła rozpoczął się z chwilą śmierci cezara Klaudiusza i wstąpienia na tron cezara Nerona. W ciągu kilku pierwszych lat swego panowania Neron był całkiem dobrym imperatorem. Jego poprzednik Klaudiusz pozostawił Rzym w bardzo złym stanie ekonomicznym. Neron wiedział , że Żydzi byli dobrymi finansistami i ekonomistami. Nie był ostatnim w historii, który ze względów ekonomicznych postanowił ponownie sprowadzić Żydów. Wiele wieków później tak samo postąpił Lord Cromwell. Na skutek zaproszenia Nerona, Żydzi ponownie przybyli do stolicy imperium. Większość z przybyłych była niewierząca, lecz znaleźli się i tacy jak Akwilla i Pryscylla, którzy wierzyli. Rz.16. Lecz kiedy wierzący Żydzi powrócili i na nowo chcieli zintegrować się z kościołem, do którego kiedyś należeli, poganie nie chcieli ich przyjąć. To właśnie ten problem skłonił Pawła do napisania Listu do Rzymian. (...)
Paweł usiadł więc i postanowił napisać list, aby rozprawić się z tą potencjalnie groźną sytuacją. Podczas dwunastoletniej nieobecności Żydów w Rzymskim kościele, jego nauczyciele doszli do zaskakująco błędnych wniosków: "Banicja Żydów ze stolicy imperium jest dowodem na to, że Bóg odrzucił swój starożytny lud, a nas pogan wybrał, abyśmy ich zastąpili. Musimy być od nich o wiele lepsi, skoro Bóg postanowił zostawić nas tutaj i uczynić nowym Izraelem". Czy ta postawa nie wygląda wam znajomo? Zaczęło się to w kościele w Rzymie już w latach pięćdziesiątych n.e. Cały List do Rzymian napisany został przeciwko przejawom teologii zastąpienia. (...)
Paweł był bardzo poruszony. Po pierwsze dlatego, że taka postawa oznaczała rozłam w rzymskim kościele. Mogła się przyczynić do powstania dwóch odrębnych denominacji - kościoła żydowskiego i nie-żydowskiego. (...)
Członkowie kościoła w Rzymie rozwinęli w sobie pogardę wobec Żydów. Było to pierwsze nasienie antysemityzmu w Kościele Jezusa Chrystusa, które zainfekowało historię Kościoła na kolejne dwa tysiące lat.
David Pawson - Izrael w Nowym Testamencie
piątek, 21 czerwca 2013
Tylko Pismo (sola Scriptura)
Tylko Pismo Święte jest ostatecznym autorytetem i najwyższą normą życia i wiary dla chrześcijanina. Łacińska, funkcjonująca w okresie Reformacji i do dziś w teologii nazwa tej nauki to sola Scriptura.
Nie oznacza to, że innych autorytetów nie ma. W szczególności nie oznacza to, że autorytetem nie jest kościół bądź rodzina. Zarówno Kościół, jak i rodzina, ma z Bożego nadania autorytet w określonej dziedzinie życia. Niemniej, nie są to autorytety samodzielne, suwerenne, najwyższe. Zasada sola Scriptura oznacza uległość tych dwóch autorytetów względem objawienia Pisma Świętego. tylko Pismo jest nieomylne. Choć Bóg prowadzi Kościół, to bez charyzmatu nieomylności. Kościół mylił się i myli, i aby móc wracać na Boże drogi, musi nieustannie przeglądać się w czystym lustrze Bożego Słowa. To Boże Słowo jest nieomylnym drogowskazem dla oznaczonego słabościami Kościoła. Dziś wielu uważa na odwrót: że Pismo Święte ma miejsca, w których się myli, o czym z Bożym autorytetem potrafi orzec Kościół. Niby jak? Jeśli człowiek poprawia Boga, Bóg nie jest Bogiem. Źródłem wiary Kościoła jest Słowo Boże, a nie źródłem Słowa Bożego jest wiara Kościoła. Źródłem Słowa Bożego, jeśli te słowa mają faktycznie znaczenie, jest Bóg, nie człowiek (jakkolwiek ludzie są używani w pojawieniu się owego Słowa na świecie). Twierdzenie więc, że Kościół ma autorytet oceniać Słowo Boże, to roszczenie do bycia jak Bóg, bądź faktyczna niewiara w Jego objawienie.
Ta zasada mówi więc i o tym, że świętość i czystość Kościoła jest uwarunkowana ciągłym, czujnym procesem trwania w prawdzie. Z łaciny nazywana jest semper reformanda (ciągła przemiana), a pochodzi z hasła: kościół Reformacji to kościół, który ciągle się reformuje (łac. ecclesia reformata semper reformanda est).
Nie oznacza to, że innych autorytetów nie ma. W szczególności nie oznacza to, że autorytetem nie jest kościół bądź rodzina. Zarówno Kościół, jak i rodzina, ma z Bożego nadania autorytet w określonej dziedzinie życia. Niemniej, nie są to autorytety samodzielne, suwerenne, najwyższe. Zasada sola Scriptura oznacza uległość tych dwóch autorytetów względem objawienia Pisma Świętego. tylko Pismo jest nieomylne. Choć Bóg prowadzi Kościół, to bez charyzmatu nieomylności. Kościół mylił się i myli, i aby móc wracać na Boże drogi, musi nieustannie przeglądać się w czystym lustrze Bożego Słowa. To Boże Słowo jest nieomylnym drogowskazem dla oznaczonego słabościami Kościoła. Dziś wielu uważa na odwrót: że Pismo Święte ma miejsca, w których się myli, o czym z Bożym autorytetem potrafi orzec Kościół. Niby jak? Jeśli człowiek poprawia Boga, Bóg nie jest Bogiem. Źródłem wiary Kościoła jest Słowo Boże, a nie źródłem Słowa Bożego jest wiara Kościoła. Źródłem Słowa Bożego, jeśli te słowa mają faktycznie znaczenie, jest Bóg, nie człowiek (jakkolwiek ludzie są używani w pojawieniu się owego Słowa na świecie). Twierdzenie więc, że Kościół ma autorytet oceniać Słowo Boże, to roszczenie do bycia jak Bóg, bądź faktyczna niewiara w Jego objawienie.
Ta zasada mówi więc i o tym, że świętość i czystość Kościoła jest uwarunkowana ciągłym, czujnym procesem trwania w prawdzie. Z łaciny nazywana jest semper reformanda (ciągła przemiana), a pochodzi z hasła: kościół Reformacji to kościół, który ciągle się reformuje (łac. ecclesia reformata semper reformanda est).
Mateusz Wichary - Najczęstsze pytania o protestantyzm
sobota, 16 lutego 2013
Myślenie
Pozbawiony kreatywności umysł wyłapie błędne odpowiedzi, ale do wyłapania błędnych pytań potrzebny jest umysł kreatywny
***
Myślenie refleksyjne pozwala zdystansować się od silnych emocji związanych ze szczególnie dobrym, albo złym przeżyciem i spojrzeć na nie świeżym okiem.
***
Wszystko w życiu zaczyna iść w dobrą stronę dopiero wtedy, gdy zmieniamy sposób myślenia.
***
Niedojrzałe umysły przeskakują z jednej rzeczy na drugą. Umysły dojrzałe dążą do wnikliwości.
***
Przeprowadzono pewne badania, mające na celu określenie poziomu kreatywności w różnym wieku. Po wykonaniu wszystkich testów okazało się, że wśród czterdziestolatków wysoce kreatywnych jest tylko 2 procent. To samo wśród trzydziestolatków. I tak dalej w każdej grupie wiekowej, aż dochodzimy do siedmiolatków. Wśród nich wysoce kreatywnych jest 10 procent. Dalsze badania wykazały, że wysoce kreatywnych pięciolatków jest 90 procent. Tak więc 80 procent z nas, którzy wykazywali się wysokim stopniem kreatywności, pomiędzy 5 a 7 rokiem życia wyrobiło sobie postawę niekreatywną i przestało korzystać z tego naturalnego talentu od Boga.
John C. Maxwell - Myślenie kategoriami zmiany
czwartek, 17 stycznia 2013
Usprawiedliwienie i Maryja
Podobnie jak fałszywi nauczyciele z Galacji, Kościół katolicki utrzymuje, że usprawiedliwienie dokonuje się na podstawie wiary oraz uczynków. Podobnie jak fałszywi nauczyciele z Galacji wymagali obrzezania dla otrzymania usprawiedliwienia, tak Kościół wymaga, aby w tymże celu niemowlęta zostały ochrzczone. Podobnie jak obowiązkową praktyką w Galacji stało się przestrzeganie szabatu i świąt żydowskich, tak uczestnictwo w niedzielnej Mszy świętej jest obowiązkowe dla katolika.
Problem z tą formułą usprawiedliwienia polega na tym, że jest ona pośrednim odrzuceniem warunków zbawienia oferowanych przez Boga. Gdy przychodzimy do Boga, choć częściowo na podstawie własnych dokonań, to faktycznie mówimy Mu, że nie jesteśmy wcale tacy źli, że z punktu widzenia odkupienia jest w nas coś moralnego - tzn., że przynajmniej częściowo zasługujemy na życie wieczne.
Oskarżenia Pawła musiały zaszokować Galatów. Sądzili, że są oddanymi chrześcijanami. Chociaż zaczęli zastanawiać się nad posłuszeństwem niektórym aspektom Prawa Mojżeszowego, których przestrzeganie było rzekomo potrzebne do osiągnięcia usprawiedliwienia, to jednak, przynajmniej w swoich umysłach, nie porzucili wiary w Chrystusa. Postrzegali teraz usprawiedliwienie jako coś, co było osiągalne przez wiarę i uczynki. Jeśli chodziło o nich samych, to czynili coś więcej, a nie mniej.
Jezus nigdy nie nauczał, że Maryja powinna dostępować szczególnej czci, choć miał ku temu wiele okazji podczas swojej ziemskiej posługi. Pewnego razu, gdy mówi do tłumów, jakaś kobieta zawołała do Niego: „Błogosławione ono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś ” ( Łk 11,27). Jezus deprecjonuje jednak tego rodzaju cześć przypisywaną Maryi, odpowiadając: „Tak, błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają Słowa Bożego i go przestrzegają” ( Łk 11,28). Innym razem powiedziano Jezusowi: „Oto Twoja Matka i Twoi bracia stoją na dworze i chcą pomówić z Tobą ” (Mt 12,47). I znowu Jezus odmawia wywyższenia Maryi, odpowiadając: "Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi? I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten jest Mi bratem, siostrą i matką." Ewangelia według Mateusza 12,48-50
W tym miejscu Pan Jezus stwierdził swoją niezależność od więzi wyłącznie ludzkich. Nauczał, że osobista więź z Nim samym, oparta na podporządkowaniu się Bogu, przedstawia dużo większą wartość niż związek fizyczny, oparty na więzi krwi. Paweł podejmuje ten wątek, stwierdzając o Panu Jezusie: „a jeśli nawet według ciała poznaliśmy Chrystusa, to już więcej nie znamy Go w ten sposób” (2 Kor 5,16).
W przeciwieństwie do przykładu Chrystusa, Kościół katolicki wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, aby wywyższyć Maryję. Intencję tę dobrze oddaje łacińska maksyma De Maria Nunquam Satis (Na temat Maryi nigdy nie można powiedzieć wystarczająco dużo).
Jednak jak widzieliśmy, na jej temat już powiedziano za dużo. Przecząc Pismu Świętemu, Kościół ogłosił Maryję: Niepokalanie Poczętą, Matką Bożą, Wiecznie Dziewicą, Współodkupicielką, Wniebowziętą, Królową Nieba i Ziemi oraz Pośredniczką Wszelkich Łask.
Te dogmaty umniejszyły Bożą chwałę i przyczyniły się do tego, że niezliczona rzesza katolików okazuje większą cześć Maryi niż samemu Chrystusowi. Należy zadać pytanie: Czy Kościół katolicki prowadzi swoich wierzących do bałwochwalstwa?
Problem z tą formułą usprawiedliwienia polega na tym, że jest ona pośrednim odrzuceniem warunków zbawienia oferowanych przez Boga. Gdy przychodzimy do Boga, choć częściowo na podstawie własnych dokonań, to faktycznie mówimy Mu, że nie jesteśmy wcale tacy źli, że z punktu widzenia odkupienia jest w nas coś moralnego - tzn., że przynajmniej częściowo zasługujemy na życie wieczne.
***
Gdy Paweł dowiedział się, co działo się w Galacji, napisał najsurowszy, natchniony przez Ducha Świętego list, jaki mamy w Nowym Testamencie.Oskarżenia Pawła musiały zaszokować Galatów. Sądzili, że są oddanymi chrześcijanami. Chociaż zaczęli zastanawiać się nad posłuszeństwem niektórym aspektom Prawa Mojżeszowego, których przestrzeganie było rzekomo potrzebne do osiągnięcia usprawiedliwienia, to jednak, przynajmniej w swoich umysłach, nie porzucili wiary w Chrystusa. Postrzegali teraz usprawiedliwienie jako coś, co było osiągalne przez wiarę i uczynki. Jeśli chodziło o nich samych, to czynili coś więcej, a nie mniej.
***
Jezus nigdy nie nauczał, że Maryja powinna dostępować szczególnej czci, choć miał ku temu wiele okazji podczas swojej ziemskiej posługi. Pewnego razu, gdy mówi do tłumów, jakaś kobieta zawołała do Niego: „Błogosławione ono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś ” ( Łk 11,27). Jezus deprecjonuje jednak tego rodzaju cześć przypisywaną Maryi, odpowiadając: „Tak, błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają Słowa Bożego i go przestrzegają” ( Łk 11,28). Innym razem powiedziano Jezusowi: „Oto Twoja Matka i Twoi bracia stoją na dworze i chcą pomówić z Tobą ” (Mt 12,47). I znowu Jezus odmawia wywyższenia Maryi, odpowiadając: "Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi? I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten jest Mi bratem, siostrą i matką." Ewangelia według Mateusza 12,48-50
W tym miejscu Pan Jezus stwierdził swoją niezależność od więzi wyłącznie ludzkich. Nauczał, że osobista więź z Nim samym, oparta na podporządkowaniu się Bogu, przedstawia dużo większą wartość niż związek fizyczny, oparty na więzi krwi. Paweł podejmuje ten wątek, stwierdzając o Panu Jezusie: „a jeśli nawet według ciała poznaliśmy Chrystusa, to już więcej nie znamy Go w ten sposób” (2 Kor 5,16).
W przeciwieństwie do przykładu Chrystusa, Kościół katolicki wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, aby wywyższyć Maryję. Intencję tę dobrze oddaje łacińska maksyma De Maria Nunquam Satis (Na temat Maryi nigdy nie można powiedzieć wystarczająco dużo).
Jednak jak widzieliśmy, na jej temat już powiedziano za dużo. Przecząc Pismu Świętemu, Kościół ogłosił Maryję: Niepokalanie Poczętą, Matką Bożą, Wiecznie Dziewicą, Współodkupicielką, Wniebowziętą, Królową Nieba i Ziemi oraz Pośredniczką Wszelkich Łask.
Te dogmaty umniejszyły Bożą chwałę i przyczyniły się do tego, że niezliczona rzesza katolików okazuje większą cześć Maryi niż samemu Chrystusowi. Należy zadać pytanie: Czy Kościół katolicki prowadzi swoich wierzących do bałwochwalstwa?
piątek, 23 listopada 2012
Dolina cienia śmierci
Koniec Doliny Poniżenia był jednocześnie początkiem drugiej, zwanej Doliną Cienia Śmierci, przez którą Chrześcijanin musiał przejść, gdyż droga do Niebieskiego Grodu prowadzi przez sam środek tej doliny. Jest to bardzo odosobnione miejsce. Prorok Jeremiasz określa tę Dolinę Cienia śmierci jako pustynię, kraj pusty i pełen wąwozów, kraj suchy i mroczny, kraj, przez który nikt nie przechodził i gdzie żaden człowiek nie mieszkał (Jer 2:6).
Tutaj, jak wam wkrótce opowiem, Chrześcijanin przechodził jeszcze sroższe próby aniżeli w czasie walki z Apolionem. Widziałem bowiem w moim śnie, że gdy znalazł się na samym kraju tej Doliny Cienia Śmierci, spotkał dwóch mężczyzn, potomków tych, którzy przynieśli Izraelitom złe relacje z dobrego Kraju. Szli oni pośpiesznie z powrotem. Chrześcijanin przemówił do nich tymi słowami: - Dokąd zdążacie?
Tutaj, jak wam wkrótce opowiem, Chrześcijanin przechodził jeszcze sroższe próby aniżeli w czasie walki z Apolionem. Widziałem bowiem w moim śnie, że gdy znalazł się na samym kraju tej Doliny Cienia Śmierci, spotkał dwóch mężczyzn, potomków tych, którzy przynieśli Izraelitom złe relacje z dobrego Kraju. Szli oni pośpiesznie z powrotem. Chrześcijanin przemówił do nich tymi słowami: - Dokąd zdążacie?
Mężczyźni: - Z powrotem, z powrotem! A jeśli cenisz sobie życie i pokój, to radzimy ci uczynić to samo.
Chrześcijanin: - Ależ dlaczego? Co się stało?
Mężczyźni: – Co się stało? Szliśmy tą drogą. którą i ty teraz idziesz, tak daleko, jak tylko było można iść, ale naprawdę mało brakowało. aby powrót stał się już niemożliwy. Gdybyśmy zaszli trochę dalej, nie byłoby nas tutaj, aby ci zdać relację.
Chrześcijanin. - Ale cóż was takiego spotkało?
Mężczyźni: - Byliśmy już niemal w samej Dolinie Cienia Śmierci, gdy na szczęście spojrzeliśmy przed siebie i dostrzegliśmy niebezpieczeństwo jeszcze zanim w nie wpadliśmy.
Chrześcijanin: - Co takiego zobaczyliście?
Mężczyźni: - To mało zapytać. co zobaczyliśmy! Już sam widok tej doliny jest okropny. Jest tam ciemno jak w grobie. Zobaczyliśmy również złośliwe larwy, potwory i smoki. Usłyszeliśmy też, jak z tej doliny dochodziły przeciągłe jęki i krzyki, jak gdyby wołali o pomoc jacyś ludzie, będący w bezdennej rozpaczy, siedzący w więzach boleści i w kajdanach.
Ponadto nad tą doliną wiszą chmury trwogi, które odbierają wszelką odwagę do pójścia tamtędy. Również i śmierć bez ustanku nad tą doliną rozciąga swe skrzydła (Job 3:5). Jednym słowem jest to dolina w każdym szczególe straszna, i do tego pełna zamętu.
Chrześcijanin: - Pomimo tego wszystkiego, co mówicie, wiem, że tędy wiedzie moja droga do upragnionej Przystani (Ps 44:19).
Mężczyźni: - Więc niechże to będzie twoja droga, my jej nie obierzemy jako naszej – tak rozstali się i Chrześcijanin poszedł dalej, trzymając dobyty miecz w swej ręce, w obawie przed jakimś atakiem.
Potem widziałem w moim śnie, że wzdłuż całej długości tej doliny, po prawej jej stronie ciągnął się bardzo głęboki rów. Był to ten sam rów, do którego wpadali przez wszystkie wieki ślepi prowadzeni przez ślepych, i gdzie jedni i drudzy nędznie poginęli. Po lewej zaś stronie znajdowało się bardzo niebezpieczne trzęsawisko. Gdy do niego wpada nawet jakiś dobry człowiek, to nie może dla swoich nóg znaleźć oparcia, bagno nie ma dna. Do tego trzęsawiska wpadł swego czasu Król Dawid (Ps 68:15-18) i byłby niewątpliwie w nim utonął, gdyby go stamtąd nie wyciągnął Wszechmocny.
Ścieżka, po której szedł Chrześcijanin. była bardzo wąska i wiodła między rowem z jednej, a trzęsawiskiem z drugiej strony. Było to dla niego bardzo ciężkim doświadczeniem.
Gdy bowiem usiłował w ciemności uniknąć wpadnięcia do rowu, to omal że nie wpadł do bagna, i na odwrót. Tak więc posuwał się naprzód, i słyszałem jak gorzko wzdychał, ponieważ oprócz wyżej wspomnianych niebezpieczeństw, panowała tu taka ciemność, że gdy podniósł nogę, aby zrobić krok naprzód, to nie wiedział gdzie, albo na co ją następnie postawić.
Mniej więcej w środku tej doliny zauważyłem rozwierającą się gardziel piekła, która znajdowała się tuż obok drogi! Chrześcijanin pomyślał wtedy: „Co ja pocznę?“ Z otchłani tej często wydobywały się ogromne płomienia i gęsty dym z iskrami, a także dochodziły do jego uszu przeraźliwe hałasy. (Trzeba dodać, że te istoty nie bały się miecza Chrześcijanina, tak jak bał się go Apolion).
Chrześcijanin zdecydował się schować swój miecz do pochwy i zacząć posługiwać się inną bronią a mianowicie modlitwą (Ef 6:18). Zaczął modlić się na głos, tak, że i ja słyszałem słowa tej modlitwy, gdy wołał: – O Panie, błagam cię, wybaw duszę moją.
Tak szedł dalej jeszcze przez pewien czas, a buchające płomienie cały czas omalże lizały jego zbroje. Słyszał również przeraźliwy szum i gwizdy pędzących tam i z powrotem jakichś niewidocznych istot, tak że czasem zdawało mu się, że zostanie rozszarpany na strzępy, lub rozdeptany jak uliczne błoto.
Patrząc na ten straszny widok i słuchając tych okropnych odgłosów, Chrześcijanin przeszedł kilka długich mil, aż dotarł do pewnego miejsca, gdzie mu się wydawało, że słyszy tupot nóg całej zgrai potworów zastępujących mu drogę.
Tam zatrzymał się, myśląc co najlepiej uczynić. Chwilami przychodziła mu myśl, aby zawrócić, ale potem znowu uświadamiał sobie, że już przebył połowę drogi wiodącej przez tę dolinę, przypominał sobie też, że już przezwyciężył wiele niebezpieczeństw i że niebezpieczeństwo cofania się może być większe aniżeli pójście dalej.
Postanowił więc iść dalej. Tymczasem potwory zdawały się przybliżać coraz bardziej. W momencie jednak, gdy już go miały zaatakować, zawołał donośnym głosem: – Ja pójdę w mocy Pana Boga.
Na dźwięk tych słów potwory pierzchły i więcej się już nie zbliżyły.
Jednej rzeczy nie chciałbym pominąć: biedny Chrześcijanin był do tego stopnia oszołomiony, że zapomniał jak brzmi jego własny głos.
Spostrzegłem to w następujący sposób: otóż w momencie, gdy przechodził obok płonącej otchłani, podszedł do niego cichaczem z tyłu jeden z tych złośliwych demonów i zaczął szeptem podpowiadać mu wiele strasznych bluźnierstw, a on nie rozpoznawszy obcego głosu, sądził, że te myśli naprawdę pochodzą z jego własnego umysłu!
To zasmuciło Chrześcijanina bardziej, aniżeli cokolwiek innego, co dotąd spotkał w drodze. Już sama myśl, że teraz miałby bluźnić przeciwko Temu, którego przedtem tak bardzo miłował, sprawiała mu dotkliwy ból.
Pomimo wysiłków. nie mógł sobie z tym poradzić, nie mógł rozeznać, ani przynajmniej uświadomić sobie, skąd te bluźnierstwa pochodziły.
W tym opłakanym stanie Chrześcijanin posuwał się naprzód przez dłuższą chwilę, gdy nagle wydało mu się, że słyszy czyjś głos, dochodzący z przodu, a słowa, które głos wypowiedział były: - Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, boś Ty ze mną (Ps 23:4).
Bardzo się ucieszył tymi słowami dlatego, że: Po pierwsze – wywnioskował, że w dolinie tej oprócz niego byli też jeszcze inni ludzie bojący się Boga. Po drugie: ponieważ uświadomił sobie, że Bóg był z nimi, mimo że znajdowali się w takiej ciemności i w takiej okropnej sytuacji, jak i on. - A jeśli Pan jest tutaj nimi – pomyślał sobie – to czemu nie ze mną? To tylko istniejące na tym miejscu przeszkody nie pozwalają mi tego dostrzec, że istotnie mój Pan jest ze mną (Job 9:11).
Po trzecie, ponieważ miał nadzieję, że jeśli uda mu się ich dogonić, to w przyszłości będzie mógł podróżować w towarzystwie. Poszedł więc naprzód, wołając do tego, który szedł przed nim, ale ten nie wiedział czy ma odpowiadać, gdyż myślał, że był na tym miejscu sam, a dochodzący głos był tylko złudzeniem.
Wreszcie zaczęło się rozjaśniać – zaświtał poranek, a wtedy Chrześcijanin wykrzyknął: – On mrok przemienia w poranek (Am 5:8).
Gdy nastał dzień, obejrzał się wstecz, aby przy dziennym świetle zobaczyć, przez jakie niebezpieczeństwa przeszedł w ciemności nocy. Zobaczył więc całkiem wyraźnie rów, który znajdował się po jednej stronie drogi i trzęsawisko, które było po drugiej stronie. widział też, jak bardzo wąska była droga, leżąca między nimi. Zobaczył owe złośliwe larwy, potwory i smoki, ale już tylko z daleka, gdyż z nastaniem dnia nie zbliżały się do niego.
Niemniej jednak zobaczył je, stosownie do tego, co napisano; „On odsłania tajemnice będące w mroku, a w mroki śmierci wnosi światło” (Job 12:22).
Teraz Chrześcijanin był wielce wdzięczny za wybawienie go z wszystkich tych niebezpieczeństw, które czyhały na niego, w samotnej wędrówce doliną. Przedtem bardziej się ich bał, ale teraz widział je wyraźniej, gdyż światło dzienne sprawiało, że wszystko było widzialne bezpośrednio.
Słońce zaczęło podnosić się na niebie, co dla Chrześcijanina było wielkim dobrodziejstwem. Musicie bowiem zwrócić uwagę na to, że jeśli pierwsza część Doliny Cienia Śmierci była niebezpieczna, to ta druga była jeszcze niebezpieczniejsza. Od miejsca bowiem, na którym stał, aż do końca doliny, droga pełna była najrozmaitszych sideł, pułapek, matni, dziur, wybojów i śliskich pochyłości. Gdyby więc musiał tędy iść w ciemności, takiej jaka panowała wtedy, gdy przechodził przez pierwszą część doliny, to nawet gdyby miał tysiąc dusz, wszystkie by je tam stracił.
Ale, jak powiedziałem, słońce podniosło się już na niebie, jak napisano: „Jego pochodnia jaśniała mi nad głową, w jego świetle chodziłem nawet w ciemnościach” (Job 28:3). Przy świetle dnia doszedł więc do końca owej doliny.
Widziałem dalej w moim śnie, że u krańca doliny było miejsce, gdzie znajdowało się dużo wyschniętej krwi, mnóstwo kości i stosy pokaleczonych zwłok pielgrzymów, którzy szli tą drogą kiedyś dawniej. Gdy się zastanawiałem, dlaczego tak się stało, spostrzegłem w małej odległości przede mną jaskinię, w której w dawnych czasach mieszkało dwóch wielkoludów: Papież i Poganin.
Chrześcijanin: - Ależ dlaczego? Co się stało?
Mężczyźni: – Co się stało? Szliśmy tą drogą. którą i ty teraz idziesz, tak daleko, jak tylko było można iść, ale naprawdę mało brakowało. aby powrót stał się już niemożliwy. Gdybyśmy zaszli trochę dalej, nie byłoby nas tutaj, aby ci zdać relację.
Chrześcijanin. - Ale cóż was takiego spotkało?
Mężczyźni: - Byliśmy już niemal w samej Dolinie Cienia Śmierci, gdy na szczęście spojrzeliśmy przed siebie i dostrzegliśmy niebezpieczeństwo jeszcze zanim w nie wpadliśmy.
Chrześcijanin: - Co takiego zobaczyliście?
Mężczyźni: - To mało zapytać. co zobaczyliśmy! Już sam widok tej doliny jest okropny. Jest tam ciemno jak w grobie. Zobaczyliśmy również złośliwe larwy, potwory i smoki. Usłyszeliśmy też, jak z tej doliny dochodziły przeciągłe jęki i krzyki, jak gdyby wołali o pomoc jacyś ludzie, będący w bezdennej rozpaczy, siedzący w więzach boleści i w kajdanach.
Ponadto nad tą doliną wiszą chmury trwogi, które odbierają wszelką odwagę do pójścia tamtędy. Również i śmierć bez ustanku nad tą doliną rozciąga swe skrzydła (Job 3:5). Jednym słowem jest to dolina w każdym szczególe straszna, i do tego pełna zamętu.
Chrześcijanin: - Pomimo tego wszystkiego, co mówicie, wiem, że tędy wiedzie moja droga do upragnionej Przystani (Ps 44:19).
Mężczyźni: - Więc niechże to będzie twoja droga, my jej nie obierzemy jako naszej – tak rozstali się i Chrześcijanin poszedł dalej, trzymając dobyty miecz w swej ręce, w obawie przed jakimś atakiem.
Potem widziałem w moim śnie, że wzdłuż całej długości tej doliny, po prawej jej stronie ciągnął się bardzo głęboki rów. Był to ten sam rów, do którego wpadali przez wszystkie wieki ślepi prowadzeni przez ślepych, i gdzie jedni i drudzy nędznie poginęli. Po lewej zaś stronie znajdowało się bardzo niebezpieczne trzęsawisko. Gdy do niego wpada nawet jakiś dobry człowiek, to nie może dla swoich nóg znaleźć oparcia, bagno nie ma dna. Do tego trzęsawiska wpadł swego czasu Król Dawid (Ps 68:15-18) i byłby niewątpliwie w nim utonął, gdyby go stamtąd nie wyciągnął Wszechmocny.
Ścieżka, po której szedł Chrześcijanin. była bardzo wąska i wiodła między rowem z jednej, a trzęsawiskiem z drugiej strony. Było to dla niego bardzo ciężkim doświadczeniem.
Gdy bowiem usiłował w ciemności uniknąć wpadnięcia do rowu, to omal że nie wpadł do bagna, i na odwrót. Tak więc posuwał się naprzód, i słyszałem jak gorzko wzdychał, ponieważ oprócz wyżej wspomnianych niebezpieczeństw, panowała tu taka ciemność, że gdy podniósł nogę, aby zrobić krok naprzód, to nie wiedział gdzie, albo na co ją następnie postawić.
Mniej więcej w środku tej doliny zauważyłem rozwierającą się gardziel piekła, która znajdowała się tuż obok drogi! Chrześcijanin pomyślał wtedy: „Co ja pocznę?“ Z otchłani tej często wydobywały się ogromne płomienia i gęsty dym z iskrami, a także dochodziły do jego uszu przeraźliwe hałasy. (Trzeba dodać, że te istoty nie bały się miecza Chrześcijanina, tak jak bał się go Apolion).
Chrześcijanin zdecydował się schować swój miecz do pochwy i zacząć posługiwać się inną bronią a mianowicie modlitwą (Ef 6:18). Zaczął modlić się na głos, tak, że i ja słyszałem słowa tej modlitwy, gdy wołał: – O Panie, błagam cię, wybaw duszę moją.
Tak szedł dalej jeszcze przez pewien czas, a buchające płomienie cały czas omalże lizały jego zbroje. Słyszał również przeraźliwy szum i gwizdy pędzących tam i z powrotem jakichś niewidocznych istot, tak że czasem zdawało mu się, że zostanie rozszarpany na strzępy, lub rozdeptany jak uliczne błoto.
Patrząc na ten straszny widok i słuchając tych okropnych odgłosów, Chrześcijanin przeszedł kilka długich mil, aż dotarł do pewnego miejsca, gdzie mu się wydawało, że słyszy tupot nóg całej zgrai potworów zastępujących mu drogę.
Tam zatrzymał się, myśląc co najlepiej uczynić. Chwilami przychodziła mu myśl, aby zawrócić, ale potem znowu uświadamiał sobie, że już przebył połowę drogi wiodącej przez tę dolinę, przypominał sobie też, że już przezwyciężył wiele niebezpieczeństw i że niebezpieczeństwo cofania się może być większe aniżeli pójście dalej.
Postanowił więc iść dalej. Tymczasem potwory zdawały się przybliżać coraz bardziej. W momencie jednak, gdy już go miały zaatakować, zawołał donośnym głosem: – Ja pójdę w mocy Pana Boga.
Na dźwięk tych słów potwory pierzchły i więcej się już nie zbliżyły.
Jednej rzeczy nie chciałbym pominąć: biedny Chrześcijanin był do tego stopnia oszołomiony, że zapomniał jak brzmi jego własny głos.
Spostrzegłem to w następujący sposób: otóż w momencie, gdy przechodził obok płonącej otchłani, podszedł do niego cichaczem z tyłu jeden z tych złośliwych demonów i zaczął szeptem podpowiadać mu wiele strasznych bluźnierstw, a on nie rozpoznawszy obcego głosu, sądził, że te myśli naprawdę pochodzą z jego własnego umysłu!
To zasmuciło Chrześcijanina bardziej, aniżeli cokolwiek innego, co dotąd spotkał w drodze. Już sama myśl, że teraz miałby bluźnić przeciwko Temu, którego przedtem tak bardzo miłował, sprawiała mu dotkliwy ból.
Pomimo wysiłków. nie mógł sobie z tym poradzić, nie mógł rozeznać, ani przynajmniej uświadomić sobie, skąd te bluźnierstwa pochodziły.
W tym opłakanym stanie Chrześcijanin posuwał się naprzód przez dłuższą chwilę, gdy nagle wydało mu się, że słyszy czyjś głos, dochodzący z przodu, a słowa, które głos wypowiedział były: - Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, boś Ty ze mną (Ps 23:4).
Bardzo się ucieszył tymi słowami dlatego, że: Po pierwsze – wywnioskował, że w dolinie tej oprócz niego byli też jeszcze inni ludzie bojący się Boga. Po drugie: ponieważ uświadomił sobie, że Bóg był z nimi, mimo że znajdowali się w takiej ciemności i w takiej okropnej sytuacji, jak i on. - A jeśli Pan jest tutaj nimi – pomyślał sobie – to czemu nie ze mną? To tylko istniejące na tym miejscu przeszkody nie pozwalają mi tego dostrzec, że istotnie mój Pan jest ze mną (Job 9:11).
Po trzecie, ponieważ miał nadzieję, że jeśli uda mu się ich dogonić, to w przyszłości będzie mógł podróżować w towarzystwie. Poszedł więc naprzód, wołając do tego, który szedł przed nim, ale ten nie wiedział czy ma odpowiadać, gdyż myślał, że był na tym miejscu sam, a dochodzący głos był tylko złudzeniem.
Wreszcie zaczęło się rozjaśniać – zaświtał poranek, a wtedy Chrześcijanin wykrzyknął: – On mrok przemienia w poranek (Am 5:8).
Gdy nastał dzień, obejrzał się wstecz, aby przy dziennym świetle zobaczyć, przez jakie niebezpieczeństwa przeszedł w ciemności nocy. Zobaczył więc całkiem wyraźnie rów, który znajdował się po jednej stronie drogi i trzęsawisko, które było po drugiej stronie. widział też, jak bardzo wąska była droga, leżąca między nimi. Zobaczył owe złośliwe larwy, potwory i smoki, ale już tylko z daleka, gdyż z nastaniem dnia nie zbliżały się do niego.
Niemniej jednak zobaczył je, stosownie do tego, co napisano; „On odsłania tajemnice będące w mroku, a w mroki śmierci wnosi światło” (Job 12:22).
Teraz Chrześcijanin był wielce wdzięczny za wybawienie go z wszystkich tych niebezpieczeństw, które czyhały na niego, w samotnej wędrówce doliną. Przedtem bardziej się ich bał, ale teraz widział je wyraźniej, gdyż światło dzienne sprawiało, że wszystko było widzialne bezpośrednio.
Słońce zaczęło podnosić się na niebie, co dla Chrześcijanina było wielkim dobrodziejstwem. Musicie bowiem zwrócić uwagę na to, że jeśli pierwsza część Doliny Cienia Śmierci była niebezpieczna, to ta druga była jeszcze niebezpieczniejsza. Od miejsca bowiem, na którym stał, aż do końca doliny, droga pełna była najrozmaitszych sideł, pułapek, matni, dziur, wybojów i śliskich pochyłości. Gdyby więc musiał tędy iść w ciemności, takiej jaka panowała wtedy, gdy przechodził przez pierwszą część doliny, to nawet gdyby miał tysiąc dusz, wszystkie by je tam stracił.
Ale, jak powiedziałem, słońce podniosło się już na niebie, jak napisano: „Jego pochodnia jaśniała mi nad głową, w jego świetle chodziłem nawet w ciemnościach” (Job 28:3). Przy świetle dnia doszedł więc do końca owej doliny.
Widziałem dalej w moim śnie, że u krańca doliny było miejsce, gdzie znajdowało się dużo wyschniętej krwi, mnóstwo kości i stosy pokaleczonych zwłok pielgrzymów, którzy szli tą drogą kiedyś dawniej. Gdy się zastanawiałem, dlaczego tak się stało, spostrzegłem w małej odległości przede mną jaskinię, w której w dawnych czasach mieszkało dwóch wielkoludów: Papież i Poganin.
To ich moc i okrucieństwa sprawiły, że ludzie, których szczątki tam się znajdowały, zostali w straszny sposób pomordowani. Chrześcijanin przeszedł koło tego miejsca całkiem bezpiecznie, ku memu niemałemu zdziwieniu.
sobota, 22 września 2012
Chrześcijańska psychologia?
Moim celem w tej książce jest pomóc czytelnikowi zrozumieć, że koncepcje terapeutyczne wplecione w psychoanalizę (i jej świeckie psychoterapeutyczne odgałęzienia) są ze swojej natury sprzeczne ze Słowem Bożym. Moje podejście będzie miało na celu ukazanie bezpośredniego konfliktu pomiędzy świeckimi filozofiami a zasadami biblijnymi i obdarcie do jej wstrętnych korzeni psychoterapii, którą Kościół ochrzcił i wziął w ramiona. Mam nadzieję, że Kościół przestanie przerzucać swoich cierpiących i załamanych członków do "ekspertów", którym brak mocy i perspektywy Słowa Bożego, że pastorzy wykorzystają raczej wszelkie możliwości do nauczania, ganienia, korekty i kształcenia w prawości ludzi zdolnych do służby Królowi Jezusowi.
Nawet kiedy to piszę, zostaje mi przypomniane, że zadanie to jest trudne. Właśnie wczoraj zadzwoniła zdesperowana młoda osoba. Zupełnie niedawno nawrócona, przyszła do Chrystusa z wieloma problemami. Jej pastor, ewangelik, posłał ją na oddział psychiatryczny dużego szpitala uniwersyteckiego w tym mieście. Lekarze przepisali jej potężne środki psychotropowe i zaczęła też odwiedzać psychoterapeutę.
Ta młoda chrześcijanka zapytała mnie: "Czy chrześcijanie nie powinni otrzymać biblijnej porady?". Mam nadzieję, że ta książka obudzi pastorów i pomoże im ustrzec ich trzodę przed szponami psychiatrycznego establishmentu.
Powiedziano to wcześniej, jednak potrzebujemy usłyszeć to jeszcze raz. Kobiety i mężowie Boży, macie wystarczające kompetencje, by udzielać sobie nawzajem porad. Niech Bóg umożliwi wam wykonanie tego dzieła!
Richard Ganz - Psychopaplanina
Nieskuteczność nowoczesnej psychologii i jej biblijna alternatywa
Nawet kiedy to piszę, zostaje mi przypomniane, że zadanie to jest trudne. Właśnie wczoraj zadzwoniła zdesperowana młoda osoba. Zupełnie niedawno nawrócona, przyszła do Chrystusa z wieloma problemami. Jej pastor, ewangelik, posłał ją na oddział psychiatryczny dużego szpitala uniwersyteckiego w tym mieście. Lekarze przepisali jej potężne środki psychotropowe i zaczęła też odwiedzać psychoterapeutę.
Ta młoda chrześcijanka zapytała mnie: "Czy chrześcijanie nie powinni otrzymać biblijnej porady?". Mam nadzieję, że ta książka obudzi pastorów i pomoże im ustrzec ich trzodę przed szponami psychiatrycznego establishmentu.
Powiedziano to wcześniej, jednak potrzebujemy usłyszeć to jeszcze raz. Kobiety i mężowie Boży, macie wystarczające kompetencje, by udzielać sobie nawzajem porad. Niech Bóg umożliwi wam wykonanie tego dzieła!
Richard Ganz - Psychopaplanina
Nieskuteczność nowoczesnej psychologii i jej biblijna alternatywa
Subskrybuj:
Posty (Atom)










